wtorek, 2 kwietnia 2019

Mark of Calth

     Mark of Calth to kolejna antologia w cyklu Horus Heresy. Jest ona szczególna w całej dotychczasowej serii, gdyż w przeciwieństwie do poprzednich, ta koncentruje się na walkach na jednej, konkretnej planecie. Jest to oczywiście Calth, pole bitewne w najlepszej jak dotąd pełnoskalowej powieści Herezji, czyli Know no Fear Dana Abnetta (ma on oczywiście wkład i w tę antologię).

     Podobnie jak w przypadku poprzednich zbiorów opowiadań, oceniać będę osobno każdą nowelę. Uwaga, możliwe są spoilery, ale tym razem delikatne.



The Shards of Erebus 

     Nowela Guya Haleya przenosi nas chronologicznie jeszcze przed atak na Calth. Nie dzieje się tu szczególnie wiele: znany i lubiany Erebus wyznacza dowódców zbliżającego się uderzenia (w tym Kor Phareona, smutny dowód na degradację tego arcykapłana u którego kiedyś Erebus terminował). Jest też kolejna podróż na Davin, gdzie Erebus nauczył się teleportacyjnej sztuczki, którą już wcześniej zaprezentował w Betrayerze. Generalnie niezły wstęp do antologii.
3+

Calth That Was 

To jest właściwie ciąg dalszy Know No Fear, choć napisany przez MacNeilla. Podobny, reportażowy styl (choć mistrzostwa Abnetta nie osiąga), wielu znajomych bohaterów. Całość ma ponad sto stron i są one w dużych dawkach wypełnione akcją, szaleństwem i umieraniem. Głównymi bohaterami są Remus Ventanus, kapitan Ultramarines i Maloq Kartho, Mroczny Apostoł World Bearers (co do tego drugiego, to nie jestem pewny czy występował we wcześniejszej książce o walkach na Calth) i jak zwykle w serii nie mają wiele charakterologicznej głębi. Jest tu kilka momentów wow, rytualne samobójstwo kilkuset Głosicieli Słowa jest na przykład jednym z nich. Całkiem mocne, choć delikatnie wchodzące w niezamierzony chyba humor zakończenie. Polecam, dobra rzecz.
4+


Dark Heart 

     Anthony Reynolds ma w swoim dorobku obszerną trylogię o Word Bearers, nic dziwnego więc, że zaproszono i jego do tej antologii. Dark Heart jest nowelką krótką, ale treściwą. Dorzuca nam nowe wiadomości na temat przejmowania władzy przez Lorgara nad Colchis: tytułowe Mroczne Serce to sekta zabójców kierowana przez Kor Phaerona torująca Aurelianowi drogę do tronu (czy może ołtarza). Głównym bohaterem jest młody akolita Marduk (który jest we wspomnianej wcześniej trylogii głównym bohaterem). Niestety, nie ma tu w ogóle niuansów: Marduk chce mocy i ją dostaje, nie ma żadnych wątpliwości pomimo strasznych scen które otaczają go z każdej strony. W tle starcia na orbicie Calth. Czyta się dobrze. No i jest Sorot Tchure :)
4-

The Traveller 

     Pierwszy tekst Davida Annandale’a który miałem okazję przeczytać i jest to tekst zdecydowanie na plus. Nie ma tu, poza epizodem w zakończeniu, wspaniałych Space Marines: są jedynie zwykli ludzie wtłoczeni w tryby galaktycznej wojny. Ludzie poddani strachowi, paranoi, narastającemu szaleństwu. Kimś takim jest główny bohater, Jassiq Blanchot, który dzięki nadzwyczajnemu szczęściu przeżył wojnę na Calth od jej orbitalnego początku, aż do podziemnego epilogu. Choć tak naprawdę, to głównym bohaterem jest kto inny: to Osnowa i sposób, w jaki żywi się ona takimi konfliktami. Momentami nużąca, ale jednak ciekawa finalnie nowela.
4

A Deeper Darkness 

     Tu wracamy do Astartes, a w drogę powrotną zabiera nas Rob Sanders. Narracja jest pierwszoosobowa (rzadko to lubię), a historię opowiada nam Hylas Pelion Mniejszy, Ultramarine prowadzący długą wojnę z Ungolem Shaxem, zdradzieckim Dzierżycielem Słowa. Wojna ta zaprowadzi go w tytułową Głębszą Ciemność, dosłownie i w przenośni. Atmosfera jest duszna, co stanowi chyba główną zaletę noweli która generalnie nie powoduje u mnie większych uniesień.
3+

The Underworld War 

     Dembski-Bowden! Mój ulubiony autor warhammerowy wraca z kolejną porcją solidnej lektury. Jerudai Kaurtal, główny bohater z Word Bearers po siedmiu latach podziemnej wojny na Calth ma już dość, zrywa z rozkazami i rusza na swoistą pielgrzymkę na powierzchnię. Już sam pomysł jest kapitalny! Sam bohater należy do Gal Vorbak, wojowników którzy dobrowolnie dali się opętać demonom z Osnowy i jest dużo ciekawszy od większości innych jednowymiarowych herosów tego uniwersum. W dodatku na koniec czeka nas potężny twist fabularny.... No i na chwilę wraca (spoiler) Argel Tal, jeden z najfajniejszych bohaterów tego mało fajnego legionu...
5-

Athame 

     Mam z tym opowiadaniem Johna Frencha drobny kłopot. Ono nie broni się jako samodzielna nowela. Koncept jest ok: tym razem bohaterem jest rytualny sztylet, stworzony jeszcze na prahistorycznej Ziemi. Jego dzieje to monotonny ciąg mordu, mordu popełnianego przez i na jego posiadaczach. Monotonny. Drobnymi błyskami w tej litanii jest pojawienie się starych przyjaciół z Prospero Burns, Kaspara Howsera i Murzy. Gdy athame trafia na Calth, nowela się urywa.
Nowela w tym kształcie się nie broni. Tyle, że tak naprawdę jest częścią dylogii, bo jej naturalną kontynuacją jest ostatnie opowiadanie w antologii. Stąd jednak polecam tę ponurą opowiastkę o zbrodni i zdradzie, koniecznie w pakiecie z Unmarked.
3+

Unmarked 

     Na koniec oczywiście Dan Abnett, autor który wykreował nam pole bitwy na Calth w niezapomnianym Know no Fear. Tyle, że tym razem opowiadanie prawie w ogóle nie dzieje się na Calth.
     Głównym bohaterem jest Oll Persson z owego Calth uciekający. Posługuje się przy tym sztuczką którą poznaliśmy wcześniej w wydaniu Erebusa: rozdzieraniem rzeczywistości. Tyle, że Persson robi to lepiej: on potrafi też cofać się w czasie. Ucieka więc Persson (i pięciu ocaleńców z Calth) ku Ziemi przeszłości, odwiedzając stare pola bitewne ojczyzny ludzkości, ścigany przez nie byle kogo... ściga go M’kar, demon znany nam z czterdziestego tysiąclecia.
     Perssona znamy z innych tytułów Herezji Horusa, to jeden z nieśmiertelnych perpetuali wymykających się z nieznanych powodów śmierci. Tu dowiadujemy się, że ma już 35 tysięcy lat i pochodzi z północnej Mezopotamii. Dowiadujemy się też, że kontaktuje się on z innymi perpetualami, między innymi ze znanym skądinąd Johnem Grammatikusem. Opowiadanie jest świetne, pełne wewnętrznej melancholii, godnie wieńczy tę naprawdę dobra antologię. No i daje odpowiedź, kim naprawdę jest M’kar. (spoiler! Ten demon to znany z "Calth that was" Maloq Kartho).. Polecam!
5-

Ogólnie: 4

Jedna z najlepszych jak dotąd książek cyklu, jakie dane mi było przeczytać. Nawet słabsze pozycje trzymają jakiś tam poziom.

niedziela, 16 grudnia 2018

Betrayer

Daleka już za mną droga w Herezji Horusa. Dwudziesty czwarty tom cyklu, nie licząc jakichś tam miniaturowych spinoffów... flagowy produkt Black Library to już jakiś fenomen w gamingowej niszy literatury popularnej. A wiem przecież, że do przeczytania jest ciągle drugie tyle tytułów... i one ciągle się tworzą!

I dobrze. Seria ma swoje wzloty i upadki, ale czyta się ją dobrze.

Uwaga: jak to czasem u mnie bywa, na końcu będą spoilery (po ostrzeżeniu).

Tym razem oczekiwałem wzlotu. Po pierwsze, napisał ją autor z absolutnego topu wydawnictwa, czyli Aaron Dembski-Bowden. To najrówniejszy pisarz z tej "stajni", porażka była więc mało prawdopodobna... tym bardziej, że i temat był obiecujący. To kolejny z tomów "wprowadzających do legionu", tym razem bohaterami są Astartes z World Eaters, Pożeraczy Światów. Szczególnie Kharn, bo przecież figurkowy świat Games Workshop od trzech dekad już zna Kharna Betrayera z czterdziestego tysiąclecia; ale również Angron, bo i on, jak się w książce okazuje, naznaczony został piętnem Zdrajcy.

Fabuła osnuta jest wokół Krucjaty Cienia, którą World Eaters i Word Bearers prowadzą przeciw Ultramarowi rok po rozpoczęciu rebelii. W tle mamy konflikt na planecie Calth (ach, "Know No Fear" <3 ), ale pod ciosami armii Angrona i Lorgara jęczą inne światy: szczególnie Armatura, inwazja na którą opowiedziana jest przez Dembski-Bowdena po prostu fascynująco. Autor ma szczególny dar do tworzenia przekonujących bohaterów zarówno z postaci głównych, jak i drugoplanowych (z tych wybija się szczególnie Lotara Sarrin, kapitan dowodząca flagowym statkiem kosmicznym Pożeraczy, czyli Conquerorem). Fascynuje sposób, w jaki skonstruowano tu Angrona, prymarchę XII legionu. Nie jest on postacią sympatyczną, ADB nie zastosował tu numeru znanego choćby z poprzedniego tomu (gdzie Perturabo stał się niemal sympatyczny) - nie, tutaj on jest nadal odrażającym, hiperagresywnym typem brutala, który przy okazji nie grzeszy szczególną inteligencją. I tak jednak jest interesujący. Dembski-Bowden rozwija temat tragizmu tego człowieka, który zaczął kreować kiedyś w nowelce "After De`shea": nadczłowieka złamanego przez warunki, w których dorastał i implanty, których nie można usunąć i które stopniowo degradują w nim człowieczeństwo. Co więcej, zmaga się on też z odrzuceniem: cały czas wraca do nas pytanie, czym Angron by się stał, gdyby nie szokujący brak empatii jego ojca, który po odnalezieniu Czerwonego Anioła pozwolił na wymordowanie przyjaciół z jego powstańczej, niewolniczej armii.

To dobra książka również z tego względu, że dodaje trochę głębi do uniwersum trzydziestego tysiąclecia. Chyba pierwszy raz pojawia się Shadow Crusade; powraca Cabal (i pewna dziewczyna :) ); ginie bardzo ważna dla cyklu postać; słyszymy tu o Godzinie Wilka, totalnej nowości (starciu dwóch legionów wieeeeeeeele lat przed Herezją).

Najważniejszy zarzut: za słabo moim zdaniem rozwinięto tu tytułowego protagonistę. Ja do końca nie wiem jednak, kim jest Kharn. Blednie on nie tylko przy Angronie czy Lorgarze (Dembski-Bowden to naprawdę specjalista od Lorgara, znowu (po "First Hereticu") jego fenomenalny występ), on wygląda nieszczególnie również przy Argel Talu (kolejny znakomity fragment książki) czy wspomnianej już wcześniej Lotarze. Ot, znakomity szermierz który gryzie się tym, że ma fatalnego dowódcę (ale nie potrafi się zdobyć na nielojalność).

I trochę spoilerów.

Największe zaskoczenie fabuły, to cel tej całej Krucjaty Cienia: uratowanie Angrona. Nie wiem do końca, czy Lorgar robi to z braterskiej miłości, czy raczej z obawy, że jego śmierć spowoduje upadek Herezji: tak czy inaczej cała ta rzeź, która przy okazji odetnie Ultramar od reszty Imperium Ruinstormem, jest paliwem dla wyniesienia Angrona do rangi demonicznego księcia, co przy okazji ratuje go przed stopniowym umieraniem zafundowanym mu przez Gwoździe. Gwoździe są zresztą chyba najważniejszym aktorem drugoplanowym "Zdrajcy": to one zmieniły Pożeraczy w coraz brutalniejszych morderców (choć to nie są jeszcze berserkerzy z czterdziestego tysiąclecia: Kharn ma skrupuły przed zabijaniem cywilów!), to komplikacje z nimi sprawiły, że legion zmarginalizował swoich librarianów (których ostateczny koniec widzimy w finale książki).

Godzina Wilka to też niezły dodatek do fluffu. Nieokreślony czas przed Herezją doszło do starcia Gwiezdnych Wilków z Pożeraczami, krwawego starcia. Russ miał zakończyć krwawe ekscesy XII Legionu, skończyło się (jak to zwykle u XII Legionu bywa) krwawą masakrą, z której ostatecznie Wilki się wycofały.

Ciekawie snuty jest tu wątek Erebusa. Po raz pierwszy widzimy tego arcyheretyka w wyraźnej defensywie. Owszem, nadal jest śmiertelnie niebezpieczny: ostatecznie zabija nie byle kogo, bo Argel Tala, poza tym ożywia Cyrene (porwaną później przez... CABAL)... ale narastający rozłam między nim a Lorgarem źle Erebusowi wróży. No i mord na Talu zrobił z Kharna arcywroga kapelana Głoszących Słowo...

Jest tu też występ Guillimana... który nie ma na razie szczęścia do wydarzeń Herezji. Najpierw został zaskoczony w Calth, teraz został niemal zabity przez Angrona w starciu na Nucerii (no, wcześniej poważnie obił Lorgara, tyle na plus).

Ogólnie: 5-

wtorek, 11 grudnia 2018

Angel Exterminatus

Dziś budzę Wieżę by podzielić się kilkoma spostrzeżeniami o 23. tomie Herezji. Na początek uwagi luźne, a potem, po ostrzeżeniu, część ze spoilerami.

To nie jest zła książka, ale w cyklu jakością się nie wyróżnia.

Herezja Horusa tym razem rzuca uważniejsze spojrzenie na Iron Warriors, legion znajdujący się w cieniu dotychczasowych tomów serii. Owszem, Perturabo miał już dwa czy trzy swoje epizody... ale były to epizody krótkie, płaskie i nic ciekawego nie wnoszące poza tym, że Pan Żelaza był w nich standardowym, drugoligowym supervillainem. Po incydencie z Berossusem w poprzednim tomie uznałem wręcz, że Perturabo jest zły karykaturalnie... aż Graham McNeill rzucił na niego nowe światło.

I Perturabo stał się nagle jednym z najsympatyczniejszych prymarchów spośród tych, którzy zdradzili (obok Magnusa może). I ja to bardzo doceniam.

Przywódca Żelaznych Wojowników stał się nieco prostolinijnym wojownikiem-inżynierem, który potrafi docenić męstwo przeciwnika, boi się o życie swego brata pomimo tego, że w ogóle mu nie ufa, a jego największym marzeniem jest stworzenie świata, w którym przestanie być wojownikiem (bo w tej perfekcyjnej wizji nie będzie już wojen). Całkiem nieźle, jak na gbura którym wszyscy pogardzają, prawda?

Wrażenie psują Dzieci Imperatora. Są tak przerysowane, że już więcej nie można. Szkoda, że nie ma w nich już w ogóle człowieczeństwa, ci Astartes są już wyłącznie tymi Złymi z uniwersum 40k, bez chwili zawahania i wątpliwości. Fulgrim ciągle jest tym Fulgrimem popsutym przez opowiadanie „Reflection Crack’d” i w obliczu finału powieści, to się już w tym cyklu nie zmieni.

Interesującym elementem sa resztki Iron Hands z Sisypheum. To ciągłe bicie lojalistów w Herezji było już męczące, lojaliści bijący heretyków okazali się być orzeźwiającym doznaniem.

Uwaga, teraz będzie kilka spoilerów.

Osią powieści jest quest Fulgrima i Perturabo do Oka Terroru (i uwaga: TO PERTURABO NADAJE TĘ NAZWĘ). Celem jest antyczna broń (osoba?) z antycznej historii Eldarów, która zapewnić miała rebelii przewagę nad lojalistami. Tylko, że to wszystko bujda: Fulgrimowi chodziło wyłącznie o to, by na planecie wypełnionej eldarskimi duszami dostąpić awansu do statusu demonicznego księcia. Pomóc ma mu w tym nieświadomie sam Perturabo, dzięki złośliwemu artefaktowi kradnącemu siły życiowe Panowi Żelaza. 

No cóż, szczerze mówiąc, to przypomina to scenariusz przecietnego scenariusza RPG. Sytuację ratują wcześniej wspomniani już desperaci z Sisypheum, niedobitki Iron Hands wzmocnione ocaleńcami z Salamanders i Raven Guard. Prowadzą oni partyzancką wojnę na tyłach wroga, żądni zemści za masakrę na Istvaanie V. I nie ograniczają się do małych celów. Na początku książki organizują niemal udany zamach na Fulgrima (dokonuje tego Astartes z Kruczej Straży, Sharrowkyn, który w ogóle okazuje się niesamowitym badassem).

MacNeill rozwija tu temat przyczyn przyłączenia się Perturabo do Herezji. Prymarcha Iron Warriors czuje się niedoceniony, ciągle spychany na drugi plan. Jego rebelia nie pociągnęła jednak za sobą nienawiści do lojalistów: przeciwnie, co najmniej dwukrotnie oszczędza on desperatów z Sisyphaeum, czując do nich nieokreślony szacunek. Chaos budzi w nim dystans i odrazę, jego legion przez większość książki jest również od niego wolny... aż do wydarzeń gwałtownego epilogu, w którym kilku najbliższych mu Warsmithów schodzi na drogę służby Niszczącym Potęgom (on sam jest jeszcze od tego wolny, oddany jedynie Horusowi).

Poza tym, w telegraficznym skrócie:
* Lucjusz przegrywa pierwszy raz nie z prymarchą, w pojedynku pokonuje go ten niesamowity Sharrowkyn; jakimś cudem jednak to przeżywa
* Fulgrim na końcu książki staje się demonicznym księciem znanym choćby z pojedynku z Guillimanem w "Dark Imperium"
* Legion Fulgrima jest najbardziej obrzydliwą, najbardziej godną pogardy siłą na tym etapie Herezji; zostali straceni zaskakująco szybko i gładko; naprawdę, okrucieństwo Synów Horusa, religijny zapał Głosicieli Słowa czy agresja Pożeraczy Światów jakoś przy tym wyglądają lżej;
* Fabius Bile bawi się na całego z mutacjami, inżynierią genetyczną i tworzeniem nowych generacji Space Marines; sekcja przedstawiająca przeobrażanie pojmanych Imperialnych Pięści jest szczególnie obrzydliwą i smutną częścią książki;

Generalnie: 4-

piątek, 14 września 2018

Shadows of Treachery

   Blog w uśpieniu, ale jednak trochę w moim hobbystycznym świecie się dzieje :) Dla ożywienia: słów parę o ostatniej herezyjnej lekturze, antologii "Shadows of Treachery" zredagowanej przez Christophera Dunna i Nicka Kyme`a (no, to akurat nie jest dobra zachęta...). (uwaga, stosuję oceny szkolne)

The Crimson Fist 

   Głównym bohaterm jest tu Alexis Polux, kapitan 405. kompanii Imperial Fists... i, jak łatwo domyślić się po tytule, przyszły założyciel zakonu Crimson Fists. Dowodzi on ogromną Retribution Fleet, która miała wspomóc lojalistów na Istvaanie. Nie wspomogła, dostała się w pułapkę w systemie Phall, gdzie następnie doszło do masywnej bitwy kosmicznej z Iron Warriorami. 

   To chyba pierwszy raz, gdy możemy dłużej spojrzeć na Perturabo, prymarchę Iron Warriorów. Cóż, niewiele nam to opowiadanie o nim mówi poza tym, że najwyraźniej jest zimnym psychopatą (w tej rodzinie to chyba norma). Sam Polux wygląda jak wielu innych Astartes, aczkolwiek wątpliwości które nim targają dodają mu trochę flavoru. Słabo (bardzo) wypada wątek Sigismundusa i focha, którego strzela wobec niego sam Rogal Dorn (oj stracił w moich oczach trochę). Bitwa w Phall pokazana jest za to znakomicie, bez tej nic nie znaczącej gadki o krwawych stratach i męstwie (to znaczy: one tam są, ale jest też opis tego, a jaki sposób działają obie floty). Intrygująco to się wszystko kończy, generalnie jestem na tak.
4-

The Dark King 

   Debiutów ciąg dalszy. Tym razem spotykamy się z Konradem Curze, prymarchą Night Lords którzy dotąd pojawili się bodajże tylko w drobnym epizodzie "Deliverance Lost". McNeill bierze na warsztat chwilę szczególną: moment, gdy Curze wpada w szał i jak rozumiem decyduje o zdradzie. "Jak rozumiem", gdyż w ogóle to opowiadanie jest niejasne, motywacje Night Huntera nonsensowne, a jego nagły napad szału w którym atakuje Dorna powoduje u mnie jeden, nieustający WTF. Niby to wszystko jest fajnie napisane, ale kompletnie mi się nie klei. I jedno pytanie: jak siły lecące na Istvaan mogły po tym wszystkim zaufać Władcom Nocy?!?
2+

The Lightning Tower 

   Abnett w wysokiej formie. To właściwie druga część „The Dark King” która sporo wyjaśnia, choć nie wszystko. Znowu Imperial Fists w rolach głównych, początek antologii został przez nich zdecydowanie zdominowany, łącznie z okładką (i dobrze, byli zaniedbywani).
4

The Kaban Project 

   Ta nowela odchodzi od Imperial Fists i przenosi się na Marsa, niedługo przed wydarzeniami „Mechanicum”. Fabuła jest do bólu prosta: adept pracujący nad maszyną Kaban odkrywa jej samoświadomość i wpada w panikę, nie rozumiejąc, że jego skorumpowanym przełożonym właśnie o to chodzi. Konkluzja tej historii jest dla każdego znającego fabułę Mechanicum oczywista, ale mimo to prowadzona jest zgrabnie, a smaczek Mechanicum jest wyraźny. Polecam.
4-

Raven’s Flight 

   Opowiadanie Gava Thorpe’a jest prequelem do „Deliverance Lost” i jest niejako uzupełnieniem noweli „Face of Treachery” z tomiku „Age of Darkness”. Głównym bohaterem jest Marcus Valerius, zwykły (no, nie do końca taki zwykły) gwardzista z Imperial Army, który jest prześladowany przez wizje masakry Kruczej Straży na Isstvanie. Wizje, które w efekcie uruchomią misję ratunkową dla Coraxa. Czyta się dobrze, całkiem zgrabne są refleksje Coraxa na temat tego, jak bardzo zawiedli Astartes w godzinie próby. No i przedstawiono niezwykły feature tego prymarchy, umiejętność unikania uwagi widzących go wrogów.
4-

Death of the Silversmith 

   W tej miniaturce wracamy na pokład flagowej jednostki Horusa Luperkala. Ma to opowiadanko w sobie nieodparty czar, pomimo nieskomplikowanej fabuły, która jest prequelem do „Horus Rising”. Najważniejsza myśl tego tekstu: zepsucie dotarło do Wilków Luny na długo przed działaniami Erebusa.
4

Prince of Crows 

   Antologię zwieńcza mój ulubiony Aaron Dembski-Bowden. I oczywiście się nie zawiodłem: znowu jest to znakomite operowanie zdaniem, znowu są wyraziści bohaterowie (rzadkość w tym uniwersum), znowu fabuła jest o CZYMŚ. Jeden drobiazg jednak obniża ocenę: nowela wydaje się być ucięta w pół, zdecydowanie wymaga ciągu dalszego. Bohaterem jest Jago Sevatar, często wspominany w trylogii Night Lords i spotkany już w Herezji choćby w "Deliverance Lost". Sevatar desperacko próbujący ratować resztki floty Night Lords z katastrofalnej klęski zadanej im przez Dark Angels jest, co normalne w tym legionie, mieszaniną brutalności i elementów dziwnej szlachetności. Pod tym względem zdecydowanie przewyższa drugiego z bohaterów, samego Konrada Curze, który dzielnie tu walczy w nieoficjalnym konkursie na najbardziej porąbanego prymarchę z Angronem i Lionem.
4-

Ogólnie: 4-

poniedziałek, 5 marca 2018

Fear To Tread

To już moje 21. spotkanie z Herezją, więc raczej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. I cóż, dostałem to.

Jest więc tu niemożliwie dużo patosu, ogromne ilości bitewnego zgiełku, są drobne POV zwykłych homo sapiens obserwujących z trwogą Astartes, jest Erebus (nie wiem czy nie najczęściej pojawiający się bohater w przeczytanych dotąd przeze mnie tomach cyklu), jest zdrada i jest poświęcenie. Wszystko, za co można to uniwersum kochać. I ze względu na co można nim gardzić.

Fabuła wraca do początków wojny (znowu! :) ), by przyjrzeć się sytuacji w jakiej znalazły się wtedy Krwawe Anioły. Mi generalnie zresztą wcale ten ciągły chronologiczny restart nie przeszkadza: w całej Herezji Horusa najciekawszy dla mnie jest jej początek, tem delikatny moment, gdy towarzysze broni zaczynają do siebie strzelać. Rolę czarnych charakterów biorą tu na siebie standardowo Głosiciele Słowa z Tanusem Kreedem na czele. Niestety, Swallow nie wysilił się by zrobić z nich cokolwiek więcej, niż tylko zacierających rączki szalonych czarowników/kapłanów. Są jednowymiarowi, standardowi do bólu. Działają na rozkaz Horusa: wciągają siły całego legionu Sanginiusa do systemu Signus, który jest jedną wielką demoniczną pułapką.
Demony są o dziwo ciekawsze od Kreeda i jego ponurej bandy. Szczególnie Ka’Bandha: nie jest bezmyślną, ślepą furią, czego moglibyśmy oczekiwać od sługi Boga Krwi. Lubię szczególnie pierwsze momenty wkraczania Aniołów do systemu Signus, gdy Chaos przejawia naprawdę sporą inwencję w podrywaniu pewności siebie wojowników IX legionu. Później zmienia się to niestety w coraz powszechniejszy jazgot bolterów. Trochę szkoda mi niewykorzystanej moim zdaniem fabularnie bitwy pod Katedrą Znaku. Walczy tam ponad 100 tysięcy Aniołów, początkowo całkiem regularnie, tu aż prosi się o jakiś rzut strategiczny, o jakieś przesuwające się skrzydła... nie, lepiej pisać o dziesiątym rozerwanym demonie.
Krwawe Anioły przedstawione zostały zgrabnie, choć bez uniesień. Jest kilku głównych POV: Meros, Aptekarz rzucony przez los na pierwszą linię walki o ocalenie legionu, Raldoron, kapitan I Kompanii (a więc oficerska szycha w strukturach legionu, aczkolwiek ciągle pomniejszana przez dowódcę Sanguinary Guard), Kano, były Librarian. Standardowo w tych książkach niespecjalnie się od siebie odrożniają, ale... pod koniec książki doceniłem Merosa. Ta jego prostolinijność miała w sobie jednak siłę.
Cóż, niezmiernie rzadko w tych książkach spotkać możemy interesujących bohaterów, tu interesująca bywa historia i świat. Tutaj te elementy nie zawodzą. Nie ma tu może szokujących momentów, które zostawią nas z poczuciem oczyszczenia, ale mamy tu do czynienia z solidną fabułą, która może gdzieniegdzie ma swoje potknięcia, ale w całości prezentuje się dobrze.
Dla fanów uniwersum: polecam.
Dla niefanów: no cóż, może być różnie.

piątek, 1 września 2017

Tau po raz trzeci

     Jedna z dwóch bitew, które miały miejsce na 147. warsztatach bitewnych (taka lokalna chodzieska inicjatywa), ta, w której byłem aktywnym graczem. Bitwa z Drzewcem :) Wieloletnia bratnia saga znalazła wczoraj swą kolejną kontynuację.

     Starcie obliczone było na 1500 punktów. Po ostatnich dramatycznych doświadczenia z moją piechotą, tym razem postanowiłem zaeksperymentować i w ogóle z niej zrezygnować. W efekcie powstała następująca rozpiska:

Spearhead Detachment

Farseer (Singing Spear)

5 Fire Dragons

3 Dark Reapers

Falcon (wyrzutnia rakiet, Shuriken Cannon, targeting matrix)

Falcon (Bright Lance, targeting matrix)

Wraithlord (Bright Lance)

Super-heavy Auxiliary Detachment

Wraithknight (Suncannon, Scatter Laser, Starcannon)

     Założenie: KAŻDA moja jednostka ma mieć zdolność zrobienia krzywdy tym wszystkim suitom. Poza tym, dwa Falcony ze względu na swą przestrzeń transportową miały pomóc Dragonom i ich żałosnym zasięgom dotarcie do wroga (i ewentualnie Reaperom również, choć akurat oni rażą na budzące szacunek 48 cali).

Drzewiec przeciwstawił mi również dwa detaczmenty.

Patrol Detachment

Commander (2 drony)

Commander (2 drony)

Riptide

5 Fire Warriors

5 Fire Warriors

Hammerhead

Super-heavy Auxiliary Detachment

Stormsurge


     Rozstawienie: Dawn of War. Scenariusz: Secure and Control (dwa znaczniki, po jednym w każdej ze stref rozstawienia).






     Całość moich sił skupiła się na prawym skrzydle, między kamiennym obeliskiem a ruinami, gdzie leżał też jeden z dwóch znaczników. Drzewiec rozmieścił niebieskoskórych bardziej równomiernie, od ruin na moim lewym skrzydle (tam był drugi znacznik) do wzgórza naprzeciw ruin zajmowanych przez Ulthwe. Tam też pojawiły się najgroźniejsze jednostki Tau: Riptide i debiutujący na polu walki Stormsurge.

     Początek był dla mnie dramatyczny. Miałem zaczynać, ale Drzewiec użył swojej ZŁOTEJ KOSTKI i wyrzucił 6. Przejęcie inicjatywy. Byłem tak załamany, że mignęła mi myśl o natychmiastowej kapitulacji. Tau w typowej dla siebie postawie stand&shoot. Nawała ogniowa która trwała, trwała i trwała...

     Moi żołnierze wyglądali trochę jak bramkarze ostrzeliwani laserami przez kibiców-idiotów. Sześć markerów co rundę. Potem salwy bogatego arsenału Drzewca. W pierwszej rundzie jego siły zachowywały się trochę jak piechota liniowa z XVIII wieku: stały i strzelały (poza delikatnymi ruchami Commanderów, którzy nie mieli pola widzenia). Efekty: zraniony Wraithlord (chyba 2 woundy), Wraithknight (też 2), jeden z Falconów (1 wound) i wybity do nogi oddział Dark Reaperów, którzy nie zdołali dzięki temu zrobić w tej bitwie absolutnie nic (poza ściągnięciem na siebie ognia, co w sumie też powinienem docenić).

     Szczerze mówiąc, doznawałem już cięższych strat po takich kanonadach.



     Eldarzy rzecz jasna preferują wojnę manewrową. Dragoni załadowali się w związku z tym do Falcona "z rakietami" i pomknęli ku ruinom eldarskim. Falcon "z lancą" ruszył ku skrajnej prawej flance i ustawił się przy wieży. Farseer wszedł do ruin, obok niego stanął Wraithknight. Wraithlord jako jedyny nie poruszył się wcale, kryjąc się pod coverem danym przez obelisk. W fazie psioniki zdecydowałem, co będę robił w fazie strzelania: rzuciłem Doom na Riptida (i Guide na Rycerza). Tak, Riptide musiał umrzeć.


     W mojej pierwszej turze strzeleckiej wypaliłem do niego ze wszystkiego co miałem. Riptide DOWN!

     Druga tura. Drzewiec nieco załamany, aczkolwiek nadal najpotężniejszy zawodnik w kolorach Ta`un nadal przecież stał. Stormsurge... Ogień poddanych eterali skoncentrował się tym razem przede wszystkim na Falconie "z rakietami" (czyli tym transportującym Dragonów) oraz Wraithknighcie. Rycerz ustał stosunkowo nietknięty, natomiast potężnie poturbowany został Falcon: sześć ran i realne zagrożenie zniszczeniem. Fire Warriorzy ukryci w północnych ruinach skaleczyli też Wraithlorda, który stał już jedynie na bodaj 5 ranach... Tym niemniej: żadna jednostka mi nie spadła!


     Ponieważ Falcon transportowy był mocno pokiereszowany nie ryzykowałem już dalszej podwózki. Dragoni w drugiej turze wyskoczyli i znaleźli się w upragnionych 12 calach od Stormsurga. Uwielbiam zapach melty o poranku... 10 ran wypłaconych gigantowi mocno podkopało morale Drzewca. Kolejne ciosy zadane przez Wraithknighta, Wraithlorda i Falcony ostatecznie powaliły kolosa. Stormsurge DOWN!

     Trzecia tura. Siły Tau opanował duch banzai. Dwaj Commanderzy rozpoczęli marsz ku załamującemu się prawemu skrzydłu. Ofiarami ich ostrzału padli Dragoni (swoje trzy grosze dorzucili jeszcze Fire Warriorzy), wybici do nogi przez ostrzał. Tyle, że to był koniec moich strat... Kombinacja słabych rzutów Drzewca i dobrych moich sprawiła, że to były jedyne eldarskie ofiary tej tury.

     W mojej trzeciej turze Falcon "z lancą" dokonał głębokiego zagonu na tyły Tau, wchodząc w ich strefę rozstawienia i prując ogniem do Fire Warriorów na kamiennym wzgórzu (którzy okazali się być zaskakująco odporni, bo dwóch przetrwało tę rundę). Poobijany Falcon "z rakietami" wycofał się kontrolować znacznik. Dwóch maszerujących ku mnie Commanderów Tau spotkało się z kontrreakcją Wraithknighta i Wraithlorda. Ten pierwszy spalił niestety szarżę (na 4 cale wyrzucił 3...), ten drugi wszedł w walkę wręcz, ale niestety nie zdołał jeszcze powalić przeciwnika, który przeżył z jedną raną.


     Koniec był już bliski. Niezwiązany walką Commander z nieznanych dla mnie przyczyn ograniczył się do strzelania (mógł szarżować i pomóc swemu walczącemu z Wraithlordem koledze). Ostrzał Commandera i Hammerheada mocno poturbował Wraithknighta, który spadł do 13 punktów życia (z 24). Tym niemniej, w walce wręcz drugi z Commanderów uległ wreszcie Wraithlordowi. W mojej rundzie zmasowany ogień zniszczył drugiego Commandera, Hammerheada i resztkę Fire Warriorów na wzgórzu. W tym momencie w armii Tau żył już tylko JEDEN z Fire Warriorów ukrywający się w ruinach na północy....

     Przeżył piątą turę, bo ukrył się tak, że go po prostu nie widziałem. Drzewiec desperacko chciał, by przeżył chociaż on.



     Ale ZŁOTA KOSTKA nie zadziałała po raz drugi. Zamiast wyrzucić 1 lub 2, co skończyłoby grę już po piątej turze, wyrzuciła chyba 3... W efekcie...



     Wynik: 8-1 (slay the warlord, dwa znaczniki, linebreaker - first blood).

     Wnioski? Ogień Tau nie jest już tak straszny, jak niegdyś. Co więcej, te wielkie machiny niebieskoskórych są stosunkowo miękkie (ich Lord of War ma tylko 20 woundów, nie wiem, czy jest inny który ma równie mało). Falcony nie są już tak niezniszczalne jak kiedyś, ale nadal potrafią sporo na siebie przyjąć.


sobota, 26 sierpnia 2017

Rycerze

     Było tak.

     Łzy Ishy wycofywały się już z nieszczęsnej planety Urartu, gdy nadleciały Kruki. Eldarzy zrobili tu już prawie wszystko, co chcieli zrobić. Sanktuarium Khorna było zniszczone. Czarnoksiężnik zabity. Pozbawione dowództwa Szkarłatne Kohorty pogrążone w bratobójczych walkach. Potencjał przemysłowy unicestwiony. Astroporty w płomieniach. Pajęczy Zwój z koordynantami portalów Drogi przejęty i zabezpieczony. Faeril Adhesaan, autarcha Łez, był zadowolony. Uznając, że nie można dłużej już czekać, zarządził ewakuację.

     Jak już wspomniałem, wtedy właśnie nadleciały Kruki. Krwawe Kruki.

     Z sojusznikami z rodu Terryn.

     Pierwsze ciosy Astartes spadły na Szkarłatne Kohorty, autarcha wiedział jednak, że siłom Ulthwe nie zostało już dużo czasu. Eldarzy nie przewidują takich rzeczy. Oni o nich wiedzą. Mon-keigh musiały być odciągnięte od miejsca translacji do Pajęczej Drogi, bo ich jednostki uderzeniowe znajdowały się zdecydowanie zbyt blisko. By odciągnąć ludzi od portalu, autarcha wysłał im na spotkanie naprawdę dużą przynętę.


***

     Bitwa na 1000 punktów, Aeldari kontra Space Marines wspierani przez imperialnego Rycerza. Bitwa olbrzymów, bo z mojej strony wyszedł Wraithknight :)

     Jak widać, Julek wystawił przeciw mnie dwie drużyny tacticali podzielone na dwa pięcioosobowe składy. Prócz tego Knight oraz Librarian w terminatorce, który na polu bitwy pojawił się w pierwszej turze z deep striku. Ja z kolei postanowiłem za wszelką cenę wystawić się w batalionie... i udało się. Niestety, w związku z tym wszyscy moi Avengerzy i Guardiani byli absolutnie goli. I średnio weseli.
     Misja Big Guns Never Tire. Rozstawienie Dawn of War. Imperium uderzyło pierwsze.

***

     Toril wiedział, że umrze i przestało go to już obchodzić.
     Z jego drużyny Mścicieli żył już tylko on i Bras, dwa granatowe cienie na ścianie baszty w ruinach Ut Szar. Ogień mon-keigh z pobliskiego wzgórza zabił pozostałych i niedługo już zabije ich.
     To nic. Mon-keigh ginęli również. 
     - Kolejna małpa nie żyje - krzyknął Bras wychylając się za róg wieży. - Khaine!
     Bras był młody i agresywny i Toril często myślał, że powinien wybrać świątynię Skorpiona na swej Drodze Wojownika. Ta agresja była dobra, ukierunkowana przez świątynię Asuryana dawała pewność i determinację, obie dalekie od zdradliwych podszeptów Niewysłowionego. Teraz jednak zamykały mu oczy na prawdę. A prawda była taka, że nie mieli już szans. Nie po tym, jak pod ogniem kroczącego ku nim monstrum oraz zwykłych mon-keigh obleczonych w czerwone pancerze legł Prorok. Obecnie kupowali jedynie czas reszcie uciekającej z Urartu armii.
     Ziemia zadrżała pod stopami biegnącego Upiornego Rycerza, szarżującego na stalowego lewiatana Imperium. Ziemia zadrżała, ale dreszcz który przeszedł Torila nie wynikał tylko z jej drgań.

***


     Bitwa skończyła się oczywiście moją klęską, jak zawsze w 2017 roku :) Jak widać na powyższej mapce, ja starałem się raczej bronić przy znacznikach, a Julek agresywnie dążył do zwary. Do takowej doszło na przełomie 2 i 3 tury... i było to starcie niemal tytaniczne. Dwie szarże Knighta i dwie Wraithknighta, efekt darmowego fall backu przyniosły nam furę emocji i funu. Ostatecznie z tego tytanicznego (niemal) starcia zwycięsko wyszedł Wraithknight, powalając swego imperialnego rywala mając zaledwie 4 woundy w zapasie. Za mało... Mój rycerz zdążył jeszcze zadeptać librariana przeciwnika, gdy ostatnią ranę (3 wcześniej odebrała mu melta bomba) zabrał mu... bolter jednego z Astartes koczujących przy stawku na lewej flance.

***

     Nie zauważył śmierci Brasa. Po prostu kątem oka zobaczył jakąś czerwoną plamę na ścianie tuż obok niego i już wiedział. Nie obejrzał się nawet. Młodzieńczy entuzjazm tego aeldari wyciekł wraz z jego płynem mózgowym na szare, zerodowane kamienie baszty Ut Szar, karmazynowa inskrypcja w tajemnym, nieznanym języku. Chwilę wcześniej na ziemię runął Upiorny Rycerz i Toril przysiągłby, że w jego końcowym jęku słychać było ulgę. Małpy w czerwonych pancerzach były wszędzie. Znikąd nie dobiegały go już strzały.
     Grupa mon-keigh zaszła go od tyłu. Szli w swoich prymitywnych, grubo ciosanych pancerzach z bronią, która samym swoim kształtem krzyczała swą brutalnością. Szumiał wiatr, gnany wznieconymi przez wojnę pożarami.
 - Poddaj się, lub giń - warknął gardłowo, zwierzęco jeden z napastników.
     Toril za miesiąc miał zejść z Drogi Wojownika. Chciał tego i się tego bał. Dziś nie było już strachu. Tylko wiatr.
     Podniósł katapultę i zamknął oczy.
     Tylko wiatr.

***



     Przegrałem jak sądzę z kilku powodów. Po pierwsze: za wszelką cenę chciałem mieć batalion i +3 do command pointów... no i miałem, tyle że w przeciwieństwie do Julka, u którego każdy oddział coś znaczył, u mnie cokolwiek znaczyli jedynie psionicy i Wraithknight. Najbardziej fatalnie wyglądało to u Guardianów, którzy byli pozbawieni swojego działka i w związku z tym ich broń strzelecka miała 12 cali zasięgu... 
     Po drugie: fatalnym błędem było obsadzenie mojej lewej flanki pojedynczą piątką Avengerów. No chciałem kontrolować znacznik, ale... w starciu z Astartes nie mieli wielkich szans, tym bardziej, że to oni startowali w tej bitwie pierwsi. Tym samym trochę za darmo straciłem 1/3 troopsów.
     Po trzecie: niepotrzebnie szarżowałem na Knighta. Pół biedy, że od czasu do czasu oberwałem z overwatcha. Najgorsze było jednak to, że nie zdawałem sobie sprawy z absurdalnej wartości bojowej w melee właśnie tego julkowego Wardena. Jego łapa bije z siłą 16 i zadaje D6 obrażeń. Gdy raz dwa takie ciosy przedarły się przez moją obronę, to zainkasowałem tuzin ran i nagle mój Wraithknight znalazł się na krawędzi przeżycia (a wcześniej absolutnie kontrolował to starcie i zmasakrował Wardena ogniem swego SunCannona.
     Tak czy inaczej, było wspaniale :)