sobota, 19 sierpnia 2017

Rzeź


   Różnie sobie dawniej radziłem z bitwami, w których mnie masakrowano. To w ogóle problem, który mogłoby sobie przepracować wielu wśród nas. Nie piszę tu zresztą wyłącznie o starciach o jakąkolwiek stawkę: nawet zupełnie towarzyskie starcia potrafią budzić demony wojny. Kiedy bawisz się w wojnę, ona czasem bawi się tobą.

     Gdy podczas mojego wczorajszego drugiego już spotkania z ósmą edycją WH40k siły Tau metodycznie wdeptywały mnie w ziemię stwierdziłem, że jednak w jakiś sposób wygrałem. Zracjonalizowałem tę klęskę i wyciągnąłem tyle z niej radości, ile było możliwe. A nie było to łatwe.

     Moi Eldarzy zmierzyli się z Tau, tym razem dowodzonymi przez Grubego. Niestety tylko na 500 punktów, a nie potrafię się odnajdywać w takich mikroskopijnych formatach. W dodatku w ogóle nie myślałem nad tym, kogo włożę do tej małej rozpiski. No, przesadziłem. Wiedziałem, że chcę tam mieć Skorpiony, by od razu na początku starcia wyeliminować Fire Warriorów. Poza tym bez sensu chyba umieściłem dwa oddziały Troops: Guardianów i Avengerów (Guardians ze Starcannonem). I wreszcie kluczowa sprawa dla mojej katastrofalnej pomyłki rozpiskowej: ponieważ od lat mam forgowego Wraithseera, a nigdy jeszcze nim nie zagrałem w jego właściwej roli... to tym razem umieściłem go jako dowódcę. Nie zwróciłem przy tym uwagi na to, że niemal wszystkie jego moce psioniczne dotyczą jednostek, których w mojej armii nie było :)


     Przeciw mnie stanęły siły bardzo szczupłe liczebnie, acz takie same punktowo. Prócz standardowych Warriorów i Commandera, nad polem bitwy górował masywny Ghostkeel. Wylosowaliśmy misję Relic, aczkolwiek nikt się tym znacznikiem w trakcie bitwy nie zainteresował...

     Bitwa była jedną wielką brutalną rzezią.

     Jedna rzecz mi się w niej udała, na samym początku. Przejąłem inicjatywę. Och, miłe złego początki! Skorpiony wyskoczyły na tyłach niebieskich komunistów, szykując się do szarży, a cała reszta moich sił ruszyła ku linii ruin, gdzie krył się wysunięty w infiltracji Ghostkeel. To był kolejny z moich kilku błędów, bo moja piechota nie miała przecież żadnych szans by zapestkować tego brutala, który w dodatku obniżał jej BS. W efekcie... strąciłem jego drona. Dysponujący silnym działem Wraithseer oczywiście nie trafił...  Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że szarża mojego walkera spaliła. Szarża moich Skorpionów spaliła. A potem Tau zajęło się tym, co umie najlepiej. Strzelaniem. Wybili mnie do zera do połowy IV tury, w zamian tracąc cztery drony i jednego Warriora :D Z pięciu moich szarż do skutku doszła jedna (wszystkie jeśli dobrze pamiętam paliły o...... JEDEN CAL). Ta jedna jedyna sprawiła, że Ghostkeel dostał jedną ranę od mojego nieumarłego walkera. W swojej turze niebieski gnojek w białym pancerzu po prostu sobie poszedł. Zresztą, po drugiej turze grałem już tylko po to, by zniszczyć Tau jakąś jednostkę. Nie udało się :)

     Ale chcę więcej! Ósemka mi się naprawdę podoba, jest dynamiczna i łatwa do zapamiętania, choć nie pozbawiona chyba wad (mieliśmy sporą zagwozdkę z tym, jak woundować jednostkę z różnymi wytrzymałościami, skoro alokacja ran jest później; okazaliśmy się na to za głupi, gdyż ostatecznie nie doszliśmy do zadowalających nas wniosków). Chcę więcej. I chcę wreszcie w to wygrać :)


środa, 2 sierpnia 2017

SotM: Hasta Prima

     Oto czwarta już część moich zmagań w ramach Story of the Month. Tym razem związana z XIV edycją konkursu. Zanim jednak o tym...

     Zaczynał się chyba najlepszy czas dla SotM. Do ekipy zarządzającej projektem dołączył Fireant, którego dziełem była naprawdę znakomita, niestety nieistniejąca już strona domowa konkursu. Co więcej, fandom zdobył się na wydanie antologii sześciu wybranych opowiadań (znalazł się w nim i mój debiut, "Parcere Subiectis"). Jego okładkę widać obok, a recenzję można przeczytać u Inkuba. Jeden z pięciuset egzemplarzy spoczywa na mojej półce :)

     Tematem czternastej edycji SotM był "Uczeń i mistrz". Kontynuowałem tu eksplorację Sektora Artakserkses, po raz drugi przyglądając się postaci Uzurpatora, heretyka który wymyślił sobie, że zbuduje tam nowe, lepsze Imperium. Szybko się zorientujecie, że jest on tu jedynie tłem, choć jest tu jednym z tematycznych "uczniów". Niestety, fabułka nie zdobyła szczególnego uznania u jurorów i nie znalazła się nawet na podium (aczkolwiek jakieś tam punkty zebrała :) ). Mój pech polegał na tym, że była to naprawdę niebywale silna jakościowo edycja... (tutaj znajdziecie zwycięzcę, "Niesłyszalną pieśń" Razielusa).

Hasta Prima


Ziemia drżała, kwitnąc czerwonymi kwiatami przemocy. Pozycje rebeliantów w Hasta Prima dogorywały, mielone na pył trwającą już kwadrans straszliwą artyleryjską nawałą XI Kohorty Uderzeniowej XXXII Regimentu Lazzańskich Bersalierów. Umęczona ziemia podnoszona raz za razem potężnymi eksplozjami w powietrze niosła się szarym tumanem w kierunku czekających w gotowości sił imperialnych. Aelfryd Piano powstrzymał z trudem grymas uniesienia, szarpnął krótko za swą siwiejącą już brodę i odwrócił się do stojącej obok Vodosian. Wyrazu twarzy adiutantki nie sposób było odczytać, skrywał się w cieniach nocy. Szkoda.
Generał Piano stał na płaskim dachu betonowego, czteropiętrowego bloku, który na Vieux Beziers uchodził za drapacz chmur. Południowa Hasta była od miesiąca w rękach Lazzańczyków, szef sztabu Aelfryda miał sporo czasu by wybrać lokację, która by go zadowoliła. Piano uwielbiał oglądać z bliska początki swoich ofensyw, ten budynek był do tego celu idealny. Loża triumfatora dawno zaplanowanego triumfu. Po tym przełamaniu frontu kultyści Ramessu Casslehorna zostaną odepchnięci aż do Amaloth. Sic semper traditor.
- Zostały dwie minuty, generale - powiedziała Vodosian. Głos miała zupełnie wyprany z emocji. - Drużyny pionierów ruszyły.
Piano był na tym dachu tylko z nią. Cóż, był tam jeszcze Wulfhere, ale o istnieniu tego strażniczego psa generała łatwo było zapomnieć, stary bersalier siedział oparty plecami o komin wentylacyjny i półdrzemał. Tylko Aelfryd i jego adiutantka. Piano uwielbiał kumulować sukcesy.
I skowyt adrenaliny w głowie, to uwielbiał jeszcze bardziej.
Piętro niżej narastał brzęczący jazgot jego sztabu. Zgodnie ze swym starym zwyczajem, Piano przerzucił go tutaj dopiero kilka godzin temu, co przysporzyło mu wśród oficerów przydomek "Raptownego Fryca" (lub "Szybkiego Skurwysyna", gdy nie było go w pobliżu). Rozpędzający się wolno do ofensywy XXXII Regiment generował w sztabie hałas, który docierał na dach nawet pomimo artyleryjskiej nawały miażdżącej resztki heretyckich pozycji na popiół. Jaki piękny moment. Jaka wspaniała chwila.
- Nie zrozumiem ich. Nie potrafię.
Vodosian spojrzała na niego z błyskiem zaskoczenia w oczach.
- Sir?
- Heretyków, Vodosian. Szaleństwo jest jednostkowe, a oni zbiorowo ulegli tej halucynacji.
- Halucynacji, sir?
- Temu dziecinnemu absurdowi o kosmicznej miłości, Vodosian. O sile przebaczania. Ten ich Uzurpator zdołał im jakimś cudem wmówić, że litość i miłosierdzie jest istotą człowieczeństwa. Jego sensem. Cóż za stek bzdur! Jak obłęd tego rodzaju mógł zwieść całą planetę?!
- Nie wiem, sir. Ktoś im za słabo wytłumaczył, jak wygląda prawda.
Adiutantka już na niego nie patrzyła, w jej oczach płonęła pożoga znad stanowisk rebeliantów. Generał uśmiechnął się drapieżnie.
- Masz rację, Vodosian, ktoś zawiódł. To jednak żadne usprawiedliwienie. Nawet bez Administratum, bez Eklezjarchii i Gwardii powinni rozumieć, jakim najwspanialszym darem obdarzył nas Imperator.
Ogniowa nawała cichła. Bersalierscy pionierzy powinni już docierać do pozycji Uzurpatora.
- Co jest tym darem, sir? - spytała cicho adiutantka, ciągle patrząc na zmiażdżoną imperialną pięścią Hasta Prima.
- Ależ nienawiść, Vodosian, nienawiść - odparł Aelfryd, nadal się uśmiechając. - To nienawiść jest kręgosłupem ludzkości, jej tarczą i jej mieczem.
- Ale... Czy Imperator nie kocha swego ludu? Czy to nie miłość popchnęła go do ostatecznego poświęcenia?
Jej głos zadrżał delikatnie. W ciszy, która teraz zapadła generał usłyszał to aż nadto wyraźnie. Wszechświat wstrzymał oddech. Znowu.
- Vodosian, głębia błędu, w którym tkwią ci heretycy polega właśnie na tym, że do takiego czynu zdolna jest jedynie nadistota. Tylko Imperator. My, ludzie, zdolni jesteśmy jedynie do miłości małej, egocentrycznej, skupionej na naszych marnych życiach, na naszych ułomnych pragnieniach. Nasza miłość to pył w obliczu majestatu galaktyki. Taka miłość umiera wraz z nami, nasi wnukowie nie będą o niej już nawet pamiętać. Imperator wiedząc o tym dał nam dar nienawiści. Prawdziwa, czysta nienawiść nie ma nic z egoizmu, jej jasny płomień potrafi strawić cię do kości, a ty i tak będziesz go podtrzymywać. Trwamy tylko dzięki niej, ona napędza nasze dłonie podczas wojny, ona otacza nasze serca pancerzem chroniącym jej przed fałszywym miłosierdziem. Nawet miłość Imperatora wynikała z nienawiści do wrogów jego ludu.
Cisza była już niemal absolutna, nawet sztab zamilkł w oczekiwaniu na pierwsze meldunki.
- Szkoda, że nie potraficie tego zrozumieć, Vodosian.
Drgnęła.
Wyprowadził cios lewą pięścią w jej brzuch. Była zbyt zaskoczona, by reagować, zgięła się z cichym stęknięciem, przyczepione do mundury fetysze zagrzechotały. Uderzenie kolanem w twarz odrzuciło ją w drugą stronę, upadła bezwładnie niczym kukiełka po oberwaniu sznurków. Aelfrydowi przed oczami zamigotały czerwone plamy. Kopnął ją jeszcze cztery razy zanim furia pozwoliła mu znowu myśleć.
- Ty kurwo... - wystękał dysząc. - Byłaś dla mnie jak córka... Pierdolona suko...
Wulfhere podszedł do niej i beznamiętnie zaczął ją przeszukiwać. Ciągle była przytomna, patrzyła na niego... ze smutkiem?
Dowiedział się dziesięć dni temu. Jej zdrada była tak absurdalna, tak abstrakcyjna, że w pierwszej chwili chciał rozstrzelać oficera Bezpieczeństwa który przyszedł z dowodami. Przecież ona... przecież Vodosian...
- Wszystkie twoje meldunki... zostały przechwycone. I zmienione... Hasta Prima... to również twoje dzieło, kurwo. Wczorajszy atak... to wasze zwycięstwo pod Tarchesion... to tylko gra. Moja gra.
Verum Imperator zawsze cię podziwiał, Fryc.
W głowie Piano znowu zaczęła wrzeć furia, ale nadbiegający łącznik sztabu odwrócił jego uwagę.
- Pilnuj jej - warknął do Wulfhere i zerknął na płonące pozycje wroga. W powietrzu zaczął narastać ryk tysięcy bersalierów, którzy właśnie rozpoczynali swoją szarżę.
- Byłeś dla nas jak nauczyciel. Mistrz.
Zamknij się, kurwo.
- Wszystko w porządku, poruczniku? - zagadnął do łącznika, niedbale odpowiadając na salut. Młody chłopak, z pewnością z ostatniego zaciągu. Rzadki zarost nie zakrywał grymasu zmieszania na jego twarzy.
- Pionierzy przejmują szaniec po szańcu, generale. Bez oporu. Nie znajdują prawie żadnych ciał wroga.
Gardło Aelfryda nagle ściśnięte zostało przez strach.
- Imperator Ramessu Casslehorn każe nam uczyć się od najzdolniejszych wrogów.
Odwrócił się do niej. Ciągle na niego patrzyła. Ze smutkem, ale nie złamana.
- Fryc, pokazałeś nam już kilkukrotnie, jaką siłę daje zaskoczenie. Mistyfikacja. Unik. Gra pozorów.
- Biegnij na dół, poruczniku - warknął Piano. - Natychmiast zatrzymajcie tyle batalionów, ile zdołacie. JUŻ!
- Pozwoliłam się zdemaskować. W geście miłości. Byś mógł zagrać po raz kolejny.
Wyszarpnął pistolet. Wulfhere odsunął się od niej, patrząc na niego pytająco. Nie powinien jej jeszcze zabijać... nie powinien...
- Zagraliśmy w twoją grę, nauczycielu. Myślę, choć nie mogę być pewna, że Verum Imperator zrozumiał, jaką lekcją miał być dla nas Tarchesion.
Palec na spuście drżał.
- Czy jesteś z nas dumny?
Hasta Prima znowu zakwitła czerwonym, gorącym kwieciem. 

środa, 26 lipca 2017

Odejście imperatora

     Tom Kirby 13 września odchodzi z GW!

     Nigdy dotąd nie napisałem tu spontanicznego posta, ale ten news zasługuje na taki wyjątek. Tom Kirby zajmuje specjalne miejsce w sercach fandomu. Były CEO firmy uosabiał sobą wszystko to, co było w GW nienawistnego: pogoń za pieniądzem doprowadzona do absurdu, brak kontaktu ze środowiskiem graczy, wojny kopyrajtowe, przesunięcie targetu klienckiego na okolice dziesięciolatków, lekceważenie balansu, olanie sceny turniejowejbeztroskie likwidowanie list armijnych (a ostatnio nawet całego świata). Kirby nigdy chyba nie rozumiał idei, która stała za powstaniem GW, dla niego była to firma modelarska (co miało tę dobrą stronę, że jakość modeli GW nadal jest absolutnie topowa). Nie wiem, czy ten były urzędnik podatkowy kiedykolwiek zagrał w którąkolwiek z gier które wydawał.

     Kirby związany był z zarządem GW już od 1986 roku, czyli od czasów, gdy firma przeżywała swój Złoty Wiek. To on przeprowadził sławny buyout w 1991 (to wtedy też ostatecznie przejął władzę nad firmą), to on wprowadził GW na giełdę londyńską w 1994. Aż dziwne, że przez tyle lat nie przesiąkł specyfiką przedsięwzięcia, którym kierował. Dwa lata temu ustąpił z pozycji CEO (na rzecz Kevina Rountree), ale nadal funkcjonował w firmie jako non-executive chairman. Plotki głoszą, że od tej pory rósł konflikt między starym władcą a nowym przywództwem (podobno do takiego stopnia, że posiedzenia zarządu organizowano w datach, które uniemożliwiały Tomowi uczestnictwo; nie wierzę w to szczególnie, ale lubię tę pogłoskę ;) ). Tu i ówdzie w oficjalnych materiałach firmy z Nottingham przemycano drobne złośliwości wobec byłego imperatora ("we are the New GW" w zapowiedzi ósmej edycji 40k :D ). Ciekawy jest tu też tajming. Wczorajsze ogłoszenie ZNAKOMITYCH wyników finansowych GW za ostatni rok stanowi ostateczny dowód na to, że skorygowanie kursu przez Kevina Rountree okazało się gigantycznym sukcesem. Kirby nie może już wrócić na białym koniu na tron by ratować firmę w opałach.

     To nie jest tak, że widzę w panowaniu TK same wady. To on dostrzegł potencjał w literaturze settingowej i aprobował powstanie Black Library. Wydawane za jego czasów podręczniki i figurki osiągnęły poziom edytorski, który jest absolutnym wzorcem dla innych form z branży. To za mało jednak, by go lubić. Beztroskie uśmiercenie Starego Świata (o którego potencjale świadczy chociażby sukces ostatniego Total Wara i fakt, że za chwilę powstanie czwarta edycja WFRP w Starym Świecie właśnie osadzona) jest jednak rzeczą, której nie potrafię zrozumieć. Gdyby tego jeszcze nie zastąpiono tym różnobarwnym amalgamatem wszystkiego w postaci Mortal Realms...

     Tom Kirby pozostanie w firmie jako konsultant jeszcze 12 miesięcy (nie licząc tych wszystkich posiadanych przez niego akcji, nie znam stanu obecnego, ale jeszcze sześć lat temu miał ich ponad 6%). Za rok więc zakończy się drugi, bardzo długi rozdział w historii GW. Oby trzeci był bardziej udany.

piątek, 21 lipca 2017

Debiut

     Stało się. Ponownie zagrałem w czterdziestkę.

     Tak się składa, że wiem dokładnie, kiedy zagrałem po raz ostatni. Dokładnie, co do dnia, 3 lata i jeden miesiąc temu. Zresztą, tak naprawdę i wtedy to były niebywale rzadkie wydarzenia: w 2014 roku zagrałem dwukrotnie, w 2013 pięciokrotnie. Wchodzę więc teraz do zdecydowanie innej rzeki. Nie chodzi tylko o to, że zmieniła się edycja (ja zresztą siódmą też ledwie liznąłem). Chodzi też o to, że ja już kompletnie nie pamiętam tych wszystkich schematów i synergii, którymi grało się kiedyś Eldarami (Aeldarami). Na szczęście, zasadowy próg wejścia został tym razem przez ósmą edycję położony dużo niżej...

     Zagraliśmy z bratem na 1005 punktów (ta piątka to ukłon dla Drzewca, czyli mojego brata właśnie :) ). Postanowiłem w ogóle nie zastanawiać się, co właściwie włożę do rozpiski. Weszły do niej oddziały, które miałem akurat spakowane już w walizce (od trzech lat i jednego miesiąca). Oto waleczny warhost Ulthwe

Farseer
Singing Spear
Guide
Doom

Warlock
Witchblade
Conceal
Reveal

Dire Avengers (5+Exarch)
Power Glaive
Shimmershield

Guardian Defenders (11)
Starcannon

Fire Dragons (5)

Striking Scorpions (5+Exarch)
Biting Blade

Falcon
Crystal Targeting Matrix
Vectored Engines
Pulse Laser
Shuriken Cannon

Wraithlord
Bright Lance
Flamer
Scatter Laser
Shuriken Catapult

     Z tymi siłami ruszyłem zmierzyć się z rybami spod znaku Tau. A siły te pochodziły z podobnej łapanki jak u mnie (z góry zaznaczam, że nie pamiętam tu szczegółów)...

Commander w pancerzu

Kroot Carnivore Squad (10)

XV-88 (2)

Hammerhead

XV-104 Riptide Battlesuit

     RIPTIDE. W tym momencie uznałem (instynktownie rzecz jasna :D ), że będzie mi baaaardzo ciężko.

    Misja: Big guns never tire. Rozmieszczenie: Spearhead. Stół: nieco nieregulaminowy, bo szeroki jedynie na 38 cali :). Warlordami zostali Farseer (z traitem dającym przeżycie na 6) i Riptide (z traitem dotyczącym bodajże boost do liderki). Moje Skorpiony schowane do rezerw.  Niemal wszystkie moje siły poza gravem ukryły się za dużym wzgórzem, z kolei siły Tau wystawiły się ofensywnie, ufne w swą przytłaczającą siłę ognia. Krew mogła popłynąć.

     Drzewiec ruszył pierwszy. Jego znajdujący się na szpicy Riptide wskoczył na centralne wzgórze i obłożył ciężkim ogniem moich Guardianów, Wraithlorda oraz Falcona, korzystając z tego, że teraz strzelać można do różnych celów, wspierany w tym przez Hammerheada i XV-88 (oraz z tego, że Guardiani, choć niewidoczni, spokojnie mogli być trafiani przez esemesy). Wyniki tej nawałnicy były zaskakująco dla mnie umiarkowane: zginęło tylko czterech moich piechurów, czołg przyjął trzy obrażenia, walker jedno. Guardiani zdali morale. 

     Takie wyniki salwy Drzewca nieco mnie zdziwiły. Ja pamiętam bitwy sprzed 5-6 lat, gdy takie przygotowania artyleryjskie zmiatały z powierzchni ziemi całe moje formacje. W związku z tym z Khainem na ustach moje jednostki rozpoczęły przesuwać się w kierunku wroga. Zasadnicza część sił Ulthwe (obie jednostki piechoty, dowództwo oraz Wraithlord) ruszyła prawym skrzydłem (głównie po to, by Riptide znalazł się w żałosnych zasięgach katapult), Falcon pozostał w miejscu, natomiast piątka Dragonów cichaczem zaczęła przesuwać się skrzydłem lewym. Postanowiłem (co było być może moim błędem), że skoncentruję ogień na XV-104, w dramatycznej próbie wyeliminowania tego grubasa w pierwszych turach bitwy. Moje osiągi w pierwszej turze były w tym względzie zdecydowanie słabe: wbiłem mu... jedną ranę. Pomimo Dooma, pomimo Guida na czołgu. Bardzo słabe moje rzuty, bardzo dobre Drzewca i zwykła statystyka sprawiły, że moja sytuacja zrobiła się fatalna.

     W następnej turze armia Tau stanęła, by ich broń heavy nie dostawała już minusów do BS
... i w tej stazie pozostała już do końca bitwy. Furia xenos skupiła się na Falconie, okazjonalnie okładając ogniem również Guardianów i Dire Avengerów. I była to zdecydowanie tura Drzewca. Falcon eksplodował, przyjmując na siebie najcięższe ciosy. Avengerzy niemal przestali istnieć, przeżył jedynie Egzarcha z jedną raną (ale zdał morale :D ). Guardiani stracili czterech swoich braci (aczkolwiek również ustali :D ).

     T`au w swoim starym, dobrym stylu.

     Tym niemniej, walczyłem dalej. W mojej drugiej turze pod pozycje Riptida podciągnąłem wszystkich moich piechurów (Psioników, Guardianów, Avengerów i Dragonów). Szczególnie ci ostatni okazali się być dla Drzewca sporą niespodzianką: ich Fusion Guny z AP4 po raz pierwszy zmusiły XV-104 do użycia jego inva. Bydlak przetrwał, ale miał już 8 trafień na koncie (bodajże jeszcze 6 w zapasie). Poza tym, z ukrycia wyskoczyły teraz Skorpiony, które zmiotły drużynę Krootów (rzeź, to mało powiedziane).

     Trzecia tura T`au. Dewastujące uderzenie Fire Dragons sprzed chwili sprawiło, że Drzewiec postanowił za wszelką cenę wyeliminować te Aspecty. By je zmiażdżyć, Riptide przyjął nawet dobrowolnie kolejną ranę za przeciążenie reaktora. Ogniste inferno od razu zmiotło z powierzchni ziemi cztery Smoki, ale piąty uparcie trwał aż do końca niemal, ustrzelony ostatecznie bodajże przez rakiety XV-88. Poza tym, ogień tychże XV-88 oraz Commandera wybił Skorpiony. Ich poświęcenie dało czas innym moim jednostkom, które mogły zadać teraz decydujące ciosy warlordowi przeciwnika. Zaskakująco mordercza okazała się nowa dla mnie moc psioników: Smite. Połączenie psioniki i shurikenów wreszcie zwaliło kolosa na ziemię. Riptide down!

     W turze czwartej jednak doszło do odwetu niebieskoskórych. Uderzenia railgunów Hammerheada i XV-88 powaliły wreszcie Wraithlorda. W tym momencie było już dla mnie jasne, że koniec jest bliski. Dodatkowo, padł też Egzarcha Avengerów oraz Warlock. Przy życiu były już jedynie resztki drużyny Guardianów (4) oraz Farseer. Ruszyli oni teraz w samobójczym marszu ku pozycjom wroga, raniąc przy okazji Commandera. W piątej turze ściany ognia postawionej przez rybiogłowych nie przekroczyli już Guardiani, do końca służąc swemu Craftworldowi. Dodatkowo jedną ranę zarobił Farseer.

     Właśnie. Tylko jedną.

     Farseer w tym całym swoim sprzęcie trochę przypominał czołg, tym bardziej, że działał przecież jego warlord trait ratujący go na szóstkach przed ranami (w piątej turze na cztery ciosy Drzewca trzy "wyszóstkowałem :D ). Szedł przez obłoki dymu i ognia ku przeznaczeniu, boleśnie przy okazji kąsając przeciwnika. W piątej turze najpierw Smite, a potem rzucona Singing Spear powaliła Commandera T`au. Drzewcowi na chodzie pozostały dwa XV-88 oraz Hammerhead. W turze szóstej dopiero ostatni, rozpaczliwy strzał smsami pozbawił Farseera życia.

     Wynik: 5-1 dla Tau (Tau: pierwsza krew, powalenie warlorda, jeden znacznik; Aeldari: powalenie warlorda).

     Było FANTASTYCZNIE. Ciągłe napięcie, zwroty akcji, mało wertowania zasad... Jestem na gigantyczne TAK! Pierwsze wrażenia zasadowe: mam poważne wrażenie, że siła ognia dystansowego nieco zmalała, kiedyś Drzewiec rozstrzelałby mnie w takim otwartym marszu maksymalnie w trzeciej turze.

środa, 5 lipca 2017

SotM: Dotyk Uzurpatora

     Dla wyjaśnienia: to trzecia już część opowieści o moich występach na Story of the Month. Pierwszą i drugą można znaleźć nieco wcześniej na tym blogu... lub pod wrzuconymi tuż obok linkami :)

     Po sukcesach w dwóch poprzednich edycjach dałem sobie trochę oddechu i ominąłem temat "Demon" którego zresztą kompletnie nie czułem. W edycji dziesiątej (Pościg) trochę sobie poeksperymentowałem i zakończyło się to kompletną porażką :) Mój zamysł wyjaśnię na koniec notki, dodam tylko, że tylko jeden użytkownik Gloria Victis dał mi jakiekolwiek punkty. Po raz kolejny historyjka dziać się miała w Sektorze Artakserkses w Ultima Segmentum (cholera, dziś to Imperium Nihilus), gdzie ludzkość zmagać się musiała między innymi z groźną rebelią psionika znanego jako Uzurpator Casslehorn, dżentelmen którego bezczelnie sobie skserowałem z Muła Isaaka Asimova :)

     Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.
- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

     - Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.
     Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.
     Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!
     Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.
     Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?
Litością?!
     Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.
     - Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!
     Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.
     Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.
     - Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.
     Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.
     Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.
     Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!
     Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.
     Spokój.
     Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.
     Imperatorze...

     Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.
     Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.
     W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...
     Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.
     Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

     Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.
     Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.
Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.
     Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.
     - Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.
     Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.


     A zamysł był taki: aby oddać trochę chaos w głowie towarzyszący ucieczce, rozbiłem chronologię. Po pierwszym fragmencie akcja ruszyła do tyłu na osi czasu. Ostatnia sekcja tekstu, ta z kręgiem wiernych, jest chronologicznie najwcześniejsza :) Taki tam bezsensowny hipsteryzm literacki ;)

     Dla porządku: wątek z dyskusją nad 10. edycją na Gloria Victis.

piątek, 30 czerwca 2017

M42

     Kurz powoli opada, ósma edycja na dobre już zdążyła się z nami przywitać, gracze obadali związany z nią crunch, poodnajdywali jego zalety i wady, zdążyli już podzielić się na zwolenników i przeciwników zmian... ale ja nie o tym. Ja, jak zwykle u mnie, o fluffie. W jakim kierunku pchnęła go nowa edycja? Co mi się w nim podoba, a co nie bardzo? O tych właśnie kompletnie nieważnych kwestiach traktować ma poniższa notka.

Zegar ruszył

     I to jak ruszył! Przez dziesięciolecia już gracze jęczeli, że fluff utknął w stazie, że nic się nie zmienia, że mogliby pchnąć coś w czasowym continuum... Gdy już kiedyś GW zrobiło taką nieśmiałą próbę (uruchamiając kampanię Eye of Terror),  to zmieniła się ona w wojnę pozycyjną, której wyniki ostatecznie niemal całkowicie zostały obecnie odrzucone, łącznie z tym najbardziej wstrząsającym, czyli śmiercią Eldrada Ulthrana (nie wiem, czy nie jedynym jej elementem obecnym w ósmoedycyjnym fluffie jest zniszczenie planety St. Josmane`s Hope; ta w obecnym podręczniku nadal opatrzona jest opisem "destroyed"). Data 999.M41 wydawała się święta i nienaruszalna (no, może zniszczenie Medusa V delikatnie ją jeszcze naruszyło).

     To się jednak zmieniło.

     Ósma edycja pchnęła fabułę o co najmniej kilka dziesięcioleci. Być może nawet o stulecie, jak się przyjęło w fandomie uważać. Piszę "być może", bo w najnowszym podręczniku nie ma najmniejszej informacji o tym, w którym konkretnie roku zatrzymał się teraz kanon (być może spekulacje oparte są o "Dark Imperium" Guya Haleya, której to książki jeszcze nie czytałem). Co więcej, ustalenie jednej daty może być obecnie niemożliwe, gdyż erupcja Cicatrix Maledictum sprawiła, że w całej Drodze Mlecznej wystąpiły zaburzenia temporalne i czas w różnych sektorach zaczął biec z różną prędkością (choć nigdzie nie wyjaśniono, jak duże są te czasowe dylatacje). Tak czy inaczej, z pewnością jesteśmy już w 42 tysiącleciu. Tysiącleciu wypełnionym, jak niemal wszystkie poprzednie, niekończącą się wojną.

The Great Rift

     No cóż, o Cicatrix Maledictum pisałem już jakiś czas temu... i zdania nie zmieniłem. IMHO to całkiem fajne, dynamizujące uniwersum rozwiązanie narracyjne. W 999.M41 kolosalny sztorm Osnowy podzielił galaktykę na pół, radykalnie zmieniając sytuację strategiczną Imperium (prawdopodobnie po tym, jak Abaddon zniszczył pylony na Cadii). Po pierwsze, nie ma już obecnie żadnego zaworu bezpieczeństwa, który powstrzymywałby siły Chaosu przed zupełnie dowolnym wdzieraniem się do imperialnej  realspace. Po drugie, Imperium straciło efektywną kontrolę nad swymi wschodnimi sektorami. Po trzecie, owe utracone sektory (czyli Imperium Nihilus) pogrążać zaczęły się w pogłębiającej się anarchii ze względu na to, iż przez Cicatrix nie przechodzi światło Astronomiconu, co kompletnie zdezintegrowało sieć połączeń międzysystemowych. Takiego ciosu ludzkość nie otrzymała od czasów Herezji Horusa. W efekcie większość Ultima Segmentum i Segmentum Obscurus została cofnięta do statusu znanego z Age of Strife.


     Cicatrix nie jest do końca szczelna. Ma na przykład dwie szczeliny. Jedna z nich jest chyba jednak niestabilna, na co wskazuje jej nazwa: Temporary Rift Corridor. Znajduje się na galaktycznym południowym-wsxhodzie, w pobliżu ogromnego gwiezdnego mocarstwa, które w międzyczasie zdołała stworzyć nekrońska dynastia Sautekh (co swoją drogą nie musi być przypadkiem). Druga szczelina jest trwalsza, ale również trudna do sforsowania: nazywa się Nachmund Gauntlet i kontrolowany jest przez lokalnego renegackiego kacyka Kaligiusa dysponującego szwadronami Rycerzy. Pomimo znajdujących się w pobliżu potężnych baz wojskowych (Cypra Mundi, Belis Corona, Agripinaa) Imperium jakoś nie potrafi w pełni udrożnić tego arcyważnego szlaku. Można też ewentualnie galaktyczną bliznę oblecieć. Nie znamy niestety jej "szerokości" w płaszczyźnie Drogi Mlecznej, nie będę więc spekulował możliwości lotu "nad" lub "pod" galaktycznym dyskiem. Istnieje jednak z pewnością możliwość ominięcia Cicatrix Maledictum mijając jej północny lub południowy koniec. Obejście krańca północnego wiedzie przez Sektor Calixis, znanym dobrze z RPG Dark Heresy. Kraniec południowy jest gorszą opcją z dwóch względów: to naprawdę ekstremalnie, ekstremalnie daleka trasa (wiodąca przez Eastern Fringe), a po drugie jest tam aż gęsto od wrogów ludzkości: T'au, nekrońscy poddani dynastii Sautekh i Scourge Stars kontrolowane przez siły Nurgla. Imperium od czasu do czasu używa jednak tych dróg, o czym świadczy dajmy na to pojawienie się Guillimana podczas walk na Baalu...

Powrót Prymarchy

     To z kolei najsłabszy, zdecydowanie najsłabszy moim zdaniem element nowego fluffu. Z dwóch względów. 

     Zanim wyjaśnię swoje stanowisko, disclaimer: nie jestem przeciwnikiem samej idei powrotu Robouta. To całkiem ciekawy twist akcji, zresztą sugerowany w ostatnich latach. Zresztą, ogromny sukces Horus Heresy musiał do tego doprowadzić. Tyle, że sposób jego wprowadzenia mógł być zdecydowanie lepszy. 

     Po pierwsze: operacja Primaris. No to się nie trzyma kupy. Dziesięć tysięcy lat pracy Belisariusa Cawla kończy się akurat wtedy, gdy następuje rezurekcja Prymarchy? Razem z całym gotowym osprzętem, technologicznie wyprzedzającym o generację dotychczasowe zabawki Imperium (grav-tanki!)? Albo to jest bardzo głupie, albo trochę racji mają ci, którzy węszą w tym spisek Xenos. Raczej jednak jest to po prostu głupie. W ogóle zresztą cały koncept tych Super Space Marines jest moim zdaniem słaby, to taka trochę inflacja heroiczności. 

     Po drugie, ważniejsze: Guilliman obecnie coraz bardziej przypomina Karla Franza z jego ostatnich wcieleń. Genialny dowódca który samotnie powstrzymuje wrogów Imperium. W katalogu konfliktów 42 tysiąclecia ludzkość wygrywa wyłącznie te, w które zaangażowany był Roboute (Terran Crusade, Indomitus Crusade, Plague Wars, Baal). Tam gdzie Prymarchy zabrakło, Imperium się cofa (Stygius Crusade, Blood Crusade). Bardzo to jest słabe. Ani to grim, ani dark.

     BTW, jest we fluffowej części podręcznika takie zdanie: "And roumors of Primarchs returned to the galaxy gave many a sliver of hope - for his truest sons might yet bring victory as they had in days of legend". Primarchs. Sons. Czyli raczej będą następni. Russ? Czy ktoś taki zaakceptuje autorytarne rządy Guillimana nad Imperium? Rodzi to interesujące możliwości...

Noctis Aeterna

     Przez nieokreślony okres czasu światło Astronomiconu przestało być widzialne (wzmiankowana już bodajże w podręczniku szóstej edycji awaria Złotego Tronu?), co pogrążyło całą zamieszkaną przez ludzi część Drogi Mlecznej w chaosie. W tym czasie całe terrańskie mocarstwo było Imperium Nihilus. I siły Chaosu mające teraz tak wiele możliwych dróg inwazji postarały się to wykorzystać, choć nie sposób powiedzieć, że zrobiły to skutecznie.

     Czym innym bowiem jak nieudolnością należy tłumaczyć fakt, że tak potworne osłabienie Imperium nie doprowadziło do upadku Bramy Cadii? Owszem, sama Cadia została stracona, ale dwa pozostałe kluczowe systemy (Agripinaa i Belis Corona) nadal są w rękach ludzi... co więcej, Cadiańczycy rozzuchwalili się na tyle, że planują już odbicie swojej macierzy. I nie można tego usprawiedliwiać faktem, że po powstaniu Cicatrix Maledictum Brama nie jest już tak ważna: te systemy znajdują się w pobliżu niebywale ważnego przejścia Nachmund Gauntlet... Nurgle zdołał stworzyć sobie w realnej przestrzeni bastion w postaci trzech systemów zwanych Scourge Stars (Noxias, Rottgrave, Verminox), ale już atak na Ultramar, choć prowadzony przez najjaśniejsze gwiazdy w stajni (ogrodzie) Papy (Mortarion, Typhus i Wielki Nieczysty Ku`Gath Plaguefather) zakończył się odwrotem. Uderzenie na samą Terrę zakończyło się tak apokaliptyczną klęską, że Khorne uniesiony szałem unicestwił wszystkie uczestniczące w niej Bloodthirstery...


     Zdecydowanie najlepiej wiedzie się w tym wszystkim siłom Tzeentcha. Jego najważniejszy pupil, Magnus, przeniósł Planetę Czarodziejów z Oka Terroru do normalnej przestrzeni (z sentymentu chyba osadził ją tuż przy martwym Prospero). Tysiąc Synów wzięło potem udział w zwycięskich walkach w Sektorze Stygius, w których przed totalną anihilacją siły Imperium uchroniła jedynie interwencja Aeldarów (w Sektorze znajduje się Mordia, co oznacza chyba koniec zasłużonej i efektownie wyglądającej Mordian Iron Guard).  Drobna wzmianka w rozdziale dotyczącym tego heretyckiego legionu sugeruje też, że Magnus znowu działa ręka w rękę z Ahrimanem, co nie wróży nic dobrego słabnącemu Imperium.

     Tak czy inaczej, gdy Astronomicon zalśnił ponownie, pomimo całego grimdarkowego biadolenia rulebooka, Imperium stało nadal zaskakująco stabilnie.

Varia

     Biedne Iyanden znowu doznało abordażu. Nie dość zniszczeń wywołanych atakiem Krakena. Nie dość rozwałki z lądującymi na światostatku orkami Rekkfista. Nie dość śluzu pozostawionego przez oddziały Gara`gugul`gora. Teraz do polowania na Iyanden dołączyły siły Arcywroga Eldarów: Slaanesha. I tym razem nieszczęsny craftworld ocalał, dzięki pomocy innych Eldarów a także Dark Eldarów (Drukhari), Arlekinów, Eksodytów i Ynnari.

     Blood Angels przetrwali bezpośredni atak Tyranidów na Baal dzięki interwencji Guillimana (a jakże!) i... wymordowaniu floty-roju Leviathan przez siły demona Khorna, Ka`Bandhę. TAK, KA`BANDHĘ. Kiedyś necroni, teraz demony, Krwawe Anioły nie mają uprzedzeń w dobieraniu sobie sojuszników... Nawiasem mówiąc, dla zasłużonego dla fluffu Leviathana oznacza to chyba definitywny koniec, bo jego resztkami zaczęła pożywiać się nowa tyranidzka flota, Hydra (prócz niej są jeszcze trzy nowe: Scylla, Charybdis i Kronus).

     Trzecia wojna o Armageddon płynnie przeszła w czwartą, gdy na planecie znowu pojawiły się siły Khorna.

     Nowi, lepsi Space Marines Primaris zostali przez Guillimana transferowani do niemal wszystkich ocalałych zakonów. Niemal, bo drobna część odmówiła. Cholera, dużo bym dał za listę tych dumnych chapterów.

     Już na koniec drobnostka, przepiękna drobnostka. Na marginesach stron 50 i 51 są dwa cytaty. Pierwszy pochodzi od marszałka Gideona z Black Templars i brzmi: 
Those, who are pure of heart and strong of faith have nothing to fear from the Black Templars, this is true. But who then, amongst the heaving, sinful masses of humanity, can truly count themselves as safe from our wrath? 
     Na stronie sąsiedniej z kolei jest cytat z Haakora, członka Black Legion. Czytamy tam: 
Butcher your enemy`s warriors without mercy. Crush his armies and leave none alive. But do not stop there.  Burn his cities. Bomb his worlds from orbit. Slaughter everything and everyone until he kneels in the ashes of those he sought to protect. Only then will he understand the true fury of the Dark Gods!
     Oto między jakie siły wciśnięta jest ludzkość. Oto jest grimdark. To lubię.


czwartek, 22 czerwca 2017

Ósemka: osiem pierwszych wrażeń klimaciarza










   No cóż, tym razem nie będzie żadnej składnej narracji (sugestia: czyli wcześniej była ;) ), tylko kolejne mniej lub bardziej składne uwagi dotyczące szeroko rozumianego fluffu/hobbystyki w podręczniku wersji 8.0 (tak, tak, na sekcję zasad jeszcze nie spojrzałem ;) ). Po pierwszych kilkudziesięciu stronach jest nieźle.

     1. Po eksperymencie (udanym imho) z odświeżeniem nieco graficznego designu w poprzednim rulebooku, teraz wracamy do źródeł. I choć graficznie mi się siódmy podręcznik podobał, to nie mogę stwierdzić, że ten powrót w stare koleiny mi się nie podoba. Jest bezpieczny, może nieporywający, ale czuję się tu jak w domu.



     2. Na wstępie oczywiście wita nas kanoniczny grimdarkowy prolog i równie kanoniczny portret Imperatora na Złotym Tronie. Carrion Lord of the Imperium. Kiedyś zakochałem się w tej wizji i w sumie jest tak nadal.

     3. Na zdjęciach "hobbystycznych" same nerdy. Ani jednego dziesięciolatka?


     4. Są takie grafiki, które do mnie nie przemawiają. Na przykład ta ikoniczna dla ósmej edycji, z Primarisem i Death Guardem strzelającymi do siebie jednocześnie. Jakoś takie za czyste, za mało brudne.


     5. Są jednak i takie, które przemawiają. Na przykład ta ze strony tytułowej rozdziału "Dark Millenium". Wrażenia nie psuje mi nawet dominujący nad wszystkim Lord of Skulls (nadal nie mogę się przekonać do tej abominacji). To właśnie lubię w 40k: mrok, brud, chaos, karykaturalne przejaskrawienia. Czego tam nie ma? Są nawet Rough Riders szarżujący na CSMów :) Są chłopcy z Cadii, Ultrasi, slaaneszyckie kobietki, gigantyczny Reaver bijący do kogoś z Gatlinga, monstrualny kształt zwieńczonego tymi wszystkimi katedrami Imperatora na horyzoncie, jest nawet samotny Catachanin który próbuje ustrzelić Demonetkę :) Tak, to lubię.

     6. Na tej samej stronie znajduje się cytat z jednego z imperialnych dowódców, który chce się modlić do "swoich bogów". Bogów? Hej Eklezjarchio, gdzie jesteś, gdy jesteś potrzebna?

     7. W początkowym, pobieżnym opisie historii ludzkości pojawiają się (po raz pierwszy? nie przypominam ich sobie) nazwy umieszczone między Dark Age of Technology a Age of Strife: Realm of Night i Empire of Blood. Cóż, to brzmi banalnie, ale dobrze.

     8. Pomysł z rozregulowaniem czasu po pojawieniu się Cicatrix Maledictum jest całkiem zgrabny. W ten sposób zapewne GW omija problem z wejściem w 42 tysiąclecie, co trochę by detonowało nazwę systemu. W centrum Imperium minęło pewnie kilka standardowych "miesięcy", co nie przeszkadza zupełnie stworzyć systemów, w których wydarzenia związane z pojawieniem się tej galaktycznej blizny rozciągnięte zostaną na całe dziesięciolecia (jeśli nie więcej).