czwartek, 2 kwietnia 2020

Szara Wojna, edycja marcowa

     Nie widać końca Szarej Wojny.

     Jak pisałem miesiąc temu, narzuciłem sobie trudny, dwuletni czelendż. Jego celem jest zminimalizowanie liczby moich szarych figurek do dwucyfrówki. Jak skrajnie ambitne jest to zadanie, pokazał marzec 2020.

     Przeciwnik jest cierpliwy i ma ogromne doświadczenie. Zna moje słabości. Mimo solennych przyrzeczeń, jednak coś w tym miesiącu kupiłem, kilkanaście nowych, niepomalowanych figsów (głównie Warriors of Chaos starzy i Salamandry). Pomalować zdołałem w międzyczasie 15 figurek (spadek formy dokładnie o 15), kilka nie swoich, więc sytuacja strategiczna nie zmieniła się, może nawet wróg poczynił pewne drobne nabytki. Sytuację skomplikowała jeszcze kwarantanna. Siedzę niby ciągle w domu, ale... jestem nauczycielem, stąd nagle doszły mi domowe aktywności o których dotąd nawet nie śniłem. Wojna jeszcze nie została przegrana, ale na samym jej początku operacja "Tęcza" zanotowała poważne perturbacje. Nie poddajemy się jednak, kwiecień musi być lepszy!

     Być może drobnym wytłumaczeniem impasu na froncie jest też to, że zabrałem się równolegle za tereny, i te już gotowe, i te robione przeze mnie od zera:

Okoliczni pasterze wzgórze to ochrzcili tajemniczo "Gwiezdnym Niszczycielem"
Gazetek lotrowych z kiosku czar...
Zerkająca Skała
     A oto przegląd reszty:

Mnich od Wizkids, naprawdę przyjemny model

Pomocnik Grimaldusa

Rosnąca w siłę 15. Dywizja Grenadierów Pancernych

JKM Louen

To też moja marcowa wymówka, ten model trochę czasu mi zabrał...

Averland, najlepszy zakątek Imperium

Na potęgę Posępnego Czerepu!


wtorek, 10 marca 2020

Głos, którego nie potrafił zagłuszyć

     Dziś kolejny odcinek cyklu moich wspomnień z konkursu Story of the Month z Glorii Victis. Mój kolejny w nim start przypadł na XVII jego edycję, która odbywała się pod hasłem "Mechanicum".

     AdMech to jeden z moich ukochanych, a jednocześnie najmniej znanych tematów uniwersum. Ta mieszanka religii, zabobonu i zaawansowanej technologii jak mało co oddaje klimat grimdarku odległej przyszłości czterdziestego pierwszego tysiąclecia. Temat opowiadania nie jest szczególnie odkrywczy: to jedno z podstawowych pytań, które od czasu do czasu stawiać sobie musi Syn Marsa: co leży w samym jądrze religijnego paradygmatu Czerwonej Planety?

     Tekst zdobył ostatecznie trzecie miejsce.

Głos, którego nie potrafił zagłuszyć

     Portal rozjarzył się nagle seledynowym blaskiem, a z umieszczonego pod prostym, pozbawionym ozdób architrawem głośnika odezwało się wsteczne odliczanie. Karaz Oltar z irytacją stłumił mimowolne oznaki podniecenia opanowujące jego organiczne części. Poddawanie się takim chaotycznym impulsom podświadomości było niegodne magosa, nawet jeśli należał on do Eksploratorów, grupy znanej przecież wśród ludu Marsa ze swej ekstrawagancji i uleganiu dziwactwom przynoszonym z odwiedzanych światów. Znajdował się tak blisko emanacji Omnisjasza, że tym razem nie obowiązywała go taryfa ulgowa. Jedynie doskonałość. Harmonia.

     - Na kolana - warknął gniewnie przez vox-emiter do trybuna Kolmara i otaczających ich skitarii.
Odliczanie skończyło się i zawyły dawno nie używane przekładnie. Portal się otwierał, żołnierze klękali a Eksplorator oddychał ciężko powietrzem nabrzmiałym zapachem Boga.

     Sektor Pertynaks leżał tak daleko na północno-wschodnich rubieżach Imperium, że nawet dalekowidzące czerwone oko Marsa rzadko skupiało na nim swą uwagę. Wedle wiedzy kapłanów Mechanicum preimperialna ludzka kolonizacja nigdy tu nie dotarła, więc poszukiwacze zaginionych technologii omijali te okolice szerokim łukiem. Nieliczni tubylczy xenos też nie wywoływali szczególnego zainteresowania. Izolacjonistyczni tygrydzi w subsektorze Artakserkses byli prymitywni, ich cywilizacja dopiero co rozpoczęła międzygwiezdną kolonizację; plemiona orków z Czerwonego Kwadrantu z definicji niemal skreślane były z listy celów rejsów flot eksploracyjnych; system Pallas kontrolowany przez tetraharpie znajdował się zbyt blisko Nieciągłości Morgana, by ktokolwiek chciał go zbadać.

     Rok temu jednak w ręce Karaza Oltara wpadł raport dotyczący inwazji tygrydów na Omalę i Mechanicum przestało ignorować sektor. Podczas walk o Fort Lester stało się coś, co zabiło wszystkich tygrydów, gwardzistów, zwierzęta i rośliny w promieniu trzech kilometrów. Coś, co znamionowało moc godną zainteresowania Eksploratora. Co prawda Eklezjarchia orzekła, że owego dzieła zniszczenia dokonał nowo kanonizowany święty Boemund, dowódca broniącej się tam Gwardii, ale u Karaza te wyjaśnienia wywoływały jedynie grymas pogardy. Uśmiercił drzewa? Wymordował ptaki?

     Karaz przyleciał tu z pielgrzymką, ale jego celem nie był posąg świętego Boemunda. Przyleciał szukać prawdziwej świętości, realnych relikwii. I znalazł więcej, niż się spodziewał.

     Podziemna struktura w której się znalazł była stara, bardzo stara. Sądząc po języku świętych tekstów wyrytych na ścianach znalezisko poprzedzało czas Wielkiej Krucjaty. Oltar ostatkiem sił tłumił ekscytację wynikającą z implikacji tego faktu. Jeszcze nigdy nie odkrył nic tak starego. W dodatku udowadniał właśnie, że sektor Pertynaks podlegał jednak ludzkiej preimperialnej kolonizacji. Omnisjasz hojnie nagradza swe wierne sługi!

     Wrota portalu zatrzymały się. Dalej był mrok. Karaz Oltar zaintonował "Płomień w ciemnej dolinie" i wszedł w jego objęcia, pozostawiając za sobą klęczącą obstawę. Zanim jednak portal znowu się zamknął, mała serwoczaszka pomknęła za Eksploratorem, ścigana uważnym wzrokiem przez trybuna skiitari. Titus Kolmar już nie klęczał.

***

     Z chwilą zamknięcia portalu ciemność pierzchła, pokonana przez budzący się blask wrzecionowatych lamp wtopionych w stalowe sklepienie. Ciągle śpiewając, szedł ku kolejnym, odległym drzwiom w nieprzyzwoitym oszołomieniu. Wszystko krzyczało do niego dźwiękiem nieznanej wcześniej doskonałości sprawiającej, że kulił się pod ciężarem własnej prymitywności. Jego wszczepy, jego duma i droga ku oczyszczeniu tutaj wydawały się odległym, zniekształconym echem wszechdoskonałego Ducha Maszyny. Ze ścian wystawały ekrany o grubości pojedynczego pergaminowego folio wyświetlające w szalonym tempie nieznane mu komunikaty. I ekranów tych nie łączyły ze ścianami życiodajne pępowiny przewodów. Nie miało to nic wspólnego z chaosem psioniki, tego był pewien, struktury były zbyt regularne a teksty na ekranach zbyt podobne do lingua technis... to jednak co widział, było dla niego równie co psionika niezrozumiałe. I przerażające. I piękne.

     Kolejne drzwi otworzyły się bez żadnej jego ingerencji. Oltar umilkł.

     Następne pomieszczenie miało sferyczny kształt wyznaczony przez obwieszone ekranami, zielone ściany. Pośrodku stała solidna, upstrzona różnobarwnymi diodami kolumna z kilkoma panelami kogitacyjnymi umieszczonymi ze wszystkich jej stron. Ciągle trwające oszołomienie sprawiło, że dopiero po chwili Eksplorator zauważył stojącą obok, ubraną w biel siwowłosą kobietę. Serworamię adepta niemal automatycznie sięgnęło po broń. Kobieta uśmiechnęła się i pozdrowiła go uniesieniem prawej dłoni.

     - Peregrinus, witaj. Czy moja heurystyka działa niewadliwie? Ze wstydem przyznam, podsłuchiwałam was już od wejścia by algorytm zadziałać mógł.

     Z tą kobietą coś było nie w porządku. Mówiła z dziwnym, miękkim akcentem którego nie potrafił zidentyfikować, ale z pewnością nie to budziło jego niepokój. Było w niej coś niezrozumiałego, obcego. Ta niewiedza drażniła mu ego.

     - Kim jesteś, kobieto?! Co tu robisz?! Znajdujesz się w miejscu zastrzeżonym dla Mechanicum! Już choćby za to powinienem cię zabić.

     - Trudno będzie ci uczynić to, peregrinus. Ja już jestem martwa.

***

     Stojący pięćset metrów dalej trybun Titus Kolmar drgnął. Czy o takich sytuacjach mówiły jego instrukcje? Jego panowie nie tolerowali pomyłek. Jaka reakcja Eksploratora powinna wywołać jego działanie?

     Dane wysyłane przez serwoczaszkę układały się wyłącznie w pytania.

***

     - Jestem Katerine, gens Rapax, praeceptor maior ekspedycji Pertinax-28c. A właściwie, to jestem jej mnemonem, jej corpus virtualis. Jestem martwa, gdyż zegar laboratorium przed awarią wskazywał T+1486.18, a to zdecydowanie za długo dla corpus verus.

     Oltar podszedł do niej... i lufa pistoletu zanurzyła się w jej nierzeczywistym ciele. Jakość tego hologramu zaparła mu dech. Również głos tej niekobiety tracił swe egzotyczne brzmienie, szybko zbliżając się akcentem i składnią do niskiego gotyku.

     - Dwa dni temu, MOJE dwa dni temu, dux primaris ogłosił ewakuację. Fluktuacje pola ciemnej materii dotarły i tutaj, musimy uciekać przed zakończeniem badań i nie mam nadziei, że tu jeszcze dane mi będzie wrócić. W zasadzie, to nie wiem nawet czy zdołamy dotrzeć do domu, rezonans filotyczny w Osnowie przypomina huragan. Ten region Drogi Mlecznej długo będzie dla nas zamknięty. To znaczy: był zamknięty, jesteś dowodem na to, że homo znowu pojawił się na Omali Beta. Te apokaliptyczne wizje Sandora Keneva okazały się być tym, czym były dla nas wszystkich: brednią wynikającą z tego archaicznego defektu umysłu zwanego religijnością. Oby twoje czasy były wolne od tej intelektualnej zbrodni.

     - Bluźnisz... - wyszeptał Karaz Oltar. - Bluźnisz...

     Katerine Rapax dysponowała słabym wachlarzem ekspresji mimicznej, jej szeroko otwarte oczy były jedynym widocznym symptomem jej szoku.

***

     Trybun już wiedział. Obrócił się w kierunku skitarii.

     - Mówi do was pan. Wdrażam procedurę smoka.

     Nanosekundę później wszyscy ci najeżeni bronią serwitorzy należeli do niego. Tylko do niego.

***

     Beznamiętność. Racjonalizm. Harmonia.

     Wszystko to było dla Karaza Oltara równie odległe, co Święty Mars.

     Nie widział przed sobą przekazu informacyjnego. Widział emanację programu, słów zamkniętych w świętych związkach języka Boga Maszyny. Programu starszego niż Imperium. Programu mogącego być Abominacją. Sztuczną Inteligencją.

     Programu, który twierdził iż nie ma żadnych bogów.

     To absurdalne kłamstwo powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Katerine Rapax była wrogiem lub szaleńcem, miazmatem próbującym skazić szeregi Synów Marsa. Popełniłaś błąd, chciał krzyknąć. Zidentyfikowałem cię!

     Stał jednak tylko, starając się opanować drżenie w organicznej ręce. Był bowiem w jego głowie jeszcze jeden głos, głos którego nie potrafił zagłuszyć. Głos szepczący mu od lat o odkrytych przez niego mechanizmach, maszynach w których nie widział iskry boskości. O Żelaznych Ludziach z prastarej przeszłości, których inteligencja była wyzwaniem rzuconych Duchowi Maszyny. O znalezionym kiedyś tekście heretyka Degio Khamriosa, którego nie potrafił zniszczyć po przeczytaniu. Magos Karaz Oltar słyszał głos wątpliwości.

     Odraza do samego siebie sparaliżowała go całkowicie. Nadbiegający z tyłu skitarii nie sprawili nawet, że się obrócił. Katerine gdzieś zniknęła. Magos upadł na kolana. Z jego ust dobył się krzyk, pierwotny, zwierzęcy wrzask stworzenia, które zrozumiało grozę swego istnienia. Łkałby, gdyby potrafił.

     Titus Kolmar podszedł z wymierzonym w niego karabinem laserowym.

     - Draco vult - powiedział trybun i skinął głową. Dwaj serwitorzy dźwignęli niemal bezwładnego Eksploratora na nogi.

     Oświetlające salę lampy zamigotały. Trybun rozejrzał się wokół, nieco zdezorientowany.

     - Rozczarowaliście mnie - odezwał się zewsząd głos Katerine Rapax.

     Śmierć nie była ciemnością. Śmierć przyszła po nich obleczona w zielone światło.

niedziela, 1 marca 2020

Wojna z Szarym Władcą

Najważniejsze dla mnie zdjęcie miesiąca
     Mam obecnie prawie osiemset niepomalowanych modeli. Osiemset. Są wśród nich stosy tolkienianów z czasów gazetki deAgostini, są modele bretońskie i imperialne z WFB (a nawet kilka skaveńskich, kislevickich i nieumarłych), są Eldarzy, Drukhari, Salamandry, Wilki, CSM i Nekroni z WH40k, są Aryjczycy z Bolt Action, są duchy z Age of Sigmar i trochę figurek do Warhammer: Underworlds i Talismanu. I pewnie jeszcze coś, co właśnie przeoczyłem. Tak, jestem maniakalnym zbieraczem. Pomalowanych figurek mam prawie 200 mniej.

     To się jednak ma zmienić i blog trochę mi (mam nadzieję) w tym pomoże. Rzucam Szaremu Władcy wyzwanie. Wypowiadam wojnę. Do końca tego roku liczba niepomalowańców spadnie poniżej pół tysiąca, a Boże Narodzenie 2021 przywita mnie ich dwucyfrowa liczba. By autokontrolować przebieg ofensywy, będę tu składał miesięczne raporty z działań wojennych.

     Dziś raport pierwszy, lutowy.

     Zaskoczony wróg atakował na tyle nieporadnie, że nie zdołał zdobyć żadnego nowego przyczółka. Ergo: zdołałem wdrożyć tak drakońską samodyscyplinę, że nie kupiłem żadnych nowych figsów :) Z drugiej strony: osiągnąłem poważny wyłom w solidnych liniach Szarego Hufca. Pomalowałem w lutym 30 nowych miniatur! Nowa broń masowego rażenia w moim arsenale: Contrast, wydatnie mi w tym pomogła. Delikatne opóźnienia w moich postępach wywołuje to, że w rzeczonej trzydziestce są też figurki moich kolegów i brata... ale one są jednak w mniejszości. Wojenny walec ruszył! Oto niektóre zdobyte twierdze przeciwnika:

Zaczynam od końca, bo to grafika... z przedwczoraj

deAgostini, jak ja Ci dużo zawdzięczam

Magia i Miecz :)


Trzeci z moich Kislevitów (niestety, mam wyłącznie Winged Lancers)

Ten akurat dżentelmen robiony jest dla brata. Uwielbiam tych kultystów (tak, to już Poxwalkerzy)
Jeszcze jeden pamperek dla brata. Hero of Helsreach!


Niby nie GW, ale jednak GW. Macha z Dawn of War z postsowieckiego studia, tu w kolorach ukochanego Ulthwe
Jeszcze jeden braterski pamperek, do aosowej planszówki
Moi naziści z 15. dywizji grenadierów pancernych

Nie wiem, czy kiedykolwiek w to jeszcze zagram, ale uroda figsów mnie w AOS zniewala...

A tym panem to na pewno zagram. Wraithblade, nowa formacja w moim arsenale Ulthwe
Bretonnia, najbliższa mojemu sercu. Tu okraszona trawkami z Paint Forge, które mnie ostatnio bardzo ujęły

sobota, 4 stycznia 2020

019.M3

     To był przedziwny rok w kontekście mojego bitewniakowego hobby.

     Z jednej strony: było bardzo ubogo, jeśli chodzi o granie. Zasadniczo, zagrałem tylko... pięć razy! Oto rejestr moich starć:
   * przegrana z Tyranidami (WH40K, Ulthwe)
   * przegrana z CSM (WH40K, Ulthwe)
   * remis z Arkanistami (Malifaux, Gildia)
   * przegrana z Tyranidami (WH40k, wielka koalicja Imperium, bitwa na 7k punktów, ja sterowałem Salamandrami i Wilkami)
   * zwycięstwo z Imperium (X-Wing, Rebelia)

     Powodem tego regresu jest ogólny kryzys gejmingu bitewniakowego w mojej ojczystej Chodzieży. Granie kompetytywne od dawna nam odjechało, nie chce nam się śledzić ciągle nowych przepisów, faqów, bigfaqów, dla kogoś, kto w tym wszystkim nie siedzi non stop staje się to wielkim, nieprzejrzystym chaosem. W dodatku mi osobiście nie podoba się obecna dynamika lore, gdzie do muzeum wkłada się klasycznych Astartes na rzecz Primaris, którzy są zaprzeczeniem tego wszystkiego, czym WH40k dotąd był (nagły postęp technologiczny vs świat pogrążony w technologicznej stazie).

     Z drugiej strony: jeszcze nigdy to hobby nie zabierało mi tyle czasu. Co prawda prawie już nie gram (gram, ale nie w bitewniaki: RPG zajęło opuszczony tron), ale za to maluję. MALUJĘ. Wprowadzenie Contrastów wywołało u mnie rewolucje, o czym tu już niejednokrotnie pisałem. Panie i panowie, w zeszłym roku pomalowałem 111 figurek. 111. Do takiej liczby wcześniej się nawet nie zbliżyłem. Powiem więcej, w stu procentach pomalowałem wcześniej podobną liczbę modeli RAZEM WZIĘTYCH. Contrasty, jeśli wiesz jak ich używać i jakie są ich ograniczenia, są po prostu niewiarygodnie dobre. Jestem w nich zakochany, co nie znaczy, że zapomniałem o innych farbkach: jeszcze nigdy w tak krótkim czasie nie kupiłem takiej ich ilości.

     Czy był to więc udany rok? TAK! Co z tego, że mało grałem, jeśli to, co granie zastąpił, dało mi tyle radości? Kto wie, może granie jeszcze wróci, a będę miał wtedy mnóstwo ładnie pomalowanych figsów :)

     Jakie są perspektywy na następny rok? Na pewno więcej malowania, tym bardziej, że kupka wstydu wcale nie maleje: ostatnio nabyłem dwie nowe armie (nekroni i drukhari) :D Trochę pograć też chciałbym, kto wie, może dojdzie do powrotu prostokątnych regimentów rodem z fantasy? Na pewno chciałbym też grać w X-Winga, Malifaux i mimo wszystko WH40k. Czy znajdę jednak na to czas?

     Ciężki jest los homo nerdis. Ale i fantastyczny.

piątek, 25 października 2019

The Unremembered Empire

     Kolejny tom cyklu „Herezja Horusa” napisany został przez Dana Abnetta, jasne dla mnie było więc, że poniżej pewnego, solidnego poziomu nie zejdzie... i nie zszedł. Wyżej jednak się nie wzbił.


     Uwaga: tradycyjnie najpierw będzie część bezspoilerowa, później, po ostrzeżeniu, spoilery pójdą w ruch.


     Fabuła przenosi nas do Ultramaru, oddzielonego od reszty Imperium wywołanym przez Lorgara Ruinstormem. Siedzi tam w potrzasku Guilliman, ale też i inni prymarchowie, przeciągnięci niczym ćmy do lampy przez światło sztucznego sygnału nawigacyjnego uruchomionego na rozkaz prymarchy Ultramarinesów na planecie Sotha przez Barnabasa Dantiocha, ostatniego lojalnego Iron Warriora w galaktyce (afaik). Pojawia się więc Lion, pojawia Sanguinis (pręży się zresztą na okładce, więc żadna to niespodzianka, pojawiają się jeszcze dwaj inni, ale ich imiona mogą być dla niektórych niespodzianką (słabą, ale jednak), więc z ich podaniem się wstrzymam.

     Mój największy zarzut do książki dotyczy właśnie fabuły. Rozwijany jest tu wzmiankowany już wcześniej koncept utworzenia przez Guillimana tytułowego Zapomnianego Imperium, Imperium Secundus. To naprawdę była ciekawa idea: wykorzystanie chaosu wojny domowej, by wykroić z państwa ojca oazę spokoju wokół Ultramaru. Abnett pomysł ten kompletnie marnuje. Od pierwszych stron przekonuje nas, że Roboute się wacha, absolutnie nie ma nawet cienia złych intencji i tworzenie Imperium Secundus jest mu niemal narzucone przez otoczenie i okoliczności. SZKODA. Szansa na uczynienie tej postaci ciekawszą została zmarnowana.

     Sama argumentacja za utworzeniem Imperium Secundus wydaje mi się naciągana i niespójna. Tworzenie państwa, które ma być natychmiast zapomniane, jeśli okaże się, że Terra jeszcze nie padła? Bo... to wzmocni morale? Herezja wiele już widziała nonsensów, ale ten i tak wygląda dosyć mocno na tym tle.

     Po trzecie: działania głównego villaina „Unremebered Empire” opisane są w sposób, którego nie cierpię. Prowadzi on na Ultramarze wojnę partyzancką i jest nieuchwytny... ale nie pisze się, dlaczego, jak on wymyka się ścigającym. On jest nieuchwytny dlatego, że jest to cecha z jego charakterystyki. Autor nie sugeruje nam nawet, jak to się stało że ów złoczyńca pojawia się po prostu w niektórych lokacjach: on po prostu to robi i tyle. Szkoda.

     Tym niemniej: i tak warto przeczytać, o ile jest się fanem uniwersum. Jest dynamicznie, pojawiają się ciekawe postacie (w tym moi ulubieńcy, John Grammaticus i Eldrad Ulthran), są sceny zapierające dech w piersiach (sposób, w jaki czarny charakter dostaje się na Macrage jest cudowny)... Szkód żadnych z przeczytania „Unremembered Empire” nie będzie.




     Spoiler zone.



     Książka całkiem zgrabnie łączy wątki z kilku poprzednich książek. Mamy więc epilog kampanii Thramas (flota Mrocznych Aniołów z Lionem i Konradem Curze na pokładzie ląduje w Ultramarze), mamy konkluzję Shadow Crusade (Ultramar jest kompletnie odcięty od reszty Imperium przez Ruinstorm wywołany działaniami Lorgara i Angrona), wyjaśnia się, gdzie dotarły Krwawe Anioły po rzezi z Fear to Tread, mamy wreszcie ciąg dalszy wydarzeń rodem z tomu Vulkan Lives (John Grammatikus i Vulkan pojawiają się na Macragge, ten ostatni zresztą w szczególnie spektakularny sposób: spada na niego niczym meteor).

     Guilliman chyba się już otrząsnął po laniu, jakie sprawił mu Angron w Betrayerze, bo niczym nie zdradza pamięci o tamtym upokorzeniu. Stara się uczynić Ultramar ośrodkiem nowego centrum cywilizacyjnego ludzkości, jest bowiem przekonany, że Terra jest już zapewne w rękach Horusa (a Ruinstorm całkiem sprawnie odciął go od wszelkich stamtąd informacji). Utwierdza go w tym przekonaniu Tarasha Euten, szambelan, kobieta która gra u boku prymarchy rolę matki (co całkiem przytomnie zauważa w pewnym momencie Curze). Ten nowy ośrodek to w istocie nowe imperium, Imperium Secundus, choć jak zaznaczyłem już wcześniej, Roboute broni się jak może przed zarzutem secesji.

     Siła Ultramaru w tym okresie gwałtownie rośnie. Główną zasługę ma w tym odkrycie na planecie Sotha przedludzkiej instalacji na górze Pharos, która, uruchomiona przez Dantiocha, służyć może za zapasowy Astronomicon. To jego światło przyciągnie przez rozszalały Ruinstorm kilka zagubionych flot lojalistów. Jedna z nich przysporzy zresztą Guillimanowi ogromnych kłopotów: eskadry Mrocznych Aniołów, tradycyjnie ekstremalnie nieufne, przygotowane będą do otwarcia ognia do swoich braci w ultramarynie, a co gorsza, ukrywać się tam będzie Konrad Curze...

     To jest oś fabularna książki. Curze, przedstawiany tu jak kapryśne dziecko-sadysta (trochę szkoda, że tak płasko), zacznie na Macragge kampanię terroru. Wyżej pisałem już, że mam tę część książki za słabą jej stronę: Night Haunter przemieszcza się jak chce, zabija jak chce i oszukuje wroga jak chce... i praktycznie w żadnym momencie nie jest wyjaśnione, JAK ON TO ROBI. Po prostu to robi. Bo może. Jest w tym tak skuteczny, że prawie udaje mu się zabić dwóch prymarchów za jednym zamachem: najpierw trochę ośmiesza Robouta i Liona skutecznie broniąc się przed nimi jednocześnie, a potem niemal wysadza ich w powietrze (ratuje ich Deus ex Machina: okazuje się, że nadajnik na Pharos potrafi też teleportować).

     Jest tu też wątek Cabalu. Obok Johna Grammaticusa, na Macragge pojawia się inny perpetual, Damon Prytanis. Duet ten ma zabić (ostatecznie) Vulkana, co zapowiedziane zostało już w Vulkan Lives. Pojawia się jednak nowa siłam mój ukochany Eldrad Ulthran zaczyna (chyba) działać niezgodnie z zamierzeniami swoich kolegów z pangalaktycznej konspiracji i sugeruje Johnowi, że jeśli to on wbije w Vulkana naergetyzowaną włócznię (a nie Curze, jak zakładał plan), to Vulkan nie tylko nie zginie, ale zostanie przy okazji uleczony.

     Bo Vulkan zwariował.

     Końcówka książki to jej najlepsza część. Ten cały końcowy szoł jest efektowny i satysfakcjonujący. Vulkan wydaje się być martwy, John znalazł się w rękach Cabalu (który pozbawił go możliwości respawnu przy okazji), a Curze udowodnił, że jest badassem (żałosnym, ale jednak), masakrując pewnego demona w jego warpowej dziedzinie. Imperium Secundus zostało proklamowane, z Sanguinisem jako regentem.

     Przeciętność, ale z potencjałem.

     6,5/10
   

środa, 24 lipca 2019

36

     36: to liczba określająca dni szalonej rewolucji, która ogarnęła mój Parszywy Warsztat. Ona nadal trwa i na razie nie zamierza wyhamować.

Oni rozpoczęli rewolucję
     Czynnikiem rewolucjogennym był zakup ośmiu Contrastów, które postawiły moje malowanie na głowie. Dotąd rzadki, bardzo powolny rytuał, stał się teraz codziennością. Maluję tak szybko, że pierwszy, absolutnie pierwszy raz w mojej wargamingowej karierze pojawiła mi się w głowie myśl, że za jakiś (odległy) czas być może pomaluję wszystkie moje szare zastępy. Do dziś demonochromatyzacji poddałem już 40 modeli, jak na mnie, to szybkość mordercza... choć jak na ilości szarości do przemielenia, to chyba wciąż za mała :) Nie byłoby tak ekstremalnych pomysłów bez linii Contrast. Nie jestem na usługach GW (choć chciałbym się tak sprzedać), do dotychczasowych farb Citadel miałem stosunek różny i przerywany, ale w przypadku Contrastów stałem się delikatnym fanbojem. Chyba nie tylko ja: wiele sklepów ma obecnie problemy z realizacją zamówień, gdyż części farb nowej linii po prostu nie ma już w magazynach (kto wykupił mojego Black Templara, no kto?). I cieszy mnie to przy okazji, Games Workshop bowiem raczej nie zrezygnuje szybko z tego nowego pomysłu.

Tak, tak, moje statystyczne dewiacje produkują czasem takie wykresy; część szara przeznaczona jest do eksterminacji

Miałem rację?
     Maluję po kilka modeli naraz, bo produkcja ciągle tego samego wzoru zawsze prędzej czy później mnie nużyła. Całość rozpędzona została modelami z LotR (przy okazji dowiedziałem się, że teraz nazywa się to Middle-Earth Strategy Battle Game). W piwnicy zalega mi wciąż mnóstwo ramek z "gazetki", obecnie w to nie gram, więc modele stały się idealnymi królikami doświadczalnymi. Początkowo masowo malowałem orki - ich niechlujne emploi wydawało mi się być stworzone do contrastowych eksperymentów... i chyba miałem rację. Ośmielony tymi sukcesami zacząłem grzebać głębiej w szufladach i sięgnąłem po dwie kolejne armie: Rohan i Harad. Nie miałem co prawda contrastowej zieleni, ale Gryph-Charger Grey wbrew swej nazwie dość udatnie posłużył za zieleń rohirrimskich płaszczy. Trochę gorzej było z Haradem: na szatach tych sojuszników Mordoru występuje fiolet, ale Shyish Purple spełnił swoje zadanie słabo: to farbka bardzo ciemna i w związku z tym akurat w jej przypadku nie wystarczył one thick coat: musiałem rozjaśniać przez Genestealer Purple. Generalnie jednak tempo nie spadało.




     Pod nóż zaczęły iść zaległości z WFB. Kilku halabardników i handgunnerów przybrało barwy Averlandu... i tu akurat nie jestem do końca zadowolony, tym niemniej będę pewnie mimo wszystko kontynuował tę linię. Nazdreg Yellow mający tu grać averlandzkie złoto wygląda trochę zbyt niechlujnie, może popróbuję jeszcze z Iyanden Yellow. Tym niemniej nie jestem niezadowolony z efektu: po prostu tutaj Contrast spisał się u mnie najsłabiej.



     Jakieś dwa tygodnie temu przyszedł czas na mieszanie Contrastów z farbami z wcześniejszych linii. I myślę, że to będzie kierunek, który ostatecznie wybiorę w przyszłości. Pierwszymi figurkami poddanymi takiemu miksowi byli Poxwalkerzy z Dark Imperium: prócz robiącego za skórę Skeleton Horde, do boju poszły też produkty tradycyjne (choćby Nurgle Rot czy Blood for the Blood God). Jeszcze lepiej wyszło to mi chyba z Chainraspami: tu contrastowy jest jedynie czarny płaszcz (za to strasznie pomocny, bo mam od zawsze kłopoty z rozjaśnianiem czerni). Z drugiej strony: tak śliczne modele trudno jest zepsuć, tu po prostu wspaniałość formy stanowi dla hobbysty dodatkowy doping (serio, armia Nighthaunt stanowi moim zdaniem najlepszą obecnie spuściznę, którą pozostawi po sobie Age of Sigmar; chociażby dla tej linii figurek warto było robić tę całą uśmiercającą Stary Świat rewolucję). Reszta duszka to Nighthaunt Gloom, Coelia Greenshade i Warp Lightning.



     No i wreszcie wczoraj przeżyłem prawdziwy powrót do przeszłości, antycznej przeszłości. W szufladzie wygrzebałem to ciężkie, toporne, piękne, wprowadzające mnie ponad 20 lat temu w bitewne hobby cudeńko. Bez kontrastowej rewolucji nigdy by się pewnie taka rezurekcja nie odbyła.

Bractwo na straży zagrożonej ludzkości

wtorek, 2 lipca 2019

Kontrasty prędkości

     No więc tak: w ciągu ostatnich dwunastu dni zrobiłem sobie powrót do malowania. Długo już tego nie robiłem, bo brak czasu, bo ostatnio nie grałem, bo miałem inne zajęcia... Hajp związany z linią Contrast dopadł mnie jednak znienacka, kupiłem osiem pozycji i... No cóż, tak bardzo wróciłem do paćkania farbami, że zrobiłem swój prywatny rekord szybkości. Bo ja zazwyczaj malarskim ślamazarą jestem: nie dość, że skilla jakiegoś szczególnego nie mam, to jeszcze figurki maluję po kilka dni, albo i dłużej. Tym razem jednak trakcie 12 dni, z co najmniej czterema dniami przerwy w trakcie, pomalowałem taką gromadkę:


     Prawie wszyscy zrobieni są w tym samym schemacie: czarny podkład od Army Paintera, potem Wraith Bone rzucane z góry na kształt prymitywnego zenithal highlightingu, contrasty, stary Graveyard Earth i textury na podstawki. Jedynie u dwóch orków użyłem epizodycznie Boltgun Metalu i Nurgle Corrosion, Rohirrim dostał klasyczny piasek i statyczną trawę (bo tak mam u wszystkich z Rohanu), a u Pielgrzyma Graala klasycznymi barwami pomalowałem tarczę. Czternaście figsów w dwanaście dni. Nigdy nie malowałem tak szybko. Moja ósemka contrastów to:

  • Aethermatic Blue
  • Basilicanum Grey
  • Fyreslayer Flesh
  • Gryph-Charger Grey
  • Nazdreg Yellow
  • Shyish Purple
  • Skeleton Horde