poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Narzędzia gniewu VI

   Cóż, zapomniałem, że dawkowałem tu kiedyś moje czterdziestkowe opowiadanie :) W związku z tym, jeśli jeszcze kogoś ono interesuje, odcineczek kolejny. Poprzednie odcinki znajdziecie klikając na zakładkę "szuflada".





   Nagły rozbłysk wypalił w pogiętej karoserii pokaźną dziurę i przerażony Rolaon odczołgał się z przekleństwem na ustach. Mieli laskarabiny. Mieli ciężkie i lekkie karabiny maszynowe, pistolety, strzelby, ktoś strzelał nawet z kuszy. Odłamki betonowego gruzu latały wokół szalonymi, przecinającymi się trajektoriami, wbijając się w twarz i utrudniając oddychanie. Strzelających najwyraźniej zupełnie nie obchodziła kwestia amunicji. Czasem przez kanonadę przebijały się ich krzyki, krzyki upojenia szerzoną destrukcją. Augurian najwyraźniej ogarnął amok.

   Wokół nie było widać śladu życia. Rolaon dostrzegał jedynie sierżanta Dagthorna, przewieszonego groteskowo przez betonową ławkę, jego twarz zastygła w grymasie zdziwienia. Reszta żołnierzy drużyny A zniknęła gdzieś między ruinami, nie miał pojęcia: żywa czy martwa. Rzecz jasna, reszty plutonu również nie widział. Heretycy strzelali do nich już dobre pięć minut, odsiecz powinna tu być już od dawna. Pierdolone sukinsyny zapewne odskoczyły gdy tylko usłyszały pierwsze strzały. Soldan zrobiłby to bez zmrużenia oka, a i Garnen pewnie długo by się nie zastanawiał. O inkwizytorze nie wspominając. Ten zimny, ogolony na łyso typ ludzi takich jak Rolaon Rynt miał przecież za nic. Sprzedali go, zostawili na łasce bandy psychopatów, odrzucili niczym niepotrzebne narzędzie... Kurwa!

   - Rol...

   Dwie rzeczy dotarły do Rolaona równocześnie. Po pierwsze, dobre kilkanaście sekund temu przestał słyszeć strzały. Po drugie, szeptały do niego zwłoki Jareda. Tracił zmysły...

   - Rol, co się stało, łeb mi pęka...

   Rynt przemógł się i spojrzał w stronę leżącego kolegi. Jared nadal leżał, ale już nie nieruchomo. Jęcząc cicho zdejmował sobie właśnie hełm. Czoło umazane miał krwią, ale najwyraźniej kula nie przebiła stali i Khal ucierpiał jedynie od skóry rozciętej na czole. Cholerny, pieprzony szczęściarz.

   - Nie wstawaj - szepnął Rolaon, gdy już otrząsnął się z szoku. - Jesteśmy pod ostrzałem tych cholernych augurian.

   Wyjaśnienie sytuacji zabrało tylko chwil. Nieco dłużej potrwało przekonanie Jareda, że napastnicy bynajmniej nie zniknęli, że nadal czają się za wypalonymi samochodami ciężarowymi kilkadziesiąt metrów dalej. I że z ich drużyny żyją już chyba tylko oni.

   - Poddajmy się, Jared - powiedział na koniec Rolaon, oblizując nerwowo wargi. Mówiłcoraz głośniej i szybciej, a na policzki wchodzić zaczęły rumieńce. - Ja chcę żyć, słyszysz? Ten skurwiel z inkwizycji nas zostawił! Ci ludzie z Vallandoru nie mogą być gorsi od niego! Do kurwy nędzy, poddajmy się!

   Khal podczołgał się i wyjrzał zza wypalonej karoserii. Pokręcił wolno głową.

   - Oni do mnie strzelali, Rol. Zabili Dagthorna, a jeśli masz rację, to wszystkich pozostałych także. Poddać się? Nie, raczej nie, Rol.

   - Odwaliło ci - Rolaon patrzył na kolegę jakby go nie znał. - Mówię o tym, że za chwilę nas rozwalą, jeśli się nie poddamy. Zabiją nas! Rozwalą! Może i ty nie masz wiele do stracenia, ale ja mam rodzinę, pojebańcu! Rodzinę!

   - Wydaje mi się, że i tak jest już za późno - odpowiedział Jared w ogóle nie patrząc na pieklącego się Rynta.

   Rolaon spojrzał ostrożnie w stronę pozycji kultystów. Zza dużego wraku pokiereszowanego przez czas towarowca sto metrów dalej wyszedł właśnie mężczyzna. Był półnagi, w rękach trzymał karabin z nasadzonym bagnetem. Twarz pokrytą miał jakimiś czerwonymi wzorami. Mówił coś do kogoś, kogo Rolaon nie widział.

   - Żegnaj, Rol - powiedział Jared. - To już chyba koniec drogi.

   Było w tym coś tak głęboko absurdalnego, że Rolaonowi tylko skinął głową. Nie wiedział, co może mu odpowiedzieć. Nagle poczuł się bardzo, bardzo zmęczony.

   Augurianin zaczął coś krzyczeć. Zza wraków wychodzić zaczęli następni, pięciu, dziesięciu, dwudziestu, ciągle następni... Wraz z ich wychodzeniem narastało wycie, coraz głośniejsze. Przez moment Rolaon nie rozumiał tego ryku, nie chciał rozumieć. Gdy wreszcie te dźwięki ułożyły mu się w głowie w słowo, gdy zrozumiał że krzyczą to ludzie, którzy jeszcze miesiąc temu na Vallandorze byli kasjerami, nauczycielami i dziennikarzami, to poczuł dreszcze, lodowato zimne dreszcze. Ryk augurian rósł niczym pomruk nadciągającej burzy.

   - KRWI!!!!!!!!!

   Zaczęli biec szeroką tyralierą, co najmniej czterdziestu heretyków obłąkańczo wyjących w krwawym amoku. Spod ruin betonowego gmachu wznoszącego się na prawo od Rolaona padły w ich kierunku pojedyncze strzały, ale strzelający (Rol uznał, że muszą to być ludzie z drużyny C) byli rażąco niecelni, co szarżujący przywitali szyderczym rykiem. Augurianie zaczęli skręcać w ich kierunku i przez głowę Rynta przemknął cień nadziei, że dzięki temu ominą ich pozycję. Wtedy jednak Jared Khal, niepozorny, nieśmiały szeregowy z ciągłym niemal grymasem smutku na twarzy, zakompleksiony szczeniak w ciągle niedopasowanym, za dużym munurze, tę nadzieję zabił. Wstał, uśmiechnął się (zrobił to!) i zaczął strzelać.

   Świat oszalał.

sobota, 6 sierpnia 2016

The Primarchs: The Reflection Crack'd

   Ta niesympatyczna twarz po lewej należy oczywiście do Luciusa, głównego bohatera pierwszego opowiadania z antologii "The Primarchs", dwudziestego tomu Herezji Horusa za który właśnie się wziąłem. Opowiadanie nazywa się "The Reflection Crack'd" i pochodzi spod pióra jednego z moim zdaniem trzech najzdolniejszych autorów tworzących w uniwersum WH40k, Grahama McNeilla, twórcy znakomitego "Fulgrima", żeby wspomnieć jego najlepsze przeczytane przeze mnie dzieło.

   Zanim napiszę coś o samym opowiadaniu, uwaga ogólna. Gdy wiele lat temu zaczynałem wgryzać się w grimdarkowy świat, kupiłem sobie katalog GW z 2004 roku (wersja dla Europy Północnej). Pamiętam jak dziś tę ekscytację towarzyszącą mi przy oglądaniu cudów tam zawartych. Niektóre figurki wydawały mi się skończonym pięknem, przecież piszący te słowa wychował się na surowych, nieco topornych bryłach spod znaku Warzone...

   Wśród tych, które zafascynowały mnie najbardziej, był Fabius Bile. Ten model (dodam, że razem z Cypherem) wyróżniał się wśród tej groteskowej chaośnickiej czeredy. Żadnych mutacji, żadnych trofeów, żadnych kolców, czaszek i kręgosłupów, tylko fikuśny płaszcz ze smutną twarzą. Nie żyłem wtedy jeszcze w erze łatwo dostępnej informacji, więc ta odmienność Fabiusa sprawiła, że (razem z Cypherem again) stał się on postacią, która mnie zaintrygowała. Ów grimdarkowy Dr. Octopus pojawił się kilkukrotnie w herezyjnym cyklu i to jest jedna z tych rzeczy, za które ten cykl kocham. Zbliża mnie do tajemnic mojej młodości. A jeśli jeszcze kiedyś dotknie sprawy zaginionych legionów...

   Bile pojawia się w przeczytanym przeze mnie opowiadaniu w dosyć niezwykłej roli (uwaga: za chwilę mocne spoilery). Torturuje Fulgrima... Cała ta beznamiętna scena, w której Lucius, Fabius, Kaesoron i Vairosean zadają ból swemu genetycznemu ojcu by egzorcyzmować więżącego go demona jest przerażająca... i nieco męcząca zarazem. Tym bardziej, że torturowany przyjmuje to ze stoicyzmem, który zawstydziłby Marka Aureliusza. To w ogóle jest jeden z moich dwóch zarzutów do tej noweli: ani razu nie wywołała we mnie dreszczu ekscytacji (trochę to ironiczne w kontekście tekstu o legionie Fulgrima). Drugi zarzut jest poważniejszy: McNeill w ostatnich stronach "The Reflection Crack'd" kompletnie niszczy ten wspaniały tragizm, który towarzyszył losowi Fulgrima w końcówce poświęconego mu piątego tomu Herezji. Może przebolałbym to jeszcze, gdyby dusza Prymarchy uwolniła się z mentalnego więzienia po jakichś dramatycznych wydarzeniach, po poświęceniu... Tu jednak...

In time, it was a simple matter to reclaim my body and cast it into the prison it had crafted for me.

   I tyle.

   Nie tak to powinno wyglądać, nie tak.

5/10 

piątek, 5 sierpnia 2016

Żongler

   Do parszywego warsztatu wjechał na drewnianym koniku błazen.

   Jules le Jongleur jest błaznem prahistorycznym z kilku powodów, ale ograniczę się do jednego, najbardziej oczywistego. Ten błazen jest reliktem czasów, gdy Bretonnia nagle i radykalnie odrzuciła swą najstarszą, znaną z moich epitafiów inkarnację i wkroczyła w nową, radosną i arturiańską, inkarnację rodem z chanson de gest, wersję, której nie powstydziłby się Thomas Mallory i Walther von der Vogelweide. To był świat, w którym szlachetny król (rzecz jasna już nie Karol III Złotogłowy) rządził idealnym feudalnym światem wypełnionym mężnymi rycerzami, potworami i damsels in distress... Śliczny, kolorowy świat Bretonnii V edycji w której nie było już miejsca na mroki Parravonu czy beznadzieję Mousillon. I broń palną. Jej też Bretończycy się pozbyli.


   Nawet wtedy jednak, nawet w tej kolorowej eksplozji honoru i szlachetności, zachował się drobny, mikroskopijny element, który zdawał się szydzić z tego całego splendoru. Mój Jules.

   To nie jest, broń mnie Pani przed taką tezą, żaden rewolucjonista. Jules był jak najbardziej elementem tej całej kultury dworskiej, która stała się teraz fundamentem nowej Bretki. Ostatecznie, ten błazen tak ukochał swego feudalnego pana (Tristana Trubadura), że pojechał wraz z nim na niebezpieczny quest w poszukiwaniu Graala. Lubię sobie jednak myśleć, że Jules ma też drugie dno. Drewniany konik i pęcherz zamiast miecza... Żongler był w piątej edycji samotnym kontrapunktem wobec tej całej nadętej wysokourodzonej kolorowej czeredy. Drwiącą odpowiedzią na rycerski patos. 

   Naprawdę, uwielbiam tę figurkę. Nie mam pojęcia, dlaczego dopiero teraz się za nią zabrałem. 

   PS. Czerwone farbki Citadel przebyły długą drogę. Ciągle pamiętam traumę związaną z fatalnym kryciem tych czerwonych bubli, a dziś... Na zdjęciu jest jedna, rozwodniona warstwa :)

wczesny WIP, aż tak parszywy nie jestem ;)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Nie poznają strachu

   I znowu kolmarejska wieża wpuszcza przybyszów. Musi, nie ma innego wyjścia. Dan Abnett na mnie to po prostu wymusił. W pewien sposób.

   Emocje opadają powoli. 

   Know No Fear skończyłem czytać wczoraj (tj. 1 VIII 20216), a nadal jestem na powierzchni umierającej planety, która jest areną dziewiętnastego tomu Herezji Horusa. Calth, jeden z Pięciuset Światów Ultramaru, jedna z pereł miniimperium Roboute Guillimana, jeden z bastionów XIII Legionu, Ultramarines. Zasadniczo, książka snuje opowieść o 24 godzinach tej fikcyjnej planety zawieszonej w uniwersum WH40k. O momencie, w którym Ultramarines dowiadują się o rozpoczynającej się Herezji. Dowiadują się o niej z luf bolterów braci z XVII Legionu, Głosicieli Słowa, Word Bearers. 

   
   Książki osadzone w settingach gier fantasy łączy zazwyczaj fatalny poziom. To rzemiosło w najgorszym tego słowa znaczeniu. Słowne pierze, które ma tworzyć fabularną głębię rozrywce. Czarna Biblioteka również ma przecież na swym koncie takie pozycje, nawet flagowa Herezja Horusa ma swoje liczne upadki. Są jednak takie momenty w których mam wrażenie, że takie książki wybijają się z nerdowskiej niszy. Takie chwile, w których ciekaw byłbym, czy dany tekst spodobałby się komuś spoza warhammerowej sekty. Coś takiego fundował mi dotąd jedynie Aaron Dembski-Bowden. Teraz dołączył do niego Dan Abnett. 

   Tak, wiem, Abnett to nie jest anonimowe nazwisko. Mam wrażenie, że w erze przed epifanią ADB był on uważany za pisarza numer jeden w stajni Black Library. Przecież Gaunt. Przecież Eisenhorn. Nie bez powodów to jego właśnie obdarzono honorem zainaugurowania Herezji Horusa... Ale bądźmy szczerzy: żadna z jego wcześniejszych książek nie była wybitna. Były dobre. Jego wcześniejsza pozycja gwiazdy na czarnobibliotekowym firmamencie jest dla mnie ostatecznym dowodem na generalną słabość warhammerowej literatury. Wczoraj jednak...

   Abnett nie miał tu łatwego zadania. Na warsztacie wylądowali przecież Ultramarines. Smerfy. Jako starszy, niejako dystyngowany już fan uniwersum zdążyłem już nabrać do nich swego rodzaju pogardy przemieszanej z politowaniem. Sympatia do synów Guillimana nie jest w pewnych środowiskach w dobrym tonie. To są przecież ci kanoniczni, idealni Space Marines bez jakiejkolwiek skazy, bez niczego, co ciekawie by ich wyróżniało... w dodatku jeszcze z niepokojącą tendencją do narzucania wszystkim wokół swojego manifest of destiny. Generyczni Astartes z wszczepioną arogancją. Czy z tej mąki może być chleb?

   Może.

   Know No Fear jest fantastyczne. Abnett wbił tę książkę w formę quasireportażu, który informacyjnymi flaszami stara się objąć pierwszy dzień Bitwy o Calth. Wiąże się z tym ważny dla tytułu element stylizacji: bardzo długo dominuje tu czas teraźniejszy. Efekt jest dobry, bardzo dobry. Szczególnie pierwsze 200-250 stron wywołało u mnie szok. Na początek ostatnie godziny przed atakiem sił Lorgara, z coraz duszniejszą atmosferą oczekiwania, z tym narastającym poczuciem zagrożenia, z niepokojącymi śpiewami barbarzyńskich sojuszników Głosicieli Słowa... Już jedna z pierwszych scen książki sprawiła, że się w niej zakochałem: moment, w którym spotykają się dawni towarzysze broni, Sorot Tchure z Word Bearers i Honorius Lucius z Ultramarines. Już wiemy wtedy, że Tchure zabije swojego gospodarza, dowiadujemy się o tym w drugim zdaniu książki... i z tą wiedzą ich powitanie, instynktowna reakcja obronna Luciusa, ich pierwsze do siebie słowa nabierają jakiejś złowrogiej głębi, nadaje mu pewien rys tragizmu, o który dotąd warhammerowej literatury nie posądzałem. 


- Well met - says the warrior of the XVII, stepping forward.
- A long time - says Luciel, coming to meet him. They embrace, forearm guards clattering off backplate panels.
- Tell me, brother - says Luciel. - What new things have you learned to kill since last we met? 

   A dalej jest jeszcze lepiej. Gdy już przemówią działa, gdy plan Lorgara, Kor Phaerona i Erebusa wejdzie w fazę realizacji, zaczyna się batalistyka najwyższych lotów, krzycząca głośno apelem o ekranizację która pewnie niestety nigdy nie nastąpi. Bohaterstwo, fatalizm, strach, niebo w płomieniach, miłość i nienawiść, stalowe kolosy spadające z nieba, patos i mistyka: stężenie warhammera jest na tych stronach naprawdę wysokie. Ten moment, gdy dwudziestokilometrowy Antrodamicus mknie ku powierzchni Calth...Nie ma tu oczywiście wielu bohaterów, którzy szczególnie zapadną nam w pamięć: Ultramarines są tu wykonani na tej samej literackiej taśmie produkcyjnej i nie przejawiają zbytnich odchyleń od kanonu (no, może dreadnoght Telemechrus jest ciekawy). Ciekawsi są bohaterowie spoza legionu: zaskoczył mnie na przykład subtelny związek łączący adeptów Mechanicum, Hessta i Tawren; pamiętający Argonautów i Austerlitz Oll Persson też jest intrygujący (ciekawy dobór imienia i nazwiska swoją drogą), tym niemniej nie oszukujmy się: wielu takich perełek tu nie znajdziemy. Całość jest jednak na tyle porywająca, że ledwo to zauważyłem. Jest bowiem jeszcze jedna cecha tej książki warta podkreślenia: akcja mknie tu do przodu niczym pocisk boltera. I ta oszałamiająca szybkość nie powoduje uczucia znużenia, przeciwnie. Gdy skończył się epilog, coś w środku mnie krzyczało o więcej...

   Obok "Pierwszego heretyka" jest to najlepsza herezyjna książka, jaką dane mi było przeczytać. 

   Aczkolwiek, przede mną kolejne 20 tytułów...


9/10


[mark: -245280999.15.00]

niedziela, 3 stycznia 2016

Age of Darkness

Znowu długo mnie nie było :)

Aby udowodnić, że w kazamatach Wieży nadal coś się dzieje, podzielę się z Wami (jeśli jeszcze ktoś tu zagląda ;) ) moimi odczuciami na temat ostatnio przeczytanej przeze mnie pozycji spod znaku Horus Heresy. Szesnasty tom cyklu jest antologią i nosi niewyszukaną, w pewnym sensie klasyczną dla uniwersum nazwę Age of Darkness.

Książka jest swego rodzaju oddechem po wielkich wydarzeniach poprzednich tomów. Nie ma tu kolosalnych bitew lądowych ani majestatycznych konfrontacji w próżni kosmosu. Generalnie fabuły tych nowelek rozgrywają się w drugim - trzecim roku wojny domowej, już po dropsite massacre ale jeszcze zanim to wszystko nabierze najbardziej monumentalnego rozmiaru. Jedynym elementem jakoś tam spinającym całość (prócz samej Herezji rzecz jasna) jest rodzące się Imperium Secundus, o którym czytamy tu chyba po raz pierwszy (wspomina się o tym projekcie szefa ultramarynów w pierwszym i ostatnim opowiadaniu zbioru). Poniżej moje luźne spostrzeżenia na temat wszystkich nowel należących do tego zbioru, do każdego dołączyłem ocenę w skali szkolnej. Na koniec jeszcze ogólne zestawienie przeczytanych przeze mnie herezyjnych tomików.



Rules of Engagement - Graham McNeill
Cóż, wielkie "horusowe" nazwisko, ale samo opowiadanie na kolana nie rzuca. Głównym bohaterem jest Remus Ventanus, dowódca 4 Kompanii Ultramarines, który prowadzi zacięte walki odwrotowe na planetach Ultramaru. Wojownicy Guillimana atakowani są zarówno przez siły Horusa Lupercala, jak i lojalistów wstrząśniętych secesją XIII Legionu (w związku ze wspomnianym przeze mnie wcześniej konceptem Imperium Secundus). Cała ta seria kolejnych starć (Ventanusowi przyszło tu walczyć po kolei z byłymi braćmi ze Straży Śmierci, Pożeraczy Światów, Salamander (!) i Synów Horusa) jest mocno nużąca, a taktyczne zagrywki rodem z Codex Astartes niezbyt wysublimowane. Na końcu jest mocny zwrot akcji... ale dla mnie jest on nieco przekombinowany i słaby.
Ocena: 3

Liar`s Due - James Swallow
Tu z kolei jest znakomicie. Swallowa poznałem ze średnio udanego Eisensteina i całkiem udanego Nemesis, tutaj jest zdecydowanie najlepszy. Akcja noweli toczy się na totalnej prowincji Imperium, na rolniczym świecie Virger-Mos II, a dokładniej w miejscowości o malowniczej nazwie 44. Forty-Four rozrosło się wokół stacji windy orbitalnej i jest niewielką, odizolowaną osadą w której żyje między innymi młody bohater tej historii, Leon Kyyter. Senny rytm życia zakłóca wiadomość, iż siły Horusa Lupercala właśnie zdobyły Terrę... No znakomita miniaturka, naprawdę. Nastrój zapomnianej przez wszystkich dziury zderzającej się nagle z Historią robi tu znakomitą robotę.
Ocena: 4+

Forgotten Sons - Nick Kyme
Tu jestem trochę rozdarty, bo znakomity początek został mocno popsuty przez słaby koniec. Opowiadanie traktuje o dwóch równoległych misjach dyplomatycznych, które równocześnie przybywają na przemysłową planetę Bastion. Obie strony galaktycznej wojny chcą, by Bastionici stanęli po jednej ze stron, Imperium reprezentują dwaj Astartes: Salamandra Heka`Tan i Ultramarine Arcadese. Zaczyna się intrygująco, potem jednak akcja staje się nielogiczna i kulawa. Koncept dziwnego asasyna, przedziwne działania sił Horusa... Jakoś mnie to nie przekonało.
Ocena: 3




The Last Remembrancer - John French
Krótka nowelka o Solomonie Voss, spamiętywaczu samego Horusa Lupercala. Protagonista został przechwycony przez siły imperialne i został osadzony w tajnej fortecy ulokowanej na Tytanie (dla grających w WH40k nie jest ona taka znowu tajna ). Niemal całe opowiadanie traktuje o przesłuchaniu, w którym Voss konfrontuje się z prymarchą Imperialnych Pięści i Iactonem Qruze, starym, znajomym Wilkiem Luny z pierwszych części cyklu. Tekst jest poprawny, zakończenie niegłupie.
Ocena: 4-

Rebirth - Chris Wraight
To był mój pierwszy kontakt z tym autorem i jestem bardzo mile zaskoczony! Moim zdaniem to najmocniejszy punkt antologii, choć ma wielu silnych rywali. Fabuła prezentuje nam grupę Tysiąca Synów, która podczas masakry na Prospero podróżowała przez Osnowę. Powrót na ojczystą planetę jest więc dla nich małym zaskoczeniem...
Nowela jest rewelacyjna. Ma smakowity, fabularny twist, nie obraża mojej inteligencji no i zawiera kolejne mocne mrugnięcie okiem dla fanów pewnej gry komputerowej i chapteru się z niej wywodzącego...
Ocena: 5-

The Face of Treachery - Gav Thorpe
A tu obniżenie lotów, choć nie dramatyczne. Odwiedzamy znowu system Isstvan, tym razem z grupą Kruczej Straży która tak jakby spóźniła się na starcie i zderza się z Pożeraczami Światów. Przeczytałem i ledwo pamiętam treść, choć jest tam ważny dla uniwersum epizod dotyczący jednego z prymarchów.
Ocena: 3+

Little Horus - Dan Abnett
To jest opowiadanie jakby wprost skierowane do tych, którzy są fanami przede wszystkim początkowej tetralogii cyklu. Horus Aximand prowadzi tu kampanię na planecie Dwell i zmierzyć się musi z nowym obliczem Legionu oraz pewną niemiłą niespodzianką. Cóż, napisane jest sprawnie... ale tak jakby nie do końca wiem po co, gdyż nic ważnego mi o Małym Horusie ono nie mówi.
Ocena: 3+

The Iron Within - Rob Sanders
A tu jest znakomicie. Głównym bohaterem jest Warsmith Żelaznych Wojowników Barabas Dantioch, ciężko poraniony podczas walk z hrudami i pozostawiony z małą załogą na świecie Mniejsza Damantyne. Wieści o Herezji nadciągają do niego niemal równocześnie z flotą jego Legionu... i Dantioch musi dokonać wyboru swej przynależności. Mocna batalistyka, mocne zakończenie, Warhammer w swej esencji.
Ocena: 4+

Savage Weapons - Aaron Dembski - Bowden
Mój czterdziestkowy ulubieniec nie zawodzi. Odwiedzamy Mroczne Anioły, które na początku trzeciego roku wojny domowej walczą (a jakże!) z Władcami Nocy. Opowiadanie przez jego większość wydawało mi się dobre, lecz nie wybitne... aż do zakończenia, które jest prawdziwą perełką. ADB nie zwalnia!
Ocena: 4+


Ocena całości: 3+

niedziela, 9 sierpnia 2015

Bitwa na Sosnowym Polu

   W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy grać  w bitewniaki zdarzyło mi się ekstremalnie rzadko. Właściwie, to słowo "ekstremalnie" jest niedopowiedzeniem: w okresie tym grałem DWUKROTNIE. Oba te starcia stoczyłem w przeciągu ostatniego miesiąca, w związku z czym łatwo wyliczyć, iż moje siły zbrojne przez prawie cały ostatni rok przeżywały okres Długiego Pokoju. Ale ten czas się chyba powoli kończy i duża w tym zasługa Ostatecznego Zła popełnionego przez zbrodnicze (szalone, głupie, aroganckie: dopasuj sobie sam epitet, drogi czytelniku) Games Workshop: Age of Sigmar. To zamieszanie związane z tym niezwykłym krokiem szeryfów z Nottingham ponownie skierowało moje modele na wojenną ścieżkę. Obie moje bitwy ostatniego miesiąca rządzone były regułami AoS właśnie. Dziś chciałbym podzielić się refleksjami na temat drugiej z nich, stoczonej zaledwie przedwczoraj.

   Grałem z Drzewcem (moim bratem). Ponieważ nasze blaty zaginęły chwilowo w przepastnych lochach lokalnego domu kultury, za pole bitewne posłużył nam mój sosnowy stół. Stół ma niestety nieco niestandardowe wymiary (73x38 cali), co niestety odbiło się na przebiegu rozgrywki. Z uwagi na to, że nie za bardzo jeszcze znaliśmy (nieskomplikowane co prawda) zasady, to bitwa miała mieć kameralne rozmiary: nie przejmując się żadnymi compscorami uznaliśmy, że rzucimy przeciw sobie po siedem warscrolli. Ja wystawiłem swą ukochaną Bretkę, Drzewiec Wysokie Elfy.

Ordre de bataille:

BRETONNIA

Bretonnian Lord
Paladin Standard Bearer
Damsel of the Lady (piesza)
Knights of the Realm (12, FCG)
Grail Knights (5, muzyk)
Peasant Bowmen (16, FCG)
Field Trebuchet


HIGH ELVES

Tyrion
Teclis
High Elf Mage (konny)
High Elf Archers (10)
Silver Helms (12, FCG)
Ellyrian Reavers (8)
White Lion Chariots (2)

   Tereny wylosowaliśmy sprawnie (ten mechanizm losowania terenów jest jedną z lepszych stron AoS imho), doczepiliśmy też do nich magiczne właściwości. Generalnie, to niektóre tereny są istotne dla rozgrywki wyłącznie z uwagi na te magiczne dodatki, bo nie zauważyłem, by na przykład wzgórze wpływało na nią w jakikolwiek inny sposób (my uznaliśmy jedynie, że na jedno z naszych wzgórz nie można wejść z jednej z jego stron, zakończonej klifem). W trakcie samej bitwy zresztą żaden poważny efekt terenowy się nie zdarzył.

   Ustaliliśmy, że nie będziemy strzelać do combatu.

   Podczas rozstawiania stron popełniliśmy poważną gafę, gdyż obaj rozstawiliśmy jeden po drugim całe swoje armie za jednym zamachem, zamiast wystawiać unity naprzemiennie. Koniec końców po krótkiej myślowej symulacji okazało się, że starcie zaczną Bretończycy (poczułem się trochę nieswojo, bo przecież dotąd zawsze oddawałem inicjatywę przeciwnikowi :) ).


   Stół był niestety wąski, elfy wystawiły się wysoko, stąd JUŻ W PIERWSZEJ TURZE doszło do udanych szarż: Lord i Graale wbili się w Tyriona, Realmsi zaatakowali rydwany, zaś samotny paladyn popędził ku Teclisowi. Drzewiec przez chwilę się załamał :) Dodatkowo spadły bodajże dwa Srebrne Hełmy ustrzelone przez moich łuczników i treba. 




   Niestety, żadna z tych szarż nie zakończyła się zniszczeniem wroga. Zarówno Tyrion, jak i rydwany okazali się być ultraodporni na ciosy (Tyriona ostatecznie nawet zabiłem, ale zmartwychwstał :/ ), zaś BSB stał się przerażającym przykładem kostkowej nieudolności (przez kilka tur walki zdołał zadać Teclisowi zaledwie trzy rany). Sytuacja pogorszyła się jeszcze w turze Drzewca, gdy w boki moich lanc (no, prawie lanc) wbili się Ellyrianie (w Realmów) i Srebrne Hełmy (w Graali). Był to początek końca. Mojego końca.


   Były jeszcze dobre momenty. Damselka zdołała ubić wrażego maga, a trebusz dokonał eksterminacji Ellyrianów. To jednak nie mogło już odwrócić fali: w czwartej turze nie żył już mój Lord, Realmsi, Graale, BSB i Damsel (tę ostatnią rozstrzelali elfi łucznicy). Rydwanom zdołałem zadać tylko cztery rany, Teclisowi dwie... Po tej masakrze elfy dokonały zwrotu ku moim pozycjom strzeleckim, te przestały istnieć w piątej turze (przyspieszyła to jeszcze moja przegrana inicjatywa, dzięki której Drzewiec zagrał wtedy dwa razy z rzędu).

Last stand

   Wnioski. Siły nie były chyba zbalansowane: szczególnie dwaj bohaterowie imienni Drzewca siali u mnie śmierć i zniszczenie (w czym dzielnie wtórowały im lwie rydwany), co jednak nie wpłynęło na frajdę z gry; ta była naprawdę spora! Najbardziej szkoda mi formacji: fakt, że oddziały widzą wszystko wokół i mają naprawdę ogromną mobilność sprawia, że walki wręcz uniknąć jest naprawdę trudno, jeśli to w ogóle możliwe. To zdecydowanie ogranicza taktyczność rozgrywki, unity zachowują się jak magnesy, które nieubłaganie dążą do zderzenia. Tym niemniej w tym kostkowym chaosie występują jednak synergie między jednostkami, kolejność wybierania walczących jest ważnym taktycznym wyborem, a odpowiednio użyte tereny też potrafią wpływać na losy starcia. Na razie ciągle więc daję AoS szansę, aczkolwiek zdecydowanie szanse te będą rozgrywane w World That Was... To jednak temat na inną, bardziej fluffową przypowieść.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Hufiec Berengara Zielonego, część III

   Na początek trochę mechaniki.

   Uprzejmość szanownego autora warheimowych zasad sprawiła, iż poszukiwacze przygód bretońskiej proweniencji mają na starcie do dyspozycji nie 500, lecz 600 koron do wydania. Nic dziwnego zresztą, gdyż wierzchowce, czyli duma każdego bretońskiego kawalera są sakramencko drogie. Gdy rozpocząłem kompletować moją grupę, zupełnie naturalne było dla mnie, że przywódca grupy powinien konia mieć: Rycerz Graala bez konia wyglądałby trochę montypajtonowsko. Po dokupieniu Berengarowi jeszcze tarczy , pancerza i tym podobnych utensyliów wyszło mi, że kosztuje on 170 koron. Nic dziwnego, że graalowców w Bretonnii tak mało.

   Uznałem, że konna Bretonnia powinna być reprezentowana przez przynajmniej jeszcze jednego kawalerzystę. Ominąłem Rycerzy Drogi (bo żadnej figurki pomalowanej nie mam) i zaciągnąłem Rycerza Królestwa. Baldwin Błękitny z uwagi na posiadaną kopię nie był wcale tańszy niż jego szef: łącznie pochłonął mi również 170 koron. Po rekrutacji zaledwie dwóch bohaterów miałem już przekroczony pieniężny półmetek :)

   Mój rohirrimski Zbrojny wystąpić więc musiał w wersji mocno budżetowej: prócz posiadanego już na wstępie miecza dokupiłem mu jedynie średni pancerz. Dzięki tej mojej wstrzemięźliwości Po Prostu Pierre wyniósł mnie jedynie 55 koron. Miałem więc jeszcze 200 koron z drobnym hakiem do wydania, co przełożyło się na kolejne zakupy.


   Tajemnicza siła zwana w Bretonnii Panią Jeziora wiązała z Berengarem Zielonym jakieś tajemnicze plany, w związku z czym postanowiła pomóc mu w przeżyciu. Alienor stała się jej ku temu narzędziem: owa Panna Graala dostała wprost polecenie, by zaopiekować się młodym rycerzem. Szorstka to opieka, gdyż Alienor nie cierpi swego podopiecznego, ze wzajemnością zresztą.

   Ten mocno przechodzony już model damselki przeżył ze mną niejedną bitwę, z zaskoczeniem więc skonstatowałem, iż nie ma on nawet obrobionej podstawki :) Zaniedbanie w międzyczasie naprawiłem, płacąc przy okazji za Alienor jedynie jej podstawową cenę: 55 koron.


   Pierre (drugi już w drużynie) i Francois pochodzą z tej samej wioski, Retondes. Pierra 22 lata temu podczas zbierania chrustu leśny elf dźgnął sztyletem w oko, na co Bretończyk odpowiedział ciosem siekiery w głowę (Czarne Oko zawsze uważał, że z elfami należy targować się twardo i agresywnie). Razem z kuzynem Francois i przyjacielem Jaquardem wstąpił wtedy do wojska, niesiony chęcią odwetu na nieludziach. Ponieważ jednak służba polegała zazwyczaj narobieniu za ruchome tarcze dla nieprzyjacielskich trebuszy (bretońscy panowie uwielbiali toczyć spory wewnętrzne uważając, że tylko rodzimy przeciwnik jest tak naprawdę godny wykazywania się ich wojennym kunsztem), Pierre ostatecznie zdezerterował, ciągnąc Francois za sobą. Dziś gorzko tego żałuje: obaj śmiertelnie zakochali się w Alienor, co wywołało między kuzynostwem poważną różnicę zdań dotyczącą spraw fundamentalnych i nie tylko.

   Dwaj Piechurzy. Nie mogłem nie wziąć ich w charakterze łuczników, gdyż po prostu UWIELBIAM te modele: boks z szóstoedycyjnymi łucznikami jest IMHO najlepszym prezentem, który ta armia w szóstej edycji otrzymała. No, może obok Relikwiarza. Wraz z łukiem każdy z tych chwatów kosztował mnie 35 koron.


   Nikt w drużynie poza nim samym nie zna prawdziwego imienia Wesołka. Nikt też nie widział choćby cienia uśmiechu na jego twarzy. Wesołek jest arcykapłanem kultu Berengara Zielonego, kultu na razie skromnego, ale żelazna determinacja tego Pielgrzyma sugeruje, iż nie będzie to stan szczególnie długi. Religia Wesołka jest niemal monoteistyczna; prócz Berengara w sercu Wesołka jest jeszcze całkiem spore miejsce na kapliczkę poświęconą alkoholom we wszelkiej postaci. Wesołek podkreśla zawsze, iż pije wyłącznie w celach spirytualnych.

   Pielgrzym jest ostatnim regularnym członkiem drużyny. Nie wyposażyłem go w nic poza defaultowym mieczem, kosztował mnie więc 50 koron. BTW, tę figurkę też kocham. Resztę pieniędzy wydałem na najemnika, konkretnie na...


   ...Dargo Rottenbacha. Gdy Berengar ujrzał wizję tajemniczej włóczni ukrytej w kurhanie gdzieś na północy Imperium, Alienor uznała, iż drużynie koniecznie potrzebny jest jakiś miejscowy przewodnik. Na nieszczęście jedynym chętnym okazał się Rottenbach, niziołek z fatalną kartoteką, obecnie poszukiwany w trzech księstwach elektorskich. Dargo uznał, że z Rycerzem Graala wcześniej czy później wyemigruje do Bretonnii, gdzie długie ręce Imperium już go nie dosięgną.

   A teraz czekam na chrzest bojowy tej gromadki. Na szczęście mój brat już wyraził chęć przetestowania nowego systemu, mam nadzieję, że zapali się do niego równie mocno, jak ja.