piątek, 21 lipca 2017

Debiut

     Stało się. Ponownie zagrałem w czterdziestkę.

     Tak się składa, że wiem dokładnie, kiedy zagrałem po raz ostatni. Dokładnie, co do dnia, 3 lata i jeden miesiąc temu. Zresztą, tak naprawdę i wtedy to były niebywale rzadkie wydarzenia: w 2014 roku zagrałem dwukrotnie, w 2013 pięciokrotnie. Wchodzę więc teraz do zdecydowanie innej rzeki. Nie chodzi tylko o to, że zmieniła się edycja (ja zresztą siódmą też ledwie liznąłem). Chodzi też o to, że ja już kompletnie nie pamiętam tych wszystkich schematów i synergii, którymi grało się kiedyś Eldarami (Aeldarami). Na szczęście, zasadowy próg wejścia został tym razem przez ósmą edycję położony dużo niżej...

     Zagraliśmy z bratem na 1005 punktów (ta piątka to ukłon dla Drzewca, czyli mojego brata właśnie :) ). Postanowiłem w ogóle nie zastanawiać się, co właściwie włożę do rozpiski. Weszły do niej oddziały, które miałem akurat spakowane już w walizce (od trzech lat i jednego miesiąca). Oto waleczny warhost Ulthwe

Farseer
Singing Spear
Guide
Doom

Warlock
Witchblade
Conceal
Reveal

Dire Avengers (5+Exarch)
Power Glaive
Shimmershield

Guardian Defenders (11)
Starcannon

Fire Dragons (5)

Striking Scorpions (5+Exarch)
Biting Blade

Falcon
Crystal Targeting Matrix
Vectored Engines
Pulse Laser
Shuriken Cannon

Wraithlord
Bright Lance
Flamer
Scatter Laser
Shuriken Catapult

     Z tymi siłami ruszyłem zmierzyć się z rybami spod znaku Tau. A siły te pochodziły z podobnej łapanki jak u mnie (z góry zaznaczam, że nie pamiętam tu szczegółów)...

Commander w pancerzu

Kroot Carnivore Squad (10)

XV-88 (2)

Hammerhead

XV-104 Riptide Battlesuit

     RIPTIDE. W tym momencie uznałem (instynktownie rzecz jasna :D ), że będzie mi baaaardzo ciężko.

    Misja: Big guns never tire. Rozmieszczenie: Spearhead. Stół: nieco nieregulaminowy, bo szeroki jedynie na 38 cali :). Warlordami zostali Farseer (z traitem dającym przeżycie na 6) i Riptide (z traitem dotyczącym bodajże boost do liderki). Moje Skorpiony schowane do rezerw.  Niemal wszystkie moje siły poza gravem ukryły się za dużym wzgórzem, z kolei siły Tau wystawiły się ofensywnie, ufne w swą przytłaczającą siłę ognia. Krew mogła popłynąć.

     Drzewiec ruszył pierwszy. Jego znajdujący się na szpicy Riptide wskoczył na centralne wzgórze i obłożył ciężkim ogniem moich Guardianów, Wraithlorda oraz Falcona, korzystając z tego, że teraz strzelać można do różnych celów, wspierany w tym przez Hammerheada i XV-88 (oraz z tego, że Guardiani, choć niewidoczni, spokojnie mogli być trafiani przez esemesy). Wyniki tej nawałnicy były zaskakująco dla mnie umiarkowane: zginęło tylko czterech moich piechurów, czołg przyjął trzy obrażenia, walker jedno. Guardiani zdali morale. 

     Takie wyniki salwy Drzewca nieco mnie zdziwiły. Ja pamiętam bitwy sprzed 5-6 lat, gdy takie przygotowania artyleryjskie zmiatały z powierzchni ziemi całe moje formacje. W związku z tym z Khainem na ustach moje jednostki rozpoczęły przesuwać się w kierunku wroga. Zasadnicza część sił Ulthwe (obie jednostki piechoty, dowództwo oraz Wraithlord) ruszyła prawym skrzydłem (głównie po to, by Riptide znalazł się w żałosnych zasięgach katapult), Falcon pozostał w miejscu, natomiast piątka Dragonów cichaczem zaczęła przesuwać się skrzydłem lewym. Postanowiłem (co było być może moim błędem), że skoncentruję ogień na XV-104, w dramatycznej próbie wyeliminowania tego grubasa w pierwszych turach bitwy. Moje osiągi w pierwszej turze były w tym względzie zdecydowanie słabe: wbiłem mu... jedną ranę. Pomimo Dooma, pomimo Guida na czołgu. Bardzo słabe moje rzuty, bardzo dobre Drzewca i zwykła statystyka sprawiły, że moja sytuacja zrobiła się fatalna.

     W następnej turze armia Tau stanęła, by ich broń heavy nie dostawała już minusów do BS
... i w tej stazie pozostała już do końca bitwy. Furia xenos skupiła się na Falconie, okazjonalnie okładając ogniem również Guardianów i Dire Avengerów. I była to zdecydowanie tura Drzewca. Falcon eksplodował, przyjmując na siebie najcięższe ciosy. Avengerzy niemal przestali istnieć, przeżył jedynie Egzarcha z jedną raną (ale zdał morale :D ). Guardiani stracili czterech swoich braci (aczkolwiek również ustali :D ).

     T`au w swoim starym, dobrym stylu.

     Tym niemniej, walczyłem dalej. W mojej drugiej turze pod pozycje Riptida podciągnąłem wszystkich moich piechurów (Psioników, Guardianów, Avengerów i Dragonów). Szczególnie ci ostatni okazali się być dla Drzewca sporą niespodzianką: ich Fusion Guny z AP4 po raz pierwszy zmusiły XV-104 do użycia jego inva. Bydlak przetrwał, ale miał już 8 trafień na koncie (bodajże jeszcze 6 w zapasie). Poza tym, z ukrycia wyskoczyły teraz Skorpiony, które zmiotły drużynę Krootów (rzeź, to mało powiedziane).

     Trzecia tura T`au. Dewastujące uderzenie Fire Dragons sprzed chwili sprawiło, że Drzewiec postanowił za wszelką cenę wyeliminować te Aspecty. By je zmiażdżyć, Riptide przyjął nawet dobrowolnie kolejną ranę za przeciążenie reaktora. Ogniste inferno od razu zmiotło z powierzchni ziemi cztery Smoki, ale piąty uparcie trwał aż do końca niemal, ustrzelony ostatecznie bodajże przez rakiety XV-88. Poza tym, ogień tychże XV-88 oraz Commandera wybił Skorpiony. Ich poświęcenie dało czas innym moim jednostkom, które mogły zadać teraz decydujące ciosy warlordowi przeciwnika. Zaskakująco mordercza okazała się nowa dla mnie moc psioników: Smite. Połączenie psioniki i shurikenów wreszcie zwaliło kolosa na ziemię. Riptide down!

     W turze czwartej jednak doszło do odwetu niebieskoskórych. Uderzenia railgunów Hammerheada i XV-88 powaliły wreszcie Wraithlorda. W tym momencie było już dla mnie jasne, że koniec jest bliski. Dodatkowo, padł też Egzarcha Avengerów oraz Warlock. Przy życiu były już jedynie resztki drużyny Guardianów (4) oraz Farseer. Ruszyli oni teraz w samobójczym marszu ku pozycjom wroga, raniąc przy okazji Commandera. W piątej turze ściany ognia postawionej przez rybiogłowych nie przekroczyli już Guardiani, do końca służąc swemu Craftworldowi. Dodatkowo jedną ranę zarobił Farseer.

     Właśnie. Tylko jedną.

     Farseer w tym całym swoim sprzęcie trochę przypominał czołg, tym bardziej, że działał przecież jego warlord trait ratujący go na szóstkach przed ranami (w piątej turze na cztery ciosy Drzewca trzy "wyszóstkowałem :D ). Szedł przez obłoki dymu i ognia ku przeznaczeniu, boleśnie przy okazji kąsając przeciwnika. W piątej turze najpierw Smite, a potem rzucona Singing Spear powaliła Commandera T`au. Drzewcowi na chodzie pozostały dwa XV-88 oraz Hammerhead. W turze szóstej dopiero ostatni, rozpaczliwy strzał smsami pozbawił Farseera życia.

     Wynik: 5-1 dla Tau (Tau: pierwsza krew, powalenie warlorda, jeden znacznik; Aeldari: powalenie warlorda).

     Było FANTASTYCZNIE. Ciągłe napięcie, zwroty akcji, mało wertowania zasad... Jestem na gigantyczne TAK! Pierwsze wrażenia zasadowe: mam poważne wrażenie, że siła ognia dystansowego nieco zmalała, kiedyś Drzewiec rozstrzelałby mnie w takim otwartym marszu maksymalnie w trzeciej turze.

środa, 5 lipca 2017

SotM: Dotyk Uzurpatora

     Dla wyjaśnienia: to trzecia już część opowieści o moich występach na Story of the Month. Pierwszą i drugą można znaleźć nieco wcześniej na tym blogu... lub pod wrzuconymi tuż obok linkami :)

     Po sukcesach w dwóch poprzednich edycjach dałem sobie trochę oddechu i ominąłem temat "Demon" którego zresztą kompletnie nie czułem. W edycji dziesiątej (Pościg) trochę sobie poeksperymentowałem i zakończyło się to kompletną porażką :) Mój zamysł wyjaśnię na koniec notki, dodam tylko, że tylko jeden użytkownik Gloria Victis dał mi jakiekolwiek punkty. Po raz kolejny historyjka dziać się miała w Sektorze Artakserkses w Ultima Segmentum (cholera, dziś to Imperium Nihilus), gdzie ludzkość zmagać się musiała między innymi z groźną rebelią psionika znanego jako Uzurpator Casslehorn, dżentelmen którego bezczelnie sobie skserowałem z Muła Isaaka Asimova :)

     Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.
- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

     - Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.
     Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.
     Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!
     Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.
     Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?
Litością?!
     Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.
     - Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!
     Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.
     Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.
     - Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.
     Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.
     Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.
     Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!
     Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.
     Spokój.
     Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.
     Imperatorze...

     Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.
     Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.
     W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...
     Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.
     Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

     Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.
     Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.
Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.
     Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.
     - Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.
     Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.


     A zamysł był taki: aby oddać trochę chaos w głowie towarzyszący ucieczce, rozbiłem chronologię. Po pierwszym fragmencie akcja ruszyła do tyłu na osi czasu. Ostatnia sekcja tekstu, ta z kręgiem wiernych, jest chronologicznie najwcześniejsza :) Taki tam bezsensowny hipsteryzm literacki ;)

     Dla porządku: wątek z dyskusją nad 10. edycją na Gloria Victis.

piątek, 30 czerwca 2017

M42

     Kurz powoli opada, ósma edycja na dobre już zdążyła się z nami przywitać, gracze obadali związany z nią crunch, poodnajdywali jego zalety i wady, zdążyli już podzielić się na zwolenników i przeciwników zmian... ale ja nie o tym. Ja, jak zwykle u mnie, o fluffie. W jakim kierunku pchnęła go nowa edycja? Co mi się w nim podoba, a co nie bardzo? O tych właśnie kompletnie nieważnych kwestiach traktować ma poniższa notka.

Zegar ruszył

     I to jak ruszył! Przez dziesięciolecia już gracze jęczeli, że fluff utknął w stazie, że nic się nie zmienia, że mogliby pchnąć coś w czasowym continuum... Gdy już kiedyś GW zrobiło taką nieśmiałą próbę (uruchamiając kampanię Eye of Terror),  to zmieniła się ona w wojnę pozycyjną, której wyniki ostatecznie niemal całkowicie zostały obecnie odrzucone, łącznie z tym najbardziej wstrząsającym, czyli śmiercią Eldrada Ulthrana (nie wiem, czy nie jedynym jej elementem obecnym w ósmoedycyjnym fluffie jest zniszczenie planety St. Josmane`s Hope; ta w obecnym podręczniku nadal opatrzona jest opisem "destroyed"). Data 999.M41 wydawała się święta i nienaruszalna (no, może zniszczenie Medusa V delikatnie ją jeszcze naruszyło).

     To się jednak zmieniło.

     Ósma edycja pchnęła fabułę o co najmniej kilka dziesięcioleci. Być może nawet o stulecie, jak się przyjęło w fandomie uważać. Piszę "być może", bo w najnowszym podręczniku nie ma najmniejszej informacji o tym, w którym konkretnie roku zatrzymał się teraz kanon (być może spekulacje oparte są o "Dark Imperium" Guya Haleya, której to książki jeszcze nie czytałem). Co więcej, ustalenie jednej daty może być obecnie niemożliwe, gdyż erupcja Cicatrix Maledictum sprawiła, że w całej Drodze Mlecznej wystąpiły zaburzenia temporalne i czas w różnych sektorach zaczął biec z różną prędkością (choć nigdzie nie wyjaśniono, jak duże są te czasowe dylatacje). Tak czy inaczej, z pewnością jesteśmy już w 42 tysiącleciu. Tysiącleciu wypełnionym, jak niemal wszystkie poprzednie, niekończącą się wojną.

The Great Rift

     No cóż, o Cicatrix Maledictum pisałem już jakiś czas temu... i zdania nie zmieniłem. IMHO to całkiem fajne, dynamizujące uniwersum rozwiązanie narracyjne. W 999.M41 kolosalny sztorm Osnowy podzielił galaktykę na pół, radykalnie zmieniając sytuację strategiczną Imperium (prawdopodobnie po tym, jak Abaddon zniszczył pylony na Cadii). Po pierwsze, nie ma już obecnie żadnego zaworu bezpieczeństwa, który powstrzymywałby siły Chaosu przed zupełnie dowolnym wdzieraniem się do imperialnej  realspace. Po drugie, Imperium straciło efektywną kontrolę nad swymi wschodnimi sektorami. Po trzecie, owe utracone sektory (czyli Imperium Nihilus) pogrążać zaczęły się w pogłębiającej się anarchii ze względu na to, iż przez Cicatrix nie przechodzi światło Astronomiconu, co kompletnie zdezintegrowało sieć połączeń międzysystemowych. Takiego ciosu ludzkość nie otrzymała od czasów Herezji Horusa. W efekcie większość Ultima Segmentum i Segmentum Obscurus została cofnięta do statusu znanego z Age of Strife.


     Cicatrix nie jest do końca szczelna. Ma na przykład dwie szczeliny. Jedna z nich jest chyba jednak niestabilna, na co wskazuje jej nazwa: Temporary Rift Corridor. Znajduje się na galaktycznym południowym-wsxhodzie, w pobliżu ogromnego gwiezdnego mocarstwa, które w międzyczasie zdołała stworzyć nekrońska dynastia Sautekh (co swoją drogą nie musi być przypadkiem). Druga szczelina jest trwalsza, ale również trudna do sforsowania: nazywa się Nachmund Gauntlet i kontrolowany jest przez lokalnego renegackiego kacyka Kaligiusa dysponującego szwadronami Rycerzy. Pomimo znajdujących się w pobliżu potężnych baz wojskowych (Cypra Mundi, Belis Corona, Agripinaa) Imperium jakoś nie potrafi w pełni udrożnić tego arcyważnego szlaku. Można też ewentualnie galaktyczną bliznę oblecieć. Nie znamy niestety jej "szerokości" w płaszczyźnie Drogi Mlecznej, nie będę więc spekulował możliwości lotu "nad" lub "pod" galaktycznym dyskiem. Istnieje jednak z pewnością możliwość ominięcia Cicatrix Maledictum mijając jej północny lub południowy koniec. Obejście krańca północnego wiedzie przez Sektor Calixis, znanym dobrze z RPG Dark Heresy. Kraniec południowy jest gorszą opcją z dwóch względów: to naprawdę ekstremalnie, ekstremalnie daleka trasa (wiodąca przez Eastern Fringe), a po drugie jest tam aż gęsto od wrogów ludzkości: T'au, nekrońscy poddani dynastii Sautekh i Scourge Stars kontrolowane przez siły Nurgla. Imperium od czasu do czasu używa jednak tych dróg, o czym świadczy dajmy na to pojawienie się Guillimana podczas walk na Baalu...

Powrót Prymarchy

     To z kolei najsłabszy, zdecydowanie najsłabszy moim zdaniem element nowego fluffu. Z dwóch względów. 

     Zanim wyjaśnię swoje stanowisko, disclaimer: nie jestem przeciwnikiem samej idei powrotu Robouta. To całkiem ciekawy twist akcji, zresztą sugerowany w ostatnich latach. Zresztą, ogromny sukces Horus Heresy musiał do tego doprowadzić. Tyle, że sposób jego wprowadzenia mógł być zdecydowanie lepszy. 

     Po pierwsze: operacja Primaris. No to się nie trzyma kupy. Dziesięć tysięcy lat pracy Belisariusa Cawla kończy się akurat wtedy, gdy następuje rezurekcja Prymarchy? Razem z całym gotowym osprzętem, technologicznie wyprzedzającym o generację dotychczasowe zabawki Imperium (grav-tanki!)? Albo to jest bardzo głupie, albo trochę racji mają ci, którzy węszą w tym spisek Xenos. Raczej jednak jest to po prostu głupie. W ogóle zresztą cały koncept tych Super Space Marines jest moim zdaniem słaby, to taka trochę inflacja heroiczności. 

     Po drugie, ważniejsze: Guilliman obecnie coraz bardziej przypomina Karla Franza z jego ostatnich wcieleń. Genialny dowódca który samotnie powstrzymuje wrogów Imperium. W katalogu konfliktów 42 tysiąclecia ludzkość wygrywa wyłącznie te, w które zaangażowany był Roboute (Terran Crusade, Indomitus Crusade, Plague Wars, Baal). Tam gdzie Prymarchy zabrakło, Imperium się cofa (Stygius Crusade, Blood Crusade). Bardzo to jest słabe. Ani to grim, ani dark.

     BTW, jest we fluffowej części podręcznika takie zdanie: "And roumors of Primarchs returned to the galaxy gave many a sliver of hope - for his truest sons might yet bring victory as they had in days of legend". Primarchs. Sons. Czyli raczej będą następni. Russ? Czy ktoś taki zaakceptuje autorytarne rządy Guillimana nad Imperium? Rodzi to interesujące możliwości...

Noctis Aeterna

     Przez nieokreślony okres czasu światło Astronomiconu przestało być widzialne (wzmiankowana już bodajże w podręczniku szóstej edycji awaria Złotego Tronu?), co pogrążyło całą zamieszkaną przez ludzi część Drogi Mlecznej w chaosie. W tym czasie całe terrańskie mocarstwo było Imperium Nihilus. I siły Chaosu mające teraz tak wiele możliwych dróg inwazji postarały się to wykorzystać, choć nie sposób powiedzieć, że zrobiły to skutecznie.

     Czym innym bowiem jak nieudolnością należy tłumaczyć fakt, że tak potworne osłabienie Imperium nie doprowadziło do upadku Bramy Cadii? Owszem, sama Cadia została stracona, ale dwa pozostałe kluczowe systemy (Agripinaa i Belis Corona) nadal są w rękach ludzi... co więcej, Cadiańczycy rozzuchwalili się na tyle, że planują już odbicie swojej macierzy. I nie można tego usprawiedliwiać faktem, że po powstaniu Cicatrix Maledictum Brama nie jest już tak ważna: te systemy znajdują się w pobliżu niebywale ważnego przejścia Nachmund Gauntlet... Nurgle zdołał stworzyć sobie w realnej przestrzeni bastion w postaci trzech systemów zwanych Scourge Stars (Noxias, Rottgrave, Verminox), ale już atak na Ultramar, choć prowadzony przez najjaśniejsze gwiazdy w stajni (ogrodzie) Papy (Mortarion, Typhus i Wielki Nieczysty Ku`Gath Plaguefather) zakończył się odwrotem. Uderzenie na samą Terrę zakończyło się tak apokaliptyczną klęską, że Khorne uniesiony szałem unicestwił wszystkie uczestniczące w niej Bloodthirstery...


     Zdecydowanie najlepiej wiedzie się w tym wszystkim siłom Tzeentcha. Jego najważniejszy pupil, Magnus, przeniósł Planetę Czarodziejów z Oka Terroru do normalnej przestrzeni (z sentymentu chyba osadził ją tuż przy martwym Prospero). Tysiąc Synów wzięło potem udział w zwycięskich walkach w Sektorze Stygius, w których przed totalną anihilacją siły Imperium uchroniła jedynie interwencja Aeldarów (w Sektorze znajduje się Mordia, co oznacza chyba koniec zasłużonej i efektownie wyglądającej Mordian Iron Guard).  Drobna wzmianka w rozdziale dotyczącym tego heretyckiego legionu sugeruje też, że Magnus znowu działa ręka w rękę z Ahrimanem, co nie wróży nic dobrego słabnącemu Imperium.

     Tak czy inaczej, gdy Astronomicon zalśnił ponownie, pomimo całego grimdarkowego biadolenia rulebooka, Imperium stało nadal zaskakująco stabilnie.

Varia

     Biedne Iyanden znowu doznało abordażu. Nie dość zniszczeń wywołanych atakiem Krakena. Nie dość rozwałki z lądującymi na światostatku orkami Rekkfista. Nie dość śluzu pozostawionego przez oddziały Gara`gugul`gora. Teraz do polowania na Iyanden dołączyły siły Arcywroga Eldarów: Slaanesha. I tym razem nieszczęsny craftworld ocalał, dzięki pomocy innych Eldarów a także Dark Eldarów (Drukhari), Arlekinów, Eksodytów i Ynnari.

     Blood Angels przetrwali bezpośredni atak Tyranidów na Baal dzięki interwencji Guillimana (a jakże!) i... wymordowaniu floty-roju Leviathan przez siły demona Khorna, Ka`Bandhę. TAK, KA`BANDHĘ. Kiedyś necroni, teraz demony, Krwawe Anioły nie mają uprzedzeń w dobieraniu sobie sojuszników... Nawiasem mówiąc, dla zasłużonego dla fluffu Leviathana oznacza to chyba definitywny koniec, bo jego resztkami zaczęła pożywiać się nowa tyranidzka flota, Hydra (prócz niej są jeszcze trzy nowe: Scylla, Charybdis i Kronus).

     Trzecia wojna o Armageddon płynnie przeszła w czwartą, gdy na planecie znowu pojawiły się siły Khorna.

     Nowi, lepsi Space Marines Primaris zostali przez Guillimana transferowani do niemal wszystkich ocalałych zakonów. Niemal, bo drobna część odmówiła. Cholera, dużo bym dał za listę tych dumnych chapterów.

     Już na koniec drobnostka, przepiękna drobnostka. Na marginesach stron 50 i 51 są dwa cytaty. Pierwszy pochodzi od marszałka Gideona z Black Templars i brzmi: 
Those, who are pure of heart and strong of faith have nothing to fear from the Black Templars, this is true. But who then, amongst the heaving, sinful masses of humanity, can truly count themselves as safe from our wrath? 
     Na stronie sąsiedniej z kolei jest cytat z Haakora, członka Black Legion. Czytamy tam: 
Butcher your enemy`s warriors without mercy. Crush his armies and leave none alive. But do not stop there.  Burn his cities. Bomb his worlds from orbit. Slaughter everything and everyone until he kneels in the ashes of those he sought to protect. Only then will he understand the true fury of the Dark Gods!
     Oto między jakie siły wciśnięta jest ludzkość. Oto jest grimdark. To lubię.


czwartek, 22 czerwca 2017

Ósemka: osiem pierwszych wrażeń klimaciarza










   No cóż, tym razem nie będzie żadnej składnej narracji (sugestia: czyli wcześniej była ;) ), tylko kolejne mniej lub bardziej składne uwagi dotyczące szeroko rozumianego fluffu/hobbystyki w podręczniku wersji 8.0 (tak, tak, na sekcję zasad jeszcze nie spojrzałem ;) ). Po pierwszych kilkudziesięciu stronach jest nieźle.

     1. Po eksperymencie (udanym imho) z odświeżeniem nieco graficznego designu w poprzednim rulebooku, teraz wracamy do źródeł. I choć graficznie mi się siódmy podręcznik podobał, to nie mogę stwierdzić, że ten powrót w stare koleiny mi się nie podoba. Jest bezpieczny, może nieporywający, ale czuję się tu jak w domu.



     2. Na wstępie oczywiście wita nas kanoniczny grimdarkowy prolog i równie kanoniczny portret Imperatora na Złotym Tronie. Carrion Lord of the Imperium. Kiedyś zakochałem się w tej wizji i w sumie jest tak nadal.

     3. Na zdjęciach "hobbystycznych" same nerdy. Ani jednego dziesięciolatka?


     4. Są takie grafiki, które do mnie nie przemawiają. Na przykład ta ikoniczna dla ósmej edycji, z Primarisem i Death Guardem strzelającymi do siebie jednocześnie. Jakoś takie za czyste, za mało brudne.


     5. Są jednak i takie, które przemawiają. Na przykład ta ze strony tytułowej rozdziału "Dark Millenium". Wrażenia nie psuje mi nawet dominujący nad wszystkim Lord of Skulls (nadal nie mogę się przekonać do tej abominacji). To właśnie lubię w 40k: mrok, brud, chaos, karykaturalne przejaskrawienia. Czego tam nie ma? Są nawet Rough Riders szarżujący na CSMów :) Są chłopcy z Cadii, Ultrasi, slaaneszyckie kobietki, gigantyczny Reaver bijący do kogoś z Gatlinga, monstrualny kształt zwieńczonego tymi wszystkimi katedrami Imperatora na horyzoncie, jest nawet samotny Catachanin który próbuje ustrzelić Demonetkę :) Tak, to lubię.

     6. Na tej samej stronie znajduje się cytat z jednego z imperialnych dowódców, który chce się modlić do "swoich bogów". Bogów? Hej Eklezjarchio, gdzie jesteś, gdy jesteś potrzebna?

     7. W początkowym, pobieżnym opisie historii ludzkości pojawiają się (po raz pierwszy? nie przypominam ich sobie) nazwy umieszczone między Dark Age of Technology a Age of Strife: Realm of Night i Empire of Blood. Cóż, to brzmi banalnie, ale dobrze.

     8. Pomysł z rozregulowaniem czasu po pojawieniu się Cicatrix Maledictum jest całkiem zgrabny. W ten sposób zapewne GW omija problem z wejściem w 42 tysiąclecie, co trochę by detonowało nazwę systemu. W centrum Imperium minęło pewnie kilka standardowych "miesięcy", co nie przeszkadza zupełnie stworzyć systemów, w których wydarzenia związane z pojawieniem się tej galaktycznej blizny rozciągnięte zostaną na całe dziesięciolecia (jeśli nie więcej).

niedziela, 21 maja 2017

SotM: Nefryt

   Z drugim występem w SotM nie czekałem długo: wystartowałem od razu w następnej edycji, czyli "The last stand". I znowu nie poszło mi źle. Absolutnie najlepszym opowiadaniem była tym razem kreacja Xzanu "I poleje się krew" z naprawdę dobrym motywem transformacji legionisty w chaośnickiego legionistę... i tylko z nim przegrał mój Nefryt :) Oto moje jądro ciemności.

   (BTW: opowiadanie ma swój ciąg dalszy, wtedy wyjaśnię ococho z tym całym nefrytem ;) )
NEFRYT

Niebo płakało popiołem.
k***a, jak ja kiedyś lubiłem takie metafory. Smakowałem każdą sylabę, narkotyzowałem się każdym pustym literackim odniesieniem, każdą wydumaną parafrazą. Kiedyś. W życiu przed branką.
Z nieba faktycznie spadała sadza, wokół dogasały pożary lasów, ale w żadnym pierdolonym momencie nie widziałem w tym zachęty do snucia poetyckich metafor. Ani ja, ani żaden pozostały bersalier kulący się w murach Fortu Lester. Chociaż za Hortona i Kwandeliusza wypowiadać się nie chcę, głowy porucznika i komisarza od dawna opanowało szaleństwo i stali się dla mnie równie nieodgadnieni jak futrzaki kłębiące się pod murami.
Tygrydzi... Trzy standardowe lata temu arcykról Ransar III, autokratyczny gubernator planety Omala zaczął wysyłać coraz bardziej rozpaczliwe apele o pomoc, tradycyjnie zignorowane początkowo przez władze subsektora. Imperium znało tygrydów, porośniętych żółtym futrem humanoidalnych xenos zamieszkujących trzy zindustrializowane systemy za Zawirowaniem Stendara. Ciągnąca się całymi dekadami Uzurpacja Casslehorna sprawiła, że planowana od niepamiętnych czasów krucjata przeciw tygrydzkiemu dominium ciągle miała odległy priorytet w planach władz z Artakserksesa. Zresztą xenos z Tigris, Boaris i Frygidus, choć silnie uzbrojeni, nie przejawiali wobec Imperium żadnych agresywnych zamierzeń, sądzono więc, że nałożenie interdyktu całkowicie wystarczy.
Nie wystarczyło, k***a. Nie wystarczyło.
- Betonowy Cyrk cię wzywa, Sul.
Berengar Soln, wzorcowy przykład gwardzisty z 34 pułku bersalierów lazzańskich szarpnął mnie za ramię, wykrzywiając swą zarośniętą gębę w paskudnym uśmiechu. Miał typową dla bersalierów wąską, kościstą twarz, z rysami wyostrzonymi jeszcze przez wychudzenie. Do jego stalowobłękitnego munduru podoczepiane były drewniane fetysze, pozostałość przedimperialnych wierzeń Lazzy których nie udało się dotąd wyplenić kapłanom Eklezjarchii. Berengar nigdy się nimi nie przejmował, czym przysparzał mi ciągłych trosk. Cały nasz pluton brał z niego przykład. I kto za to odpowie, psia jego mać? Dowódca plutonu zapewne, chociaż jego mundur był pozbawiony jakichkolwiek drewnianych dodatków. Ja.
Bersalierzy wysłani zostali na Omalę rok temu. Raportami Ransara III zainteresowano się dopiero wtedy, gdy się urwały. Piętnaście regimentów zajęło najważniejsze miasta pankontynentu Host, bez walki zresztą praktycznie gdyż tygrydzi po prostu wycofali się na pokrytą puszczą północ. Najwyraźniej na Artakserksesie uznano wtedy, że wysłanie regimentów drugiego rzutu jest już niepotrzebne, tym bardziej że Casslehorn znowu zaczął sprawiać kłopoty, tym razem na Cefeuszu.
Zawsze uważałem, że gwiazdki na pagonach trawią ludziom rozum.
Westchnąłem, sięgnąłem po przyozdobiony białymi piórami hełm i wstałem.
- To nie jest żart, Soln? - upewniłem się jeszcze. - Wiesz przecież, jak lubię się mścić.
- Nie ośmieliłbym się, Sul. Przecież wiesz, jak cię szanuję.
Skurwysyn nie szanował mnie wcale, ale jak ktoś trzy razy ratuje ci życie, to nie będziesz raczej strofował go za braki w dyscyplinie. Znowu westchnąłem, zaczynało wchodzić mi to w nawyk.
Pierwszy raz tygrydów zobaczyłem dopiero tutaj, w Forcie Lester. Wcześniej mój batalion jakoś omijały starcia, zajęcie wyludnionej Umbry obyło się bez jednego strzału, a gdy zaczęliśmy penetrować obrzeża północnych lasów to znajdowaliśmy tam jedynie trupy ludzkich zakładników. Pół roku temu przydzielono nas do zadań garnizonowych, mojej kompanii przypadło osadzenie w kontrolującym drogę kolejową do lokalnej kopalni Forcie Lester. Horton był wściekły, ten pierdziel rwał się do walki dopingowany jeszcze przez zjadliwe drwiny Aulusa Kwandeliusza, naszego komisarza, ta furia wylała się więc na nas serią rozkazów nakazujących karczunek okolicznych drzew. Porucznik Boemund Horton lubił nadzorować te prace stojąc na zrąbanych sągach drewna i wrzeszcząc na nas plując wszędzie mieszanką śliny i zielonej flegmy. Gdy pojawiły się pierwsze oddziały futrzaków, stosy zwalonych drzew stały się dla nich naturalną osłoną przed naszym ostrzałem.
Bo w końcu się pojawiły.
Pociągnąłem łyk wody z manierki, bezskutecznie próbując oszukać głód. Ostatni raz jadłem wczoraj rano, dzisiaj wodne zupy mistrza kuchni Fredegara Sangora jeszcze nie zostały wydane i żołądek słał ciągłe, bolesne przypomnienia o swym istnieniu. Po powstaniu musiałem przez chwilę oprzeć się o szary, betonowy mur fortu by pokonać nagłą słabość.
- Potnij pas i żuj kawałki - powiedział Berengar, już bez kpiarskiej ironii w głosie. - To dobra, lazzańska skóra.
- Chybabym umarł z przejedzenia. No i Sangor się obrazi. Zresztą, za chwilę po nas przylecą i jak będę wtedy wyglądał? Sierżant z opadającymi spodniami?
- Kto niby po nas przyleci?
- No jak to kto. Odsiecz oczywiście. Cały subsektor kombinuje właśnie jak by nas stąd wyrwać.
Berengar skrzywił się, zasalutował i usiadł pod murem.
Naszym losem nie przejmował się nikt prócz tygrydów.
Pojawili się trzy miesiące temu i całkowicie nas zaskoczyli. Co prawda dzień wcześniej doszła nas wieść o katastrofie na Czarnym Uroczysku, ale to było przecież 300 mil na wschód, nie poczuliśmy zagrożenia, tym bardziej, że nie znaliśmy jeszcze skali tamtej rzezi. Rankiem Horton jak zwykle wypędził nas na teren wyrębu nie dbając nawet o rozesłanie patroli. Tego dnia zginęła ponad połowa naszych ludzi.
Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć o tygrydach to to, że są szybcy. Kurewsko szybcy. Futrzak na pozór nie sprawia groźnego wrażenia. Jest niższy od człowieka, raczej wątły, a ta cała sierść i długi ogon sprawiają, że odruchowo bierzesz go za miłe zwierzątko, tym bardziej, że nie noszą żadnych ubrań, nawet wyposażenia ochronnego. Ich okrutnych, czerwonych oczu prawie nie widać, giną w głębokich oczodołach zwieńczonych szerokimi wałami brwi.
Zaatakowali krótko przed południem. Najpierw kilkadziesiąt sekund prowadzili ogień ze swej głośnej, wielkokalibrowej broni palnej po czym ruszyli do szarży z kilku miejsc jednocześnie. Byli niczym żółta fala przelewająca się przez słupy falochronu, biegli tak szybko, że na dobrą sprawę nie zdążyłem nawet dobrze wystrzelić, gdy byli już wokół nas. Śmierć zadawali trzymając w jednej dłoni średniej wielkości miecz, w drugiej zaś wymachując długim ostrzem przypominającym sierp. Nie mieliśmy żadnych szans. Bersalier strzela lub umiera. Nie mieliśmy nawet bagnetów, jedynie porucznik dysponował mieczem lecz Horton zaczął się wycofywać jako jeden z pierwszych. Na szczęście było nas zbyt wielu, by xenos mogli zmieść nas jednym uderzeniem, więc prawie setce gwardzistów udało dotrzeć do fortu. Fort Lester też był atakowany, ale tu skoncentrowany ogień karabinów laserowych sprawił, że tutaj to tygrydzi ponieśli ciężkie straty i zdołaliśmy się przedrzeć do zbawczych murów twierdzy. Zbawcze mury, tak wtedy o nich myśleliśmy.
Następnego dnia dostaliśmy komunikat, że nasze siły są w pełnym odwrocie. Desperacki ton meldunku sugerował zresztą nie odwrót, lecz ucieczkę. Później eter opanowali tygrydzi i zostaliśmy zupełnie odcięci od świata. Mury zmienily się w granice naszego grobu. Przez jakiś czas łudziliśmy się, że odsiecz jest kwestią tygodni, jeśli nawet nie dni, ale gdy zaczął się drugi miesiąc oblężenia zrozumieliśmy, że nikt po nas nie przyjdzie. Tygrydzi nie próbowali nawet nas atakować, wystarczała im blokada i okazjonalny ostrzał artyleryjski. Bardziej niż oni prześladował nas głód i rosnące szaleństwo Betonowego Cyrku.
Skrzywiłem się, poprawiłem hełm i ruszyłem na skos przez środek fortowego dziedzińca. W jego centrum klęczał Stary Brzydal, starożytny posąg z dziwnego, zielonego metalu którego dotknięcie przynosiło podobno szczęście. Szczęście było mi potrzebne, cholernie potrzebne, wezwanie do Cyrku oznaczało sąd dyscyplinarny, choć nie miałem pojęcia z jakiego powodu. Horton i Kwandeliusz byli bardzo szczodrzy w rozdawaniu oskarżeń, była to jedyna forma hojności jaką znali.
Gdy po miesiącu oblężenia dla wszystkich stało się jasne, że jesteśmy zdani sami na siebie, nasi dowódcy zaczęli zanurzać się w odmętach szaleństwa. Wraz z kilkoma najbardziej zaufanymi gwardzistami zamknęli się w Cyrku i zaczęli codziennie raczyć nas coraz bardziej paranoicznymi przemówieniami o wierności, honorze i czujności. Ich spotęgowane przez megafony głosy budziły w nas strach niemal równie silny jak xenos poza murami. Bersalierzy którzy nie stali wtedy na baczność byli później zabierani do umieszczonego w Betonowym Cyrku aresztu, by boleśnie przekonać się, jak się żyje z ograniczonymi do połowy racjami żywnościowymi. Co oznaczało chyba, że z wodnej zupy mistrza Sangora dostawali jedynie wodę. Sensu zamykania w ciemnicy żołnierzy w sytuacji, w której byliśmy otoczeni przez przeważających liczebnie tygrydów nikt nie ośmielił się podważać.
Przesunąłem nagą dłoń po szorstkiej powierzchni Brzydala. Posąg przedstawiał wysokiego na trzy metry, klęczącego mężczyznę w hełmie zasłaniającym górną część twarzy (obecnie do hełmu przyczepione były dwa białe, bersalierskie pióra). Brzydala kilkukrotnie trafiły tygrydzkie pociski artyleryjskie, nie wyrządziły mu jednak widocznej krzywdy. Być może dlatego zaczęliśmy traktować go jak swój amulet. Dotknięcie zielonego metalu zapewniało nieśmiertelność.
Fort Lester powstawał w dwóch fazach. Na początku powstał Betonowy Cyrk, masywny kwadratowy bunkier z otworami strzelniczymi wyszczerzonymi w cztery strony świata. Powstał kilkaset lat temu, gdy najpotężniejsza na Omali korporacja Hawkins pacyfikowała ukrywających się w północnych lasach zbuntowanych robotników. Sto lat temu w okresie zamieszek głodowych arcykról Omali przejął bunkier i nakazał dobudować do niego owal "doczepionego" do niego muru, wewnątrz którego znalazły się budynki magazynowe i koszary na zwiększony garnizon. W ten sposób Fort Lester przyjął dzisiejszą formę: brunatna bryła Cyrku w której siedział Horton z obstawą i pięciokrotnie większa reszta okolona betonowym wieńcem fortyfikacji w której powoli dogorywało czterdziestu pozostałych bersalierów.
A może olać rozkaz? Od dwóch tygodni nikt z wezwanych do Cyrku jeszcze nie wrócił, każdy został "tymczasowo zatrzymany" do czasu "wyjaśnienia wątpliwości co do jego bojowej postawy". Po forcie krążyły plotki, że wszyscy zamknięci zostali już skazani na śmierć a Kwandeliusz nie wykonuje wyroków jedynie z obawy przed rebelią. Gdybym odważył się na taki gest, nie byłoby chyba nikogo, kto by mnie wydał...
Gwałtownie otwarte metalowe wrota Cyrku brutalnie przerwały moje rozważania. U wylotu oświetlonego mdłym światłem korytarza stał sierżant Grans. Teodoryk Grans wydawał się być zupełnie odpornym na trudy oblężenia, jego sylwetka nie straciła nic ze swej zwalistości. Krzaczasta, czarna broda skutecznie maskowała mu usta a ciemne oczy nigdy nie zdradzały nastroju. Grans niby pochodził z Lazzy, ale naszą impulsywność i legendarne poczucie humoru stracił chyba we wczesnym dzieciństwie. Tym prenatalnym.
- Wejdź, czekają na ciebie.
Korytarz Cyrku tuż za wejściem ostro zakręcał, mijając obecnie puste stanowisko ogniowe. Kilkanaście metrów dalej przechodził w obszerną salę w której widać było wyloty trzech kolejnych korytarzy. W sali znajdowały się metalowe szafy które obłożono obecnie siennikami i kocami. Za dużym, nitowanym stołem siedział Boemund Horton, pyszniąc się złotymi galonami swego granatowego munduru. Dwaj bersalierzy drużyny dowodzenia stali obok, uśmiechając się paskudnie.
Między łopatkami poczułem karabinową lufę.
W narożniku sali dojrzałem kości. Dużo kości. I kilka czaszek. Ludzkich.
Jak oni wszyscy dobrze wyglądali, jak znakomicie byli odżywieni...
- Przydasz się Imperium, kapralu Sul - powiedział komisarz Kwandeliusz, który siedział niedbale na jednej z szaf. - Bardzo się przydasz.
Eksplozja rzuciła nas wszystkich na podłogę, z przeciwległego korytarza wyleciała chmura pyłu. Mgnienie oka później wysypali się z niego tygrydzi i salę ogarnęła przemoc.
Nawet nie wiem, jak znalazłem się ponownie przy wyjściu. Zadziałał instynkt i szaleńczy strach. Wiem, że próbujący wstać Grans próbował mnie zatrzymać... ale ja miałem już w dłoni pistolet. W kolejnym mgnieniu oszalałej rzeczywistości byłem już przy końcowym zakręcie korytarza, tuż przed wrotami wejściowymi. Obejrzałem się.
Trzej tygrydzi mknęli ku mnie w oszałamiającym tempie. Jakimś cudem zdążyłem strzelić...
Jeden z nich upadł, pozostali nawet się nie zatrzymali przy mijaniu. Lewe udo eksplodowało bólem, jakaś siła wyrwała mnie w powietrze, upadłem z ciężkim stęknięciem. Xenos już wysypywali się na dziedziniec fortu, nieskoordynowany ogień moich kolegów nie potrafił ich zatrzymać...
Nie uczyniłeś mnie nieśmiertelnym, Brzydalu.
I wtedy to się stało, och jak bardzo się stało, jak intensywnie, tak cudowne w swej nieskomplikowanej grozie. Wizury hełmu Brzydala zalśniły zielenią, posąg zaczął wstawać, jego metalowa skorupa zajęczała w proteście... a gdy już wstał...
Obrońcy i napastnicy zaczęli umierać, zawieszeni w nefrytowym huraganie.
A ja uśmiechnąłem się uśmiechem uczepionym wieczności.

niedziela, 7 maja 2017

The Torch and the Blade

   Mniej więcej 2 lata (sic!) po rozpoczęciu prac z zestawem "The Torch and the Blade", wszystkie figurki do niego należące dotarły na poziom późnych wipów (no, płomyczek jest, powiedzmy, wipem na średnim etapie) :) Tak, Parszywy Warsztat nigdy nie grzeszył szybkością :) Już tu kiedyś prezentowałem pomalowanego stalkera, dziś dorzucę szefową bandy, wraz z jej silnorękim i totemem. Generalnie, to podtrzymuję wszystko, co kiedyś pisałem: Wyrd produkuje modele z najwyższej półki, które pięknie się maluje i z przyjemnością ogląda. Jedna tylko uwaga: złożenie szkielecika okazało się dla mnie horrorem, drobnica jego części mocno nadwerężyła moje pokłady cierpliwości. Tak czy inaczej, nawet przeciętny malarz z czymś tak pięknym rzeźbiarsko osiągnąć może co najmniej poprawne efekty :)

   Teraz tylko trzeba jeszcze kogoś do grania znaleźć...



piątek, 5 maja 2017

SotM

   Był taki moment, że w światku WH40k modne stało się posługiwanie się fluffem. Nie do tworzenia rozpisek oczywiście: tu hardkorowi klimaciarze zawsze byli i będą wąską niszą.

   Fluff używany był wtedy do robienia literatury. Jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało.

   Na Gloria Victis zgrało się kilku ludzi z prozotwórczym potencjałem w głowach i zapałem w sercach. Emeryt, Xzanu, czy Fireant, by wymienić tylko kilku z nich: udało im się stworzyć funkcjonującą kilka lat inicjatywę: Story of the Month, cykliczny, comiesięczny konkurs na fanfika z zadanym wcześniej tematem. Oczywiście trochę kłamię, bo przecież prapoczątek SotM miał miejsce o jeden portal od Ultramaru, na martwym już niestety blogu Amdora, ale... to na GV ta impreza rozwinęła skrzydła, łącznie z wydawaniem papierowych wersji wybranych, najlepszych opowiadań.

   Dziś SotM jest już truchłem podobnym do Imperatora Ludzkości (z forum GV w charakterze Złotego Tronu), ale do dziś mam do niego sentyment. Postanowiłem sobie, że co jakiś czas publikować będę moje tam wkłady, z drobnymi komentarzami odautorskimi.

   Polecę zgodnie z chronologią. Pierwszy raz akces do SotM zgłosiłem 4 sierpnia 2012 roku, gdy rozgrywana była edycja siódma: Psionik. Miałem w głowie jedną scenę: ojciec nie mogący poradzić sobie z przerażającą prawdą, dotyczącą jego córki. Nie będąc pewny, czy to wyjdzie, postanowiłem ubrać ją w emocje i przelać na metaforyczny papier. Efektem jest Parcere subiectis.

  Drzwi otworzyły się i do izby wszedł Karl, jak zwykle pochylając się pod niską framugą. W ręku trzymał siekierę. Sani zacisnęła dłoń na łyżce, mocno, chropawy metal wbił jej się w skórę. Przez plecy przeszedł jej dreszcz. Na szerokiej twarzy jej męża rysował się charakterystyczny dla niego grymas determinacji. Oślego uporu, jak wolała określać to Sani.
  Karl podszedł bez słowa do masywnego, drewnianego stołu w kącie i sięgnął po garniec z mlekiem, opierając siekierę o ścianę. Sani rozpoznała ją natychmiast. Tego narzędzia jej mąż nie używał w gospodarstwie, było spadkiem po ojcu Karla który kupił je kiedyś od jakiegoś kupca w Heraklei. Piękne, szerokie ostrze ozdobione było słowem - zaklęciem w wysokim gotyku: "Parcere subiectis". Sani ta siekiera zawsze przypominała bardziej broń, niż zwykłe narzędzie.
  Karl przelał trochę mleka do metalowej kwaterki i wypił jednym haustem. W Sani narastał strach. Miał podkrążone oczy, dwie wielkie plamy cienia zaległe w jego głębokich oczodołach. Siatka zmarszczek na czole złamana była w grymasie ponurej determinacji. Cała twarz Karla poorana była tymi splątanymi rysami, Sani nazywała je swoim dorzeczem co zawsze go bawiło.
  Dziś nie było to jej dorzecze.
 - Co ty robisz, Karl - spytała, widząc że znowu sięga po tę przeklętą siekierę. Głos pętał jej strach. - Odłóż to... Odłóż to zaraz! Proszę, Karl, proszę, odłóż to...
 - Nie.
  To nie był głos JEJ Karla, głos tubalny i głośny. Teraz głos jej ukochanego był cichy, jakby stłumiony. Głos, którego nie znała.
 - Karl, nie możesz, nie chcesz tego zrobić, nie możesz, da się coś z tym zrobić, naprawić, wyleczyć, kapłan Rory na pewno pomoże no i są te Czarne Statki, Karl, łaska Imperatora...
 - NIE!
  Z oczu Karla popłynęły dwie łzy. To przestraszyło ją jeszcze bardziej.
 - Łaska Imperatora - warknął Karl. - Imperator... Wiesz na czym polega jego łaska? Nie dasz żyć czarownicy, oto przejaw jego miłosierdzia! Ten twój wspaniały, pobożny Rory bez mrugnięcia okiem wezwałby do budowania szafotu. Nie mamy wyjścia, rozumiesz Sani? Absolutnie żadnej drogi wyjścia! Czarne Statki? Widziałaś kiedyś jakiś? Jeśli nawet istnieją, to omijają Nouveau Beziers szerokim łukiem, o ile w ogóle zdają sobie sprawę z istnienia tej kupy kamienia i łajna!
 - Błagam...
 - Nie dasz żyć czarownicy, zapomniałaś?
 - To twoja córka, Karl!
  Przez chwilę, krótką i błogosławioną chwilę Karl Trogan się zawahał. Przez chwilę.
 - Wyjdź lepiej z domu, Sani. Dziecko nawet tego nie poczuje. Wyjdź.
 - Ona ma na imię Tais. Nie zrobisz tego.
  Wstała i zablokowała drzwi do izby, w której spała jej córka. Ich córka.
  Karl podszedł powoli z opuszczoną głową. Skrzypienie desek podłogi uginających się pod jego ciężarem tworzyło dziwny kontrapunkt dla łkania jego żony.
 - Wyjdź. To musi być zrobione.
 - Nie, Karl opamiętaj się, to...
  Sani skupiła swą uwagę na jego prawej dłoni, dłoni z siekierą. Uderzenie lewej pięści całkowicie ją zaskoczyło, jej głowa odskoczyła i uderzyła we framugę drzwi. Sanella Trogan osunęła się na ziemię. Karl na chwilę mocno zacisnął oczy i jęknął. Otworzył drzwi.
  Troganowie nie byli bogaci, ale Tais była dzieckiem na które czekali aż dziesięć lat, więc przy urządzaniu jej pokoju nie szczędzili środków. Drewniane regały które Karl wykonał własnoręcznie uginały się pod ciężarem jej ubranek, zabawek, pieluszek i lekarstw. Pod oknem stała oparta o ścianę pomalowana na czerwono metalowa wanienka. Osobna szafka wypełniona była albumami z setkami zdjęć zrobionych małej istotce, którą Karl musiał teraz zabić.
  Tais spała w kołysce, kolejnym dziele jego rąk. Jej okrągłą buzię półrocznego niemowlaka wieńczyła niesforna burza kasztanowych włosów, zupełnie takich samych jak u matki. Leżała na boku, z paluszkami w buzi co pomagało jej w zasypianiu. Nad kołyską krążył leniwą orbitą drewniany konik na kółkach. Obecnie Tais potrafiła robić to nawet przez sen. To właśnie pozbawiło Karla ostatnich wątpliwości. A raczej: wątpliwości te odsunęło na bok, bo one nadal krzyczały mu z tyłu głowy przerażonym chórem. Ścisnął mocniej siekierę i zbliżył się do dziecka. Do wiedźmy. Do córki.
  Nie potrafił zapomnieć, co do niej czuł. Tais po urodzeniu wypełniła mu świat, stała się światem. Zawsze izolował się od ludzi, zamieszkał na farmie oddalonej o 15 kilometrów od najbliższego miasteczka, ale dopiero po narodzinach Tais poczuł, że może zupełnie się od nich odciąć, że obecność żony i córki tworzą mu samowystarczalne uniwersum napędzane miłością.
  Uniwersum, które rozpadło się miesiąc temu, gdy wokół Tais zaczęły lewitować przedmioty.
  Karlem szarpnął spazm szlochu. Zacisnął jeszcze mocniej pięść na stylisku siekiery, aż zabolało i zdołał się opanować. Spojrzał z nagłą nienawiścią na przybity do łóżeczka obrazek Imperatora walczącego ze smokiem. Sani uważała, że ochroni to córkę przed złem. Zdarł go i rzucił na podłogę. Teraz.
 - NIEEEEEEEE!
  Nie usłyszał jej wcześniej. Umazana krwią Sani wbiegła do pokoju z pałką w rękach, pałką znad drzwi wejściowych o której Karl zapomniał. Teraz był tak zaskoczony, że nie zdążył się uchylić przed ciosem, który spadł mu na bark i szyję. Trogan stęknął, zachwiał się i upadł na kolana, uderzając przy okazji kołyskę. Tais obudziła się i momentalnie zaczęła płakać, lewitujący konik zauważalnie przyspieszył. Karl spróbował wstać osłaniając głowę lewą ręką, ale drugi cios żony przebił się przez tę gardę, pałka ześlizgnęła się po jego dłoni i uderzyła go w skroń. Świat zakołysał się i Karl przewrócił się, instynktownie zwijając się w pozycję płodową.
  Tais już nie płakała, teraz wrzeszczała w spazmach rozpaczy. Pokój wypełniać zaczęły wirujące przedmioty porwane w nienaturalnym tańcu przez jej psychiczną siłę.
 - NIE ZABIJEEEEEEEEEEEESZ!
  Próbował doczołgać się do drzwi, ale kolejne uderzenia pałki momentalnie wybiły mu z głowy ten pomysł, niemal dosłownie. Szybko tracił siły, twarz zalaną miał krwią. Nie widział swojej siekiery, upuścił ją przy drugim upadku. Sani biła go z siłą, której u niej nie podejrzewał, siłą wynikłą z kompletnej histerii. Pokój wypełniało tornado mknących w różne kierunki przedmiotów. W powietrze wzleciała nawet wanienka. Karl ukrył głowę w ramionach.
  Ciosy pałki się urwały a Sani przestała krzyczeć. Do zamroczonego Trogana doszło to dopiero po kilkunastu sekundach. Otworzył oczy.
  Nie od razu zobaczył, co stało się z żoną, przed oczami latały mu bowiem brunatne cienie, poza tym jego przytępioną uwagę odwracały latające ciągle po pokoju zabawki Tais. Sani leżała pod drzwiami z jego siekierą wbitą w klatkę piersiową. Stylisko ciągle drgało, poruszane niewidzialnymi sznurkami przez pierwotny strach dziecka płaczącego w kołysce.
  Karl podniósł się chwiejnie i wziął Tais na ręce.
  Córka uspokoiła się w jego ramionach już po minucie. Zawsze to robiła. Zasmarkana i załzawiona uśmiechnęła się nawet do ojca, po czym zasnęła. Nie obudził jej nawet grad spadających na podłogę zabawek. Karl spojrzał jeszcze raz na zwłoki żony.
  Tais była tak delikatna, że mógłby ją zabić samymi rękami. Położył ją jednak z powrotem, tak ostrożnie jak tylko potrafił. Wyszedł z pokoju biorąc po drodze siekierę.
 
Poduszka Tais podniosła się i zaczęła wirować.


   Cóż, efekty przeszły moje oczekiwania. Tamta edycja miała moim zdaniem dwa lepsze opowiadania: Ósmy i Czas rozliczenia , ale w głosowaniu wygrał jednak Karl Trogan. Słusznie zarzucano mojemu tekstowi to, że jest on słabo zakotwiczony w lore WH40k: przecież tam czterdziestkowy jest jedynie sztafaż nazewniczy. Ale jednak czułem w środku, że ta ponura historia jakoś pasuje do grimdarku. Najwyraźniej inni podzielili to zdanie.

   BTW, opowiadanie miało mieć drugą, dłuższą część. Nazywać miała się Debellare superbos i dotyczyć miała dorosłej już Tais, która mierzy się ze swym psionicznym potencjałem. Nie ma już jednak SotM, więc i motywacja uleciała...

   BTW2: najważniejsze: Parcere subiectis zmieściło się w pierwszej wydrukowanej antologii fanfików spod znaku SotM :) Jeden z lepszych momentów mojego życia :)

piątek, 28 kwietnia 2017

Kosmiczne przedszkole

   Dziś dostałem prezent. Bezokazyjny. Moja małżonka postanowiła przypomnieć mężowi, jak perfekcyjnego wyboru dokonał w matrymonialnym castingu.

   Kupiła mi zestaw "X-Winga" w wersji "Przebudzenie mocy". To się stało już kilka godzin temu, ale wciąż wychodzę z szoku.

   O grze wiem bardzo niewiele. Owszem, coś tam słyszałem. Pojedynczy gracze z mojego klubu bitewnego po śmierci WFB spróbowali systemu od FFG, jeden z nich gra w to do dziś i bardzo to sobie chwali, ale... no jakoś do mnie to dotąd nie dotarło. Mogę grać w WFB, Wh40k, Malifaux, ciągle mam modele do walk w Śródziemiu, ba, nawet antyczne figurki do Warzone... uznałem więc, że wystarczy. By mnie nie kusiło, nawet nie próbowałem czegokolwiek czytać. Cóż, nie uratowało mnie to :) W każdym razie, w systemie jestem kompletnie zielony. Po co więc tworzę tę notkę?

   Raz zdążyłem już zagrać. Zestaw podstawowy to dwa TIE-Fightery i jeden X-Wing, więc ciężko tu opisywać jakąkolwiek taktykę czy przebieg starcia. Tym bardziej, że zagrałem na zasadach totalnie podstawowych, bez żadnych tam uszkodzeń krytycznych, akcji, dokupionego ekwipunku czy omijania przeszkód. Po prostu manewry, punkty osłon i hitpointy. Po pierwsze dlatego, że tak sugeruje instrukcja. Po drugie dlatego, że rywalem był mój syn. Lat pięć.

   I wyszło.

   Ta gra jest idealnym wprowadzeniem do świata bitewniaków dla kogoś tak młodego. Ma klarowne podstawowe zasady, ma proste do zastosowania sposoby na mierzenie odległości, ma śliczne modele (TIE jak to TIE, nic rewelacyjnego się z tego nie wyciągnie, ale model i malowanie Xa naprawdę budzi szacunek), ma atrakcyjny setting, ma łatwy do opanowania system walki... Konrad był zachwycony. Ja również, może nawet bardziej. Naprawdę, już kilka razy myślałem nad tym, jakby tu spróbować bitewniakowy świat przybliżyć mu najskuteczniej i dotąd nic z tego mojego procesu myślowego nie wychodziło. Ale dziś moje rozterki się skończyły. Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa, bym zaraził synów moim hobby, to ta szansa nazywa się X-Wing. Cholera, tak bardzo się cieszę.

   BTW, Poe Dameron prowadzony przez Konrada wygrał. Moc była w nim silna.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Galaktyka z blizną

   Wczoraj GW wyprowadziło drugi cios. Mapę.

   A ja uwielbiam mapy. Od zawsze.


   Rzucenie w internetową otchłań tej mapy uważam za ruch mistrzowski. Już nakręca się zgadywanie, co właściwie oznacza dla uniwersum ta szrama ciągnąca się w poprzek Drogi Mlecznej, już rozkręca się ten młyn eskalującej sieciowej atencji, która jest elementem niezbędnym w budowaniu hypu przed premierą ósmej edycji. Jak na razie, GW wykonuje same mądre ruchy (a nie był to przecież dotąd standard).

   Moje trzy grosze. Sam design mi się podoba. Ten negatyw daje z jednej strony mapie sporo wewnętrznego światła, z drugiej zaś strony naznacza ją piętnem jakiegoś chorobliwego nieco feelingu (szczególnie w połączeniu z tymi krwistymi plamami burz Osnowy). No i ta zmiana stylistyki daje systemowi polor świeżości.

   Ale najważniejsza jest oczywiście ta KOLOSALNA bariera. Cicatrix Maledictum. Osnowa naprawdę zaczęła się rozpychać.

   Od chwili wydania Age of Sigmar wśród czterdziestkowych gracza narastała groza wywołana myślą, że czterdziestemu milenium GW zafunduje ten sam los, co Staremu Światu. Przecież Time of Ending brzmi zupełnie jak End Times. Co więksi pesymiści wieszczyli nawet jakąś koniunkcję wymiarów i połączenie AoS z WH40k (ta bzdura wynikała oczywiście z podobnej stylistyki Stormcastów do Astartes). GW zdementowało teraz te plotki, choć...

   Ta cała galaktyczna szrama zbliża galaktykę do apokalipsy tak, jak nigdy wcześniej. I patrzę na to z niepokojem i nadzieją.

   Skąd niepokój? Stąd, że boję się, iż fluff zaroi się od klonów Kaldora Draigo, najgorszej rzeczy, która zdarzyła się temu uniwersum od czasów.... nie, po prostu najgorszej rzeczy ever. Bo przecież przyciśnięcie Imperium tak bardzo do ściany może dla równowagi dostać ultraherosów ubijających demony i CeeSeMów w przerwie między rzadkimi posiłkami. Ostatecznie już odkurzyli Guillimana (choć ten akurat mimo całego swego prymarszego majestatu podczas swego powrotu na Terrę zastanawiająco często dawał sobie obić twarz), a i Creed jak się zdaje jeszcze nie zginął. Taka inflacja bohaterów zabiłaby klimat umierającego Imperium, którego jedyną nadzieją było do tej pory truchło mumifikujące się na Złotym Tronie.

   Skąd nadzieja? Stąd, że jeśli to dobrze rozegrają, to klimat "last standu" sam się narzuca. A ja go uwielbiam. I warhammerowa magia zawsze trochę na tym polegała (zanim GW nie zaczęło jej zdradzać w WFB). Cicatrix Maledictum (i przyległości) oznacza przecież, że niemal całe Imperium stanie się teraz linią frontu. Że Imperium rozłamie się na pół. Swoją drogą, całkiem korzystnie dla Guillimana Ultramar znalazł się po właściwej stronie demonicznego uskoku. Po drugiej stronie pozostał Baal i Kar Duniash, siedziba Battlefleet Ultima. Nie wyobrażam sobie, by ta strona mogła być utrzymana przez ludzi (może dlatego jest tam napis "Imperium Nihilus", co w warhammerowej pseudołacinie może oznaczać, iż w praktyce nie ma tam już Imperium). Poza tym: to znowu ustawia uniwersum z 40k we właściwych, oryginalnych proporcjach: to Chaos jest głównym adwersarzem, nie Tau (heh, ich kieszonkowe imperium ledwo tu widać), Necroni, zielonoskórzy ani nawet Tyranidzi. Chaos.


   Kilka jeszcze luźnych uwag. Nie jestem pewien, ale mapa sugeruje chyba, że w Cicatrix Maledictum są dwa korytarze (widoczne na grafikach obok), którymi można przedostać się na drugą stronę. Jeśli tak, to szykują się nam nowe Cadie (rip). Po drugie: ciekawe, że GW postanowiło użyć z taką siłą fluffu wytworzonego przy okazji erpegów spod znaku FFG: Cicatrix rozpięła się między Okiem Terroru a Anomalią Hadex znaną z Deathwatcha (Calixis też tu jest). Swoją drogą to ciekawe w świetle tego, że FFG w międzyczasie straciło na młotka licencję :) Po trzecie: Cicatrix można obejść od galaktycznego południa, więc Eastern Fringe może nabrać strategicznego znaczenia. Aczkolwiek rozgościli się tam Necroni. I to mocno. Po czwarte: Eldarzy (czy tam Aeldari) poukrywali się chyba w Webwayu, albo zrobili się jeszcze bardziej dyskretni, niż zwykle.

   Podjarka u mnie trwa. Ale i delikatny strach.

A to byśmy nie zapomnieli, w jakim uniwersum jesteśmy


sobota, 22 kwietnia 2017

Osiem

Stało się. Ósma edycja WH40k została oficjalnie zapowiedziana i wyjdzie jeszcze w tym roku (latem?).

Od kilku już lat nie grałem w czterdziestkę. W ogóle moje kontakty z bitewniakami są w ostatnim czasie sporadyczne, ale futurystyczny grimdark w ogóle przestał być przeze mnie grany. W siódmą edycję zagrałem chyba... dwukrotnie. Z uniwersum łączyć mnie zaczęła miłość czysto platoniczna, kultywowana głównie lekturą Herezji Horusa. Nawet malować swoich Eldarów praktycznie przestałem.

Dlaczego? Mało czasu, coraz mniej graczy i zasady. Tak, zasady miały tu coś do powiedzenia. Już pod koniec szóstej edycji zacząłem mocno się budzić w zalewie sojuszników, detaczmentów, formacji, dataslejtów i innych dodatków. A ja naprawdę mam mało czasu. Rozbudowane reguły nie są już dla mnie.

Teraz jednak w kilkanaście minut zaledwie zbudował się we mnie hajp. Nie... raczej HAJP.

Ponieważ liczę na to, że nowy młotek będzie nowocześnie uproszczony (nie bijcie, hardkorowcy) i klarowny.
Ponieważ podoba mi się wizja totalnego resetu armii (bo tak właśnie niby będzie, jak głosi faq).
Ponieważ chcę zobaczyć wizję fluffu z żywym Prymarchą.
Ponieważ po prostu bardzo, ale to bardzo chcę tam wrócić.
Ponieważ odkryłem właśnie, że w skostniałym imperium z Nottingham ktoś właśnie odkrył wartość dystansu do samego siebie. To najważniejszy powód. Naprawdę ;)

Brylancik rodem z FAQa



A ósemka to święta liczba Khorna...


There is no peace amongst the stars, only an eternity of carnage and slaughter, and the laughter of thirsting gods. 

HELL YEAH!!