piątek, 21 lipca 2017

Debiut

     Stało się. Ponownie zagrałem w czterdziestkę.

     Tak się składa, że wiem dokładnie, kiedy zagrałem po raz ostatni. Dokładnie, co do dnia, 3 lata i jeden miesiąc temu. Zresztą, tak naprawdę i wtedy to były niebywale rzadkie wydarzenia: w 2014 roku zagrałem dwukrotnie, w 2013 pięciokrotnie. Wchodzę więc teraz do zdecydowanie innej rzeki. Nie chodzi tylko o to, że zmieniła się edycja (ja zresztą siódmą też ledwie liznąłem). Chodzi też o to, że ja już kompletnie nie pamiętam tych wszystkich schematów i synergii, którymi grało się kiedyś Eldarami (Aeldarami). Na szczęście, zasadowy próg wejścia został tym razem przez ósmą edycję położony dużo niżej...

     Zagraliśmy z bratem na 1005 punktów (ta piątka to ukłon dla Drzewca, czyli mojego brata właśnie :) ). Postanowiłem w ogóle nie zastanawiać się, co właściwie włożę do rozpiski. Weszły do niej oddziały, które miałem akurat spakowane już w walizce (od trzech lat i jednego miesiąca). Oto waleczny warhost Ulthwe

Farseer
Singing Spear
Guide
Doom

Warlock
Witchblade
Conceal
Reveal

Dire Avengers (5+Exarch)
Power Glaive
Shimmershield

Guardian Defenders (11)
Starcannon

Fire Dragons (5)

Striking Scorpions (5+Exarch)
Biting Blade

Falcon
Crystal Targeting Matrix
Vectored Engines
Pulse Laser
Shuriken Cannon

Wraithlord
Bright Lance
Flamer
Scatter Laser
Shuriken Catapult

     Z tymi siłami ruszyłem zmierzyć się z rybami spod znaku Tau. A siły te pochodziły z podobnej łapanki jak u mnie (z góry zaznaczam, że nie pamiętam tu szczegółów)...

Commander w pancerzu

Kroot Carnivore Squad (10)

XV-88 (2)

Hammerhead

XV-104 Riptide Battlesuit

     RIPTIDE. W tym momencie uznałem (instynktownie rzecz jasna :D ), że będzie mi baaaardzo ciężko.

    Misja: Big guns never tire. Rozmieszczenie: Spearhead. Stół: nieco nieregulaminowy, bo szeroki jedynie na 38 cali :). Warlordami zostali Farseer (z traitem dającym przeżycie na 6) i Riptide (z traitem dotyczącym bodajże boost do liderki). Moje Skorpiony schowane do rezerw.  Niemal wszystkie moje siły poza gravem ukryły się za dużym wzgórzem, z kolei siły Tau wystawiły się ofensywnie, ufne w swą przytłaczającą siłę ognia. Krew mogła popłynąć.

     Drzewiec ruszył pierwszy. Jego znajdujący się na szpicy Riptide wskoczył na centralne wzgórze i obłożył ciężkim ogniem moich Guardianów, Wraithlorda oraz Falcona, korzystając z tego, że teraz strzelać można do różnych celów, wspierany w tym przez Hammerheada i XV-88 (oraz z tego, że Guardiani, choć niewidoczni, spokojnie mogli być trafiani przez esemesy). Wyniki tej nawałnicy były zaskakująco dla mnie umiarkowane: zginęło tylko czterech moich piechurów, czołg przyjął trzy obrażenia, walker jedno. Guardiani zdali morale. 

     Takie wyniki salwy Drzewca nieco mnie zdziwiły. Ja pamiętam bitwy sprzed 5-6 lat, gdy takie przygotowania artyleryjskie zmiatały z powierzchni ziemi całe moje formacje. W związku z tym z Khainem na ustach moje jednostki rozpoczęły przesuwać się w kierunku wroga. Zasadnicza część sił Ulthwe (obie jednostki piechoty, dowództwo oraz Wraithlord) ruszyła prawym skrzydłem (głównie po to, by Riptide znalazł się w żałosnych zasięgach katapult), Falcon pozostał w miejscu, natomiast piątka Dragonów cichaczem zaczęła przesuwać się skrzydłem lewym. Postanowiłem (co było być może moim błędem), że skoncentruję ogień na XV-104, w dramatycznej próbie wyeliminowania tego grubasa w pierwszych turach bitwy. Moje osiągi w pierwszej turze były w tym względzie zdecydowanie słabe: wbiłem mu... jedną ranę. Pomimo Dooma, pomimo Guida na czołgu. Bardzo słabe moje rzuty, bardzo dobre Drzewca i zwykła statystyka sprawiły, że moja sytuacja zrobiła się fatalna.

     W następnej turze armia Tau stanęła, by ich broń heavy nie dostawała już minusów do BS
... i w tej stazie pozostała już do końca bitwy. Furia xenos skupiła się na Falconie, okazjonalnie okładając ogniem również Guardianów i Dire Avengerów. I była to zdecydowanie tura Drzewca. Falcon eksplodował, przyjmując na siebie najcięższe ciosy. Avengerzy niemal przestali istnieć, przeżył jedynie Egzarcha z jedną raną (ale zdał morale :D ). Guardiani stracili czterech swoich braci (aczkolwiek również ustali :D ).

     T`au w swoim starym, dobrym stylu.

     Tym niemniej, walczyłem dalej. W mojej drugiej turze pod pozycje Riptida podciągnąłem wszystkich moich piechurów (Psioników, Guardianów, Avengerów i Dragonów). Szczególnie ci ostatni okazali się być dla Drzewca sporą niespodzianką: ich Fusion Guny z AP4 po raz pierwszy zmusiły XV-104 do użycia jego inva. Bydlak przetrwał, ale miał już 8 trafień na koncie (bodajże jeszcze 6 w zapasie). Poza tym, z ukrycia wyskoczyły teraz Skorpiony, które zmiotły drużynę Krootów (rzeź, to mało powiedziane).

     Trzecia tura T`au. Dewastujące uderzenie Fire Dragons sprzed chwili sprawiło, że Drzewiec postanowił za wszelką cenę wyeliminować te Aspecty. By je zmiażdżyć, Riptide przyjął nawet dobrowolnie kolejną ranę za przeciążenie reaktora. Ogniste inferno od razu zmiotło z powierzchni ziemi cztery Smoki, ale piąty uparcie trwał aż do końca niemal, ustrzelony ostatecznie bodajże przez rakiety XV-88. Poza tym, ogień tychże XV-88 oraz Commandera wybił Skorpiony. Ich poświęcenie dało czas innym moim jednostkom, które mogły zadać teraz decydujące ciosy warlordowi przeciwnika. Zaskakująco mordercza okazała się nowa dla mnie moc psioników: Smite. Połączenie psioniki i shurikenów wreszcie zwaliło kolosa na ziemię. Riptide down!

     W turze czwartej jednak doszło do odwetu niebieskoskórych. Uderzenia railgunów Hammerheada i XV-88 powaliły wreszcie Wraithlorda. W tym momencie było już dla mnie jasne, że koniec jest bliski. Dodatkowo, padł też Egzarcha Avengerów oraz Warlock. Przy życiu były już jedynie resztki drużyny Guardianów (4) oraz Farseer. Ruszyli oni teraz w samobójczym marszu ku pozycjom wroga, raniąc przy okazji Commandera. W piątej turze ściany ognia postawionej przez rybiogłowych nie przekroczyli już Guardiani, do końca służąc swemu Craftworldowi. Dodatkowo jedną ranę zarobił Farseer.

     Właśnie. Tylko jedną.

     Farseer w tym całym swoim sprzęcie trochę przypominał czołg, tym bardziej, że działał przecież jego warlord trait ratujący go na szóstkach przed ranami (w piątej turze na cztery ciosy Drzewca trzy "wyszóstkowałem :D ). Szedł przez obłoki dymu i ognia ku przeznaczeniu, boleśnie przy okazji kąsając przeciwnika. W piątej turze najpierw Smite, a potem rzucona Singing Spear powaliła Commandera T`au. Drzewcowi na chodzie pozostały dwa XV-88 oraz Hammerhead. W turze szóstej dopiero ostatni, rozpaczliwy strzał smsami pozbawił Farseera życia.

     Wynik: 5-1 dla Tau (Tau: pierwsza krew, powalenie warlorda, jeden znacznik; Aeldari: powalenie warlorda).

     Było FANTASTYCZNIE. Ciągłe napięcie, zwroty akcji, mało wertowania zasad... Jestem na gigantyczne TAK! Pierwsze wrażenia zasadowe: mam poważne wrażenie, że siła ognia dystansowego nieco zmalała, kiedyś Drzewiec rozstrzelałby mnie w takim otwartym marszu maksymalnie w trzeciej turze.

środa, 5 lipca 2017

SotM: Dotyk Uzurpatora

     Dla wyjaśnienia: to trzecia już część opowieści o moich występach na Story of the Month. Pierwszą i drugą można znaleźć nieco wcześniej na tym blogu... lub pod wrzuconymi tuż obok linkami :)

     Po sukcesach w dwóch poprzednich edycjach dałem sobie trochę oddechu i ominąłem temat "Demon" którego zresztą kompletnie nie czułem. W edycji dziesiątej (Pościg) trochę sobie poeksperymentowałem i zakończyło się to kompletną porażką :) Mój zamysł wyjaśnię na koniec notki, dodam tylko, że tylko jeden użytkownik Gloria Victis dał mi jakiekolwiek punkty. Po raz kolejny historyjka dziać się miała w Sektorze Artakserkses w Ultima Segmentum (cholera, dziś to Imperium Nihilus), gdzie ludzkość zmagać się musiała między innymi z groźną rebelią psionika znanego jako Uzurpator Casslehorn, dżentelmen którego bezczelnie sobie skserowałem z Muła Isaaka Asimova :)

     Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.
- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

     - Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.
     Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.
     Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!
     Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.
     Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?
Litością?!
     Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.
     - Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!
     Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.
     Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.
     - Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.
     Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.
     Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.
     Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!
     Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.
     Spokój.
     Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.
     Imperatorze...

     Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.
     Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.
     W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...
     Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.
     Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

     Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.
     Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.
Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.
     Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.
     - Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.
     Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.


     A zamysł był taki: aby oddać trochę chaos w głowie towarzyszący ucieczce, rozbiłem chronologię. Po pierwszym fragmencie akcja ruszyła do tyłu na osi czasu. Ostatnia sekcja tekstu, ta z kręgiem wiernych, jest chronologicznie najwcześniejsza :) Taki tam bezsensowny hipsteryzm literacki ;)

     Dla porządku: wątek z dyskusją nad 10. edycją na Gloria Victis.