- Panowie - powiedział - proponuję byście poszli i zmierzyli ten kiosk. Zobaczylibyście, że długość podestu wynosi 149 centymetrów, a więc jedną stumiliardową odległości Ziemia-Słońce. Wysokość od tyłu podzielona przez szerokość okienka daje 176 przez 56, czyli trzy i czternaście setnych. Wysokość z przodu wynosi 19 decymetrów, a więc tyle samo, ile liczba lat w greckim cyklu księżycowym. Suma wysokości dwóch narożników przednich i dwóch tylnych daje 190 razy 2 plus 76 razy 2 równe 732, czyli datę zwycięstwa pod Poitiers.
U. Eco, Wahadło Foucaulta
Zwykłe miejsca potrafią być niezwykłe. Na przykład kioski Ruchu.
W ramach mojego hobbystycznego uaktywnienia w moje ręce trafiają przeróżne figurki, o niektórych z nich prawie zapomniałem. Jednym z moich znalezisk jest rzecz, która zewsząd opluwana i wyszydzana, dla mnie ma status relikwii: gazetki DeAgostini "Gry Strategiczne w Śródziemiu".

Rzecz jasna to obciach. Słaba treść, zasady dla gimnazjalistów, zdjęcia z nienaturalnie szczerzącymi się statystami pochylonymi nad stołami* i co najgorsze: odbieranie mocy przerobowych tym słusznym systemom: WFB, WH40k czy innym Gorkamorkom. W dodatku figurki miały zupełnie inne (normalniejsze swoją drogą) proporcje niż warhammerowi herosi, więc LotR obłożony został niemal anatemą. Ale gdy tak patrzę na dwie pomalowane przeze mnie przed chwilą modele, to i tak odczuwam niemal wzruszenie. Nie są wcale szczególnie brzydkie (nie sugerujcie się malowaniem :) ). Mają zgrabne, całkiem dynamiczne sylwetki, przecież ostatecznie jednymi z designerów klimatu serii byli
bracia Perry. Mają oczywiście swoje wady: poziom szczegółowości często zawodzi i detale się ze sobą zlewają, a już zupełnym horrorem są wielkie płaszczyzny zalane plastikiem, szczególnie przy okazji luźno zwisających elementów ubioru; tyle tylko że to standardowe wady bardzo wielu ówczesnych modeli GW (osławione figurki ze "
Skull Pass" są imho o dwie klasy gorsze) wynikające z niedostatków technologicznych. Najważniejsze jednak jest coś innego: dla mnie kioski z tymi modelami stały się prawdziwymi portalami do rezurekcji mojego figurkowego hobby. Nie tylko mojego zresztą.
Twarz tego dżentelmena kompletnie mi nie wyszła. Względnie wyszła, zakładając że członka black metalowej kapeli malowałem. Co z uwagi na charakter malowanego nie musi mijać się z prawdą.
Już tu pisałem, że po przygodzie z Warzone bitewniaki przestały dla mnie istnieć. W małej Chodzieży sukcesem było kupienie "Magii i Miecza", a kontaktów z Poznaniem już nie miałem. Pojawienie się serii DeAgostini było dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Kupowałem jak najęty, czasem po kilka numerów naraz. Kupowałem i grałem, bo LotR wciągnął i kilku innych chodzieżaków, co stało się zaczynem powstania klubu bitewnego przy Chodzieskim Domu Kultury. I nie sądzę, by to był jedynie chodzieski fenomen. Szczególnie w małych miasteczkach jest pewnie cały legion ludzi, którzy grają lub do niedawna grali w bitewniaki właśnie dzięki DeAgostini. Bo to był ten jeden, jedyny raz gdy dzięki sile marki i reklamom telewizyjnym (bitewniak miał reklamy w polskiej telewizji!) to hobby zajrzało w okna mainstreamowi. I choćby nie wiem ilu ówczesnych nastolatków trzepnęło to później w kąt, to jednak sporo z nich pozostało. Pamiętajcie o tym, warhammerowcy, warmahordowcy et consortes. Elen sila lumenn omentielvo, LotR.



____________________________
* Nawiasem mówiąc, w XXI wieku GW mocno zmieniło swoje podejście do robienia zdjęć...
XXI wiek
XX...
Muszę przyznać że moją uwagę przyciągnął generał armi Chaosu oraz ten klimatyczny kaloryfer za nim :). Ciekawe to porównanie stylów zdjęć.
OdpowiedzUsuńJest jedna rzecz, która łączy te zdjęcia: ranty w początkach naszego wieku nadal były pociągnięte klasycznym goblin greenem :)
UsuńLoTR był potraktowany w środowisku bardzo niesprawiedliwie. Jego zasady, mimo że przystępne wcale nie były gorsze od WFB. Ba! Zdaniem znawców bitewniaków zasady LoTRa to jedne z najlepszych zasad jakie wypuściło GW ever! Oczywiście gra miała trochę problemów (w tym z balansem) ale tony jadu w wydaniu Battlowców były zupełnie niesłuszne i trochę niestety wynikały z ignorancji.
OdpowiedzUsuńDokładnie! Syndrom oblężonej twierdzy jakiś czy co...
UsuńPamiętam to wydawnictwo.. Sam nawet miałem kompanie Uruk-Hai z tych gazet :)
OdpowiedzUsuńJak widać po jednym z moich zdjęć: nie Ty jeden :)
UsuńPan Stróżyna??
OdpowiedzUsuńTak. Albo nie.
UsuńBardzo fajnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńDziękuję, też pozdrawiam :) O nostalgii pisze mi się zawsze najlepiej :)
Usuń