Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szuflada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szuflada. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2020

Głos, którego nie potrafił zagłuszyć

     Dziś kolejny odcinek cyklu moich wspomnień z konkursu Story of the Month z Glorii Victis. Mój kolejny w nim start przypadł na XVII jego edycję, która odbywała się pod hasłem "Mechanicum".

     AdMech to jeden z moich ukochanych, a jednocześnie najmniej znanych tematów uniwersum. Ta mieszanka religii, zabobonu i zaawansowanej technologii jak mało co oddaje klimat grimdarku odległej przyszłości czterdziestego pierwszego tysiąclecia. Temat opowiadania nie jest szczególnie odkrywczy: to jedno z podstawowych pytań, które od czasu do czasu stawiać sobie musi Syn Marsa: co leży w samym jądrze religijnego paradygmatu Czerwonej Planety?

     Tekst zdobył ostatecznie trzecie miejsce.

Głos, którego nie potrafił zagłuszyć

     Portal rozjarzył się nagle seledynowym blaskiem, a z umieszczonego pod prostym, pozbawionym ozdób architrawem głośnika odezwało się wsteczne odliczanie. Karaz Oltar z irytacją stłumił mimowolne oznaki podniecenia opanowujące jego organiczne części. Poddawanie się takim chaotycznym impulsom podświadomości było niegodne magosa, nawet jeśli należał on do Eksploratorów, grupy znanej przecież wśród ludu Marsa ze swej ekstrawagancji i uleganiu dziwactwom przynoszonym z odwiedzanych światów. Znajdował się tak blisko emanacji Omnisjasza, że tym razem nie obowiązywała go taryfa ulgowa. Jedynie doskonałość. Harmonia.

     - Na kolana - warknął gniewnie przez vox-emiter do trybuna Kolmara i otaczających ich skitarii.
Odliczanie skończyło się i zawyły dawno nie używane przekładnie. Portal się otwierał, żołnierze klękali a Eksplorator oddychał ciężko powietrzem nabrzmiałym zapachem Boga.

     Sektor Pertynaks leżał tak daleko na północno-wschodnich rubieżach Imperium, że nawet dalekowidzące czerwone oko Marsa rzadko skupiało na nim swą uwagę. Wedle wiedzy kapłanów Mechanicum preimperialna ludzka kolonizacja nigdy tu nie dotarła, więc poszukiwacze zaginionych technologii omijali te okolice szerokim łukiem. Nieliczni tubylczy xenos też nie wywoływali szczególnego zainteresowania. Izolacjonistyczni tygrydzi w subsektorze Artakserkses byli prymitywni, ich cywilizacja dopiero co rozpoczęła międzygwiezdną kolonizację; plemiona orków z Czerwonego Kwadrantu z definicji niemal skreślane były z listy celów rejsów flot eksploracyjnych; system Pallas kontrolowany przez tetraharpie znajdował się zbyt blisko Nieciągłości Morgana, by ktokolwiek chciał go zbadać.

     Rok temu jednak w ręce Karaza Oltara wpadł raport dotyczący inwazji tygrydów na Omalę i Mechanicum przestało ignorować sektor. Podczas walk o Fort Lester stało się coś, co zabiło wszystkich tygrydów, gwardzistów, zwierzęta i rośliny w promieniu trzech kilometrów. Coś, co znamionowało moc godną zainteresowania Eksploratora. Co prawda Eklezjarchia orzekła, że owego dzieła zniszczenia dokonał nowo kanonizowany święty Boemund, dowódca broniącej się tam Gwardii, ale u Karaza te wyjaśnienia wywoływały jedynie grymas pogardy. Uśmiercił drzewa? Wymordował ptaki?

     Karaz przyleciał tu z pielgrzymką, ale jego celem nie był posąg świętego Boemunda. Przyleciał szukać prawdziwej świętości, realnych relikwii. I znalazł więcej, niż się spodziewał.

     Podziemna struktura w której się znalazł była stara, bardzo stara. Sądząc po języku świętych tekstów wyrytych na ścianach znalezisko poprzedzało czas Wielkiej Krucjaty. Oltar ostatkiem sił tłumił ekscytację wynikającą z implikacji tego faktu. Jeszcze nigdy nie odkrył nic tak starego. W dodatku udowadniał właśnie, że sektor Pertynaks podlegał jednak ludzkiej preimperialnej kolonizacji. Omnisjasz hojnie nagradza swe wierne sługi!

     Wrota portalu zatrzymały się. Dalej był mrok. Karaz Oltar zaintonował "Płomień w ciemnej dolinie" i wszedł w jego objęcia, pozostawiając za sobą klęczącą obstawę. Zanim jednak portal znowu się zamknął, mała serwoczaszka pomknęła za Eksploratorem, ścigana uważnym wzrokiem przez trybuna skiitari. Titus Kolmar już nie klęczał.

***

     Z chwilą zamknięcia portalu ciemność pierzchła, pokonana przez budzący się blask wrzecionowatych lamp wtopionych w stalowe sklepienie. Ciągle śpiewając, szedł ku kolejnym, odległym drzwiom w nieprzyzwoitym oszołomieniu. Wszystko krzyczało do niego dźwiękiem nieznanej wcześniej doskonałości sprawiającej, że kulił się pod ciężarem własnej prymitywności. Jego wszczepy, jego duma i droga ku oczyszczeniu tutaj wydawały się odległym, zniekształconym echem wszechdoskonałego Ducha Maszyny. Ze ścian wystawały ekrany o grubości pojedynczego pergaminowego folio wyświetlające w szalonym tempie nieznane mu komunikaty. I ekranów tych nie łączyły ze ścianami życiodajne pępowiny przewodów. Nie miało to nic wspólnego z chaosem psioniki, tego był pewien, struktury były zbyt regularne a teksty na ekranach zbyt podobne do lingua technis... to jednak co widział, było dla niego równie co psionika niezrozumiałe. I przerażające. I piękne.

     Kolejne drzwi otworzyły się bez żadnej jego ingerencji. Oltar umilkł.

     Następne pomieszczenie miało sferyczny kształt wyznaczony przez obwieszone ekranami, zielone ściany. Pośrodku stała solidna, upstrzona różnobarwnymi diodami kolumna z kilkoma panelami kogitacyjnymi umieszczonymi ze wszystkich jej stron. Ciągle trwające oszołomienie sprawiło, że dopiero po chwili Eksplorator zauważył stojącą obok, ubraną w biel siwowłosą kobietę. Serworamię adepta niemal automatycznie sięgnęło po broń. Kobieta uśmiechnęła się i pozdrowiła go uniesieniem prawej dłoni.

     - Peregrinus, witaj. Czy moja heurystyka działa niewadliwie? Ze wstydem przyznam, podsłuchiwałam was już od wejścia by algorytm zadziałać mógł.

     Z tą kobietą coś było nie w porządku. Mówiła z dziwnym, miękkim akcentem którego nie potrafił zidentyfikować, ale z pewnością nie to budziło jego niepokój. Było w niej coś niezrozumiałego, obcego. Ta niewiedza drażniła mu ego.

     - Kim jesteś, kobieto?! Co tu robisz?! Znajdujesz się w miejscu zastrzeżonym dla Mechanicum! Już choćby za to powinienem cię zabić.

     - Trudno będzie ci uczynić to, peregrinus. Ja już jestem martwa.

***

     Stojący pięćset metrów dalej trybun Titus Kolmar drgnął. Czy o takich sytuacjach mówiły jego instrukcje? Jego panowie nie tolerowali pomyłek. Jaka reakcja Eksploratora powinna wywołać jego działanie?

     Dane wysyłane przez serwoczaszkę układały się wyłącznie w pytania.

***

     - Jestem Katerine, gens Rapax, praeceptor maior ekspedycji Pertinax-28c. A właściwie, to jestem jej mnemonem, jej corpus virtualis. Jestem martwa, gdyż zegar laboratorium przed awarią wskazywał T+1486.18, a to zdecydowanie za długo dla corpus verus.

     Oltar podszedł do niej... i lufa pistoletu zanurzyła się w jej nierzeczywistym ciele. Jakość tego hologramu zaparła mu dech. Również głos tej niekobiety tracił swe egzotyczne brzmienie, szybko zbliżając się akcentem i składnią do niskiego gotyku.

     - Dwa dni temu, MOJE dwa dni temu, dux primaris ogłosił ewakuację. Fluktuacje pola ciemnej materii dotarły i tutaj, musimy uciekać przed zakończeniem badań i nie mam nadziei, że tu jeszcze dane mi będzie wrócić. W zasadzie, to nie wiem nawet czy zdołamy dotrzeć do domu, rezonans filotyczny w Osnowie przypomina huragan. Ten region Drogi Mlecznej długo będzie dla nas zamknięty. To znaczy: był zamknięty, jesteś dowodem na to, że homo znowu pojawił się na Omali Beta. Te apokaliptyczne wizje Sandora Keneva okazały się być tym, czym były dla nas wszystkich: brednią wynikającą z tego archaicznego defektu umysłu zwanego religijnością. Oby twoje czasy były wolne od tej intelektualnej zbrodni.

     - Bluźnisz... - wyszeptał Karaz Oltar. - Bluźnisz...

     Katerine Rapax dysponowała słabym wachlarzem ekspresji mimicznej, jej szeroko otwarte oczy były jedynym widocznym symptomem jej szoku.

***

     Trybun już wiedział. Obrócił się w kierunku skitarii.

     - Mówi do was pan. Wdrażam procedurę smoka.

     Nanosekundę później wszyscy ci najeżeni bronią serwitorzy należeli do niego. Tylko do niego.

***

     Beznamiętność. Racjonalizm. Harmonia.

     Wszystko to było dla Karaza Oltara równie odległe, co Święty Mars.

     Nie widział przed sobą przekazu informacyjnego. Widział emanację programu, słów zamkniętych w świętych związkach języka Boga Maszyny. Programu starszego niż Imperium. Programu mogącego być Abominacją. Sztuczną Inteligencją.

     Programu, który twierdził iż nie ma żadnych bogów.

     To absurdalne kłamstwo powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Katerine Rapax była wrogiem lub szaleńcem, miazmatem próbującym skazić szeregi Synów Marsa. Popełniłaś błąd, chciał krzyknąć. Zidentyfikowałem cię!

     Stał jednak tylko, starając się opanować drżenie w organicznej ręce. Był bowiem w jego głowie jeszcze jeden głos, głos którego nie potrafił zagłuszyć. Głos szepczący mu od lat o odkrytych przez niego mechanizmach, maszynach w których nie widział iskry boskości. O Żelaznych Ludziach z prastarej przeszłości, których inteligencja była wyzwaniem rzuconych Duchowi Maszyny. O znalezionym kiedyś tekście heretyka Degio Khamriosa, którego nie potrafił zniszczyć po przeczytaniu. Magos Karaz Oltar słyszał głos wątpliwości.

     Odraza do samego siebie sparaliżowała go całkowicie. Nadbiegający z tyłu skitarii nie sprawili nawet, że się obrócił. Katerine gdzieś zniknęła. Magos upadł na kolana. Z jego ust dobył się krzyk, pierwotny, zwierzęcy wrzask stworzenia, które zrozumiało grozę swego istnienia. Łkałby, gdyby potrafił.

     Titus Kolmar podszedł z wymierzonym w niego karabinem laserowym.

     - Draco vult - powiedział trybun i skinął głową. Dwaj serwitorzy dźwignęli niemal bezwładnego Eksploratora na nogi.

     Oświetlające salę lampy zamigotały. Trybun rozejrzał się wokół, nieco zdezorientowany.

     - Rozczarowaliście mnie - odezwał się zewsząd głos Katerine Rapax.

     Śmierć nie była ciemnością. Śmierć przyszła po nich obleczona w zielone światło.

poniedziałek, 6 maja 2019

Strzał

     Nagle uświadomiłem sobie, że prezentowałem tu swoje dokonania z nieodżałowanego, martwego już konkursu Story of the Month. No to zaprezentuję dziś „Strzał”, mojego drugiego (i ostatniego) laureata tego konkursu :)

     „Strzał” napisany został na potrzeby szesnastej edycji SotM, edycji której patronowało hasło „Bohater”. Początkowo średnio mnie ono fascynowało... aż przyszedł mi do głowy pomysł wykorzystania Valhallan Ice Warriors w nietypowych dla nich warunkach. Początkowo narrator miał być jedynie biernym świadkiem rozwijających się wydarzeń, ale w trakcie pisania idea „Strzału” się zmieniła... i chyba dobrze się stało. Ostatecznie nowelka otrzymała 14 punktów, o 3 więcej niż wicemistrz tej edycji.



Strzał


     Nie jestem z tego dumny. Nie jestem.

     Od dwudziestu dni trzy regimenty z Valhalli desperacko walczyły o utrzymanie kontroli nad półwyspem Gaon, wypełnionym ropą naftową skalistym paluchem wymierzonym w środkowy akwen Morza Strachu. Nie wiodło nam się szczególnie dobrze.

     Właściwie, to wiodło się nam zupełnie źle. Istniał pewien dysonans w ocenie przyczyn tych kłopotów. Dowodzący operacjami na zachodzie Rustan Predov sądził na przykład, że istotnym czynnikiem utrudniającym nam gładkie zniszczenie rebeliantów była odziedziczona po naszych matkach kurwach wrodzona niezdolność do jakiegokolwiek wysiłku i poświęcenia. Z opinią tą rywalizowała teza, że Valhallańczycy słabo sprawdzają się w walkach na gorącej półpustyni. Wysłanie tu specjalistów od walki w mrozie było dziełem jakiegoś niedocenianego geniusza z Munitorum, który zasugerował się chyba nazwą tej przeklętej planety.

     Nazywa się Śnieg.

     Mój 1213. regiment zrzucono wzdłuż zachodniej krawędzi płaskowyżu, który niczym kręgosłup przechodził przez półwysep Gaon. Gwardia miała tu powstrzymać ofensywę szaleńców z kultu Króla Nocy, idola lokalnej młodzieży i kilku ambitnych polityków. Pomagać miały nam brygady piechoty z lokalnych sił samoobrony... ale w międzyczasie gubernator przystąpił do rebelii i owe brygady tak jakby zrobiły to samo. Tak przynajmniej zwyczajowo przyjęło się określać strzelanie w sojusznicze plecy. Zanim uporaliśmy się z tym bałaganem, z południa nadciągnęli heretycy i nasze trzy regimenty znalazły się w pułapce. Względnie, jak wolał nasz nowy porucznik, w "szlachetnym bastionie, w którym możemy wiązać znaczne siły plugawego wroga".

     Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow był chyba największym nieszczęściem z tych wszystkich licznych plag, jakie ostatnio na nas spadły. Wysoki, blondwłosy młodzian o pociągłej, kościstej twarzy dowódcą mojego batalionu został na dwa dni przed odlotem na Śnieg. Nie wiem za co Imperator postanowił ukarać nas aż tak brutalnie. Jakaś złośliwa istota głowę Krasnozwiezdowa wypełniła wizją Gwardii, która zwycięża zawsze i każdego wyłącznie dzięki swej Woli. Nie dzięki przewadze ognia. Lepszej manewrowalności. Błyskotliwości dowódców. Nie, tego rodzaju drobiazgi nie były w stanie odwrócić uwagi Krasnozwiezdowa od najważniejszego elementu przynoszącego triumfy: woli zwycięstwa tak dużej, że należy pisać ją wielką literą.



     I perorował o tym zupełnie nie przejmując się, że kampania na Śniegu była jego chrztem bojowym.

     Na szczęście początkowo jego zapał hamowany był przez naszego komisarza, Czerwonego Feliksa. Feliks Grylo był zimnym sukinsynem odcinającym żołnierzom palce za niesubordynację, ale był przynajmniej żołnierzem z krwi i kości, był człowiekiem który rozumiał wojnę. To on pozwolił na zrzucenie przez nas regulaminowych mundurów, on też powstrzymał porucznika przed rozpoczęciem ataku na wroga dwie godziny po przybyciu na nasze pozycje. A jeżeli Czerwony Feliks zaczął być przez nas traktowany niczym opiekuńczy anioł, to świadczy to wyraźnie o gwałtownej dewaluacji zła.

     Dziewiętnastego dnia bitwy ów anioł stracił osłaniające nas skrzydła. Odstrzelił mu je pierdolony snajper wroga. Trafiony w skroń Grylo co prawda przeżył, ale przejęły go siostry szpitalniczki. Powinienem powiedzieć: ZABRAŁY go nam siostry szpitalniczki. Wraz z jego nieprzytomnym ciałem zniknęła ostatnia bariera między nami a szaleństwem. Na dowód czekać musieliśmy tylko jeden dzień. Jeden cholerny dzień.

     Następnego dnia przyjechał pociąg z mięsem. Co kilka dni pozycje wroga zasilane były stadami cywilnych kultystów uzbrojonych zazwyczaj jedynie we własną krwiożerczość. Regularne siły rebeliantów traktowały ich chyba jak niechciany balast, formowały w kilka chaotycznych kolumn zwanych przez nas pociągami z mięsem i pozwalały na szalony bieg w górę skarpy, gdzie nasz ogień zmieniał ich w mięso bez pociągów. Tego dnia było podobnie. Około pięciuset młodzieńców zaczęło gramolić się w stronę naszych pozycji z ustami pełnymi hołdów dla niejakiego Malala, Króla Nocy i Patrona Odtrąconych. My też byliśmy wspominani, aczkolwiek w mniej korzystnym świetle. Generalnie była to znakomita rozrywka, odprężenie po wymianie ognia z poważniejszymi przeciwnikami, okazja do wyładowania nadmiaru stresu. Strzelanie do przeciwnika który zazwyczaj nie odpowiada ogniem to jest ten rodzaj przyjemności, przy którym blednie nawet seks.

     Przecież dlatego właśnie zostałem snajperem.

     Tego dnia pociąg z mięsem rozmontowany został szczególnie szybko. Obserwowałem to wszystko z odległej o jakieś dwieście metrów od naszych linii skalnej ostrogi, wynurzającej się z szarego piasku planety brudnymi, postrzępionymi wapieniami. Tym razem nie psułem chłopcom zabawy, wyłuskiwałem jedynie lunetą pojedyńczych kultystów bawiąc się w myślach pytaniem: jak umrą. Blady, pryszczaty młodzieniec z pociągłą twarzą wykrzywioną w grymasie uniesienia oberwał prosto w przykrytą zieloną flanelą pierś. Wysoki, czarnowłosy brodacz śmiał się, biegnąc w górę z szeroko rozpostartymi ramionami... do chwili, gdy jaskrawa iskierka nie wypaliła mu czarnego krateru w lewym oczodole. Piegowatej okularnicy z tatuażami gangu na łysej głowie pocisk oderwał wzniesioną w górę pięść. Pękaty grubasek z ustami zaciętymi w wyrazie komicznej determinacji po prostu się przewrócił, reszty dokonali gramolący się w górę koledzy... Śmierć ma tak wiele twarzy, spektakularnych i banalnych, efektownych i ohydnych, heroicznych i podszytych tchórzem. Szkoda, że ten różnobarwny festiwal agonii docenić mogą jedynie nieliczni, jedynie odlegli obserwatorzy, jedynie ci, którzy znajdowali się po właściwej stronie lufy. Niemal współczułem aktorom mego niemego spektaklu braku świadomości tego, w jak wspaniałym widowisku grają pierwsze role. Może zresztą heretycka żarliwość im to rekompensowała?

     Pociąg z mięsem tym razem nie dojechał nawet do połowy stoku. Kolumny rozpadły się w kilka grupek systematycznie dorzynanych naszym ogniem. Na koniec, świadomość beznadziejności zadania dotarła chyba do niektórych oczadzonych herezją umysłów, bo pojawili się i uciekinierzy. Wtedy do radosnego strzelania dołączyła się i druga strona.

     Oderwałem oko od wizjera lunety i starłem pot z czoła. Było po wszystkim.

     Nie, nie było.

     Usłyszałem stłumiony gwar. Jeszcze jeden pociąg? Dwa tego samego dnia?

     Gwar pochodził z naszych stanowisk. Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow stał na szczycie szańca i krzyczał coś do Valhallan wymachując szablą skierowaną w stronę wroga. Nie wiem, co krzyczał, ale z pewnością dużo tam było chwały i nieśmiertelności. A potem zaczął biec w dół. Ku heretykom.

     Patrzyłem na ten absurdalny spektakl i nie dowierzałem własnym zmysłom. Krasnozwiezdow próbował szturmu na pięciokrotnie liczniejsze, regularne siły rebeliantów. Bez wsparcia artylerii, sił powietrznych, sąsiednich batalionów. On konstruował pociąg z mięsem jadący w drugą stronę.

     Nikt jednak za nim nie pobiegł. Nikt. Krasnozwiezdow biegł sam. I heretycy zaczęli strzelać.

     Nikt w niego nie trafiał. Po kilkunastu sekundach w biegnącego szaleńca strzelali już chyba wszyscy niekochani przez matki kultyści, ale potrafili jedynie dodawać temu straceńcowi malowniczego pejzażu z eksplodującego wszędzie szarego miału. Im dłużej to trwało, tym większe czułem dreszcze. Ja pierdolę, jakie kurwa dreszcze: miałem ochotę wrzeszczeć i ruszyć tam razem z nim. Po chwałę.

     Kurwa mać, po chwałę. A najgorsze było to, że moi bracia siedzący w szańcach pierwszej linii zaczęli czuć to samo. Oglądali się na siebie niepewnie, sięgali po broń... Za chwilę na śnieżnych heretyków spaść miała lodowa lawina z Valhalli.

     Wtedy Krasnozwiezdow został trafiony. Prosto w kark. Kula przyniosła mu czystą, szybką śmierć. Nie zdążył przestać myśleć o szlachetności chwili, jeśli naprawdę o niej wtedy myślał. Jego ciało runęło w tutejszy pseudośnieg a ja zwolniłem palec ze spustu. Heretycy strzelali jeszcze prawie minutę, nieświadomi że następny bohater Imperium padł. Batalion B 1213 regimentu Lodowych Wojowników Valhalli nie zaatakował.

     Byłem bardzo, bardzo zmęczony.

środa, 2 sierpnia 2017

SotM: Hasta Prima

     Oto czwarta już część moich zmagań w ramach Story of the Month. Tym razem związana z XIV edycją konkursu. Zanim jednak o tym...

     Zaczynał się chyba najlepszy czas dla SotM. Do ekipy zarządzającej projektem dołączył Fireant, którego dziełem była naprawdę znakomita, niestety nieistniejąca już strona domowa konkursu. Co więcej, fandom zdobył się na wydanie antologii sześciu wybranych opowiadań (znalazł się w nim i mój debiut, "Parcere Subiectis"). Jego okładkę widać obok, a recenzję można przeczytać u Inkuba. Jeden z pięciuset egzemplarzy spoczywa na mojej półce :)

     Tematem czternastej edycji SotM był "Uczeń i mistrz". Kontynuowałem tu eksplorację Sektora Artakserkses, po raz drugi przyglądając się postaci Uzurpatora, heretyka który wymyślił sobie, że zbuduje tam nowe, lepsze Imperium. Szybko się zorientujecie, że jest on tu jedynie tłem, choć jest tu jednym z tematycznych "uczniów". Niestety, fabułka nie zdobyła szczególnego uznania u jurorów i nie znalazła się nawet na podium (aczkolwiek jakieś tam punkty zebrała :) ). Mój pech polegał na tym, że była to naprawdę niebywale silna jakościowo edycja... (tutaj znajdziecie zwycięzcę, "Niesłyszalną pieśń" Razielusa).

Hasta Prima


Ziemia drżała, kwitnąc czerwonymi kwiatami przemocy. Pozycje rebeliantów w Hasta Prima dogorywały, mielone na pył trwającą już kwadrans straszliwą artyleryjską nawałą XI Kohorty Uderzeniowej XXXII Regimentu Lazzańskich Bersalierów. Umęczona ziemia podnoszona raz za razem potężnymi eksplozjami w powietrze niosła się szarym tumanem w kierunku czekających w gotowości sił imperialnych. Aelfryd Piano powstrzymał z trudem grymas uniesienia, szarpnął krótko za swą siwiejącą już brodę i odwrócił się do stojącej obok Vodosian. Wyrazu twarzy adiutantki nie sposób było odczytać, skrywał się w cieniach nocy. Szkoda.
Generał Piano stał na płaskim dachu betonowego, czteropiętrowego bloku, który na Vieux Beziers uchodził za drapacz chmur. Południowa Hasta była od miesiąca w rękach Lazzańczyków, szef sztabu Aelfryda miał sporo czasu by wybrać lokację, która by go zadowoliła. Piano uwielbiał oglądać z bliska początki swoich ofensyw, ten budynek był do tego celu idealny. Loża triumfatora dawno zaplanowanego triumfu. Po tym przełamaniu frontu kultyści Ramessu Casslehorna zostaną odepchnięci aż do Amaloth. Sic semper traditor.
- Zostały dwie minuty, generale - powiedziała Vodosian. Głos miała zupełnie wyprany z emocji. - Drużyny pionierów ruszyły.
Piano był na tym dachu tylko z nią. Cóż, był tam jeszcze Wulfhere, ale o istnieniu tego strażniczego psa generała łatwo było zapomnieć, stary bersalier siedział oparty plecami o komin wentylacyjny i półdrzemał. Tylko Aelfryd i jego adiutantka. Piano uwielbiał kumulować sukcesy.
I skowyt adrenaliny w głowie, to uwielbiał jeszcze bardziej.
Piętro niżej narastał brzęczący jazgot jego sztabu. Zgodnie ze swym starym zwyczajem, Piano przerzucił go tutaj dopiero kilka godzin temu, co przysporzyło mu wśród oficerów przydomek "Raptownego Fryca" (lub "Szybkiego Skurwysyna", gdy nie było go w pobliżu). Rozpędzający się wolno do ofensywy XXXII Regiment generował w sztabie hałas, który docierał na dach nawet pomimo artyleryjskiej nawały miażdżącej resztki heretyckich pozycji na popiół. Jaki piękny moment. Jaka wspaniała chwila.
- Nie zrozumiem ich. Nie potrafię.
Vodosian spojrzała na niego z błyskiem zaskoczenia w oczach.
- Sir?
- Heretyków, Vodosian. Szaleństwo jest jednostkowe, a oni zbiorowo ulegli tej halucynacji.
- Halucynacji, sir?
- Temu dziecinnemu absurdowi o kosmicznej miłości, Vodosian. O sile przebaczania. Ten ich Uzurpator zdołał im jakimś cudem wmówić, że litość i miłosierdzie jest istotą człowieczeństwa. Jego sensem. Cóż za stek bzdur! Jak obłęd tego rodzaju mógł zwieść całą planetę?!
- Nie wiem, sir. Ktoś im za słabo wytłumaczył, jak wygląda prawda.
Adiutantka już na niego nie patrzyła, w jej oczach płonęła pożoga znad stanowisk rebeliantów. Generał uśmiechnął się drapieżnie.
- Masz rację, Vodosian, ktoś zawiódł. To jednak żadne usprawiedliwienie. Nawet bez Administratum, bez Eklezjarchii i Gwardii powinni rozumieć, jakim najwspanialszym darem obdarzył nas Imperator.
Ogniowa nawała cichła. Bersalierscy pionierzy powinni już docierać do pozycji Uzurpatora.
- Co jest tym darem, sir? - spytała cicho adiutantka, ciągle patrząc na zmiażdżoną imperialną pięścią Hasta Prima.
- Ależ nienawiść, Vodosian, nienawiść - odparł Aelfryd, nadal się uśmiechając. - To nienawiść jest kręgosłupem ludzkości, jej tarczą i jej mieczem.
- Ale... Czy Imperator nie kocha swego ludu? Czy to nie miłość popchnęła go do ostatecznego poświęcenia?
Jej głos zadrżał delikatnie. W ciszy, która teraz zapadła generał usłyszał to aż nadto wyraźnie. Wszechświat wstrzymał oddech. Znowu.
- Vodosian, głębia błędu, w którym tkwią ci heretycy polega właśnie na tym, że do takiego czynu zdolna jest jedynie nadistota. Tylko Imperator. My, ludzie, zdolni jesteśmy jedynie do miłości małej, egocentrycznej, skupionej na naszych marnych życiach, na naszych ułomnych pragnieniach. Nasza miłość to pył w obliczu majestatu galaktyki. Taka miłość umiera wraz z nami, nasi wnukowie nie będą o niej już nawet pamiętać. Imperator wiedząc o tym dał nam dar nienawiści. Prawdziwa, czysta nienawiść nie ma nic z egoizmu, jej jasny płomień potrafi strawić cię do kości, a ty i tak będziesz go podtrzymywać. Trwamy tylko dzięki niej, ona napędza nasze dłonie podczas wojny, ona otacza nasze serca pancerzem chroniącym jej przed fałszywym miłosierdziem. Nawet miłość Imperatora wynikała z nienawiści do wrogów jego ludu.
Cisza była już niemal absolutna, nawet sztab zamilkł w oczekiwaniu na pierwsze meldunki.
- Szkoda, że nie potraficie tego zrozumieć, Vodosian.
Drgnęła.
Wyprowadził cios lewą pięścią w jej brzuch. Była zbyt zaskoczona, by reagować, zgięła się z cichym stęknięciem, przyczepione do mundury fetysze zagrzechotały. Uderzenie kolanem w twarz odrzuciło ją w drugą stronę, upadła bezwładnie niczym kukiełka po oberwaniu sznurków. Aelfrydowi przed oczami zamigotały czerwone plamy. Kopnął ją jeszcze cztery razy zanim furia pozwoliła mu znowu myśleć.
- Ty kurwo... - wystękał dysząc. - Byłaś dla mnie jak córka... Pierdolona suko...
Wulfhere podszedł do niej i beznamiętnie zaczął ją przeszukiwać. Ciągle była przytomna, patrzyła na niego... ze smutkiem?
Dowiedział się dziesięć dni temu. Jej zdrada była tak absurdalna, tak abstrakcyjna, że w pierwszej chwili chciał rozstrzelać oficera Bezpieczeństwa który przyszedł z dowodami. Przecież ona... przecież Vodosian...
- Wszystkie twoje meldunki... zostały przechwycone. I zmienione... Hasta Prima... to również twoje dzieło, kurwo. Wczorajszy atak... to wasze zwycięstwo pod Tarchesion... to tylko gra. Moja gra.
Verum Imperator zawsze cię podziwiał, Fryc.
W głowie Piano znowu zaczęła wrzeć furia, ale nadbiegający łącznik sztabu odwrócił jego uwagę.
- Pilnuj jej - warknął do Wulfhere i zerknął na płonące pozycje wroga. W powietrzu zaczął narastać ryk tysięcy bersalierów, którzy właśnie rozpoczynali swoją szarżę.
- Byłeś dla nas jak nauczyciel. Mistrz.
Zamknij się, kurwo.
- Wszystko w porządku, poruczniku? - zagadnął do łącznika, niedbale odpowiadając na salut. Młody chłopak, z pewnością z ostatniego zaciągu. Rzadki zarost nie zakrywał grymasu zmieszania na jego twarzy.
- Pionierzy przejmują szaniec po szańcu, generale. Bez oporu. Nie znajdują prawie żadnych ciał wroga.
Gardło Aelfryda nagle ściśnięte zostało przez strach.
- Imperator Ramessu Casslehorn każe nam uczyć się od najzdolniejszych wrogów.
Odwrócił się do niej. Ciągle na niego patrzyła. Ze smutkem, ale nie złamana.
- Fryc, pokazałeś nam już kilkukrotnie, jaką siłę daje zaskoczenie. Mistyfikacja. Unik. Gra pozorów.
- Biegnij na dół, poruczniku - warknął Piano. - Natychmiast zatrzymajcie tyle batalionów, ile zdołacie. JUŻ!
- Pozwoliłam się zdemaskować. W geście miłości. Byś mógł zagrać po raz kolejny.
Wyszarpnął pistolet. Wulfhere odsunął się od niej, patrząc na niego pytająco. Nie powinien jej jeszcze zabijać... nie powinien...
- Zagraliśmy w twoją grę, nauczycielu. Myślę, choć nie mogę być pewna, że Verum Imperator zrozumiał, jaką lekcją miał być dla nas Tarchesion.
Palec na spuście drżał.
- Czy jesteś z nas dumny?
Hasta Prima znowu zakwitła czerwonym, gorącym kwieciem. 

środa, 5 lipca 2017

SotM: Dotyk Uzurpatora

     Dla wyjaśnienia: to trzecia już część opowieści o moich występach na Story of the Month. Pierwszą i drugą można znaleźć nieco wcześniej na tym blogu... lub pod wrzuconymi tuż obok linkami :)

     Po sukcesach w dwóch poprzednich edycjach dałem sobie trochę oddechu i ominąłem temat "Demon" którego zresztą kompletnie nie czułem. W edycji dziesiątej (Pościg) trochę sobie poeksperymentowałem i zakończyło się to kompletną porażką :) Mój zamysł wyjaśnię na koniec notki, dodam tylko, że tylko jeden użytkownik Gloria Victis dał mi jakiekolwiek punkty. Po raz kolejny historyjka dziać się miała w Sektorze Artakserkses w Ultima Segmentum (cholera, dziś to Imperium Nihilus), gdzie ludzkość zmagać się musiała między innymi z groźną rebelią psionika znanego jako Uzurpator Casslehorn, dżentelmen którego bezczelnie sobie skserowałem z Muła Isaaka Asimova :)

     Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.
- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

     - Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.
     Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.
     Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!
     Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.
     Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?
Litością?!
     Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.
     - Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!
     Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.
     Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.
     - Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.
     Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.
     Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.
     Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!
     Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.
     Spokój.
     Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.
     Imperatorze...

     Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.
     Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.
     W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...
     Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.
     Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

     Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.
     Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.
Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.
     Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.
     - Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.
     Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.


     A zamysł był taki: aby oddać trochę chaos w głowie towarzyszący ucieczce, rozbiłem chronologię. Po pierwszym fragmencie akcja ruszyła do tyłu na osi czasu. Ostatnia sekcja tekstu, ta z kręgiem wiernych, jest chronologicznie najwcześniejsza :) Taki tam bezsensowny hipsteryzm literacki ;)

     Dla porządku: wątek z dyskusją nad 10. edycją na Gloria Victis.

niedziela, 21 maja 2017

SotM: Nefryt

   Z drugim występem w SotM nie czekałem długo: wystartowałem od razu w następnej edycji, czyli "The last stand". I znowu nie poszło mi źle. Absolutnie najlepszym opowiadaniem była tym razem kreacja Xzanu "I poleje się krew" z naprawdę dobrym motywem transformacji legionisty w chaośnickiego legionistę... i tylko z nim przegrał mój Nefryt :) Oto moje jądro ciemności.

   (BTW: opowiadanie ma swój ciąg dalszy, wtedy wyjaśnię ococho z tym całym nefrytem ;) )
NEFRYT

Niebo płakało popiołem.
k***a, jak ja kiedyś lubiłem takie metafory. Smakowałem każdą sylabę, narkotyzowałem się każdym pustym literackim odniesieniem, każdą wydumaną parafrazą. Kiedyś. W życiu przed branką.
Z nieba faktycznie spadała sadza, wokół dogasały pożary lasów, ale w żadnym pierdolonym momencie nie widziałem w tym zachęty do snucia poetyckich metafor. Ani ja, ani żaden pozostały bersalier kulący się w murach Fortu Lester. Chociaż za Hortona i Kwandeliusza wypowiadać się nie chcę, głowy porucznika i komisarza od dawna opanowało szaleństwo i stali się dla mnie równie nieodgadnieni jak futrzaki kłębiące się pod murami.
Tygrydzi... Trzy standardowe lata temu arcykról Ransar III, autokratyczny gubernator planety Omala zaczął wysyłać coraz bardziej rozpaczliwe apele o pomoc, tradycyjnie zignorowane początkowo przez władze subsektora. Imperium znało tygrydów, porośniętych żółtym futrem humanoidalnych xenos zamieszkujących trzy zindustrializowane systemy za Zawirowaniem Stendara. Ciągnąca się całymi dekadami Uzurpacja Casslehorna sprawiła, że planowana od niepamiętnych czasów krucjata przeciw tygrydzkiemu dominium ciągle miała odległy priorytet w planach władz z Artakserksesa. Zresztą xenos z Tigris, Boaris i Frygidus, choć silnie uzbrojeni, nie przejawiali wobec Imperium żadnych agresywnych zamierzeń, sądzono więc, że nałożenie interdyktu całkowicie wystarczy.
Nie wystarczyło, k***a. Nie wystarczyło.
- Betonowy Cyrk cię wzywa, Sul.
Berengar Soln, wzorcowy przykład gwardzisty z 34 pułku bersalierów lazzańskich szarpnął mnie za ramię, wykrzywiając swą zarośniętą gębę w paskudnym uśmiechu. Miał typową dla bersalierów wąską, kościstą twarz, z rysami wyostrzonymi jeszcze przez wychudzenie. Do jego stalowobłękitnego munduru podoczepiane były drewniane fetysze, pozostałość przedimperialnych wierzeń Lazzy których nie udało się dotąd wyplenić kapłanom Eklezjarchii. Berengar nigdy się nimi nie przejmował, czym przysparzał mi ciągłych trosk. Cały nasz pluton brał z niego przykład. I kto za to odpowie, psia jego mać? Dowódca plutonu zapewne, chociaż jego mundur był pozbawiony jakichkolwiek drewnianych dodatków. Ja.
Bersalierzy wysłani zostali na Omalę rok temu. Raportami Ransara III zainteresowano się dopiero wtedy, gdy się urwały. Piętnaście regimentów zajęło najważniejsze miasta pankontynentu Host, bez walki zresztą praktycznie gdyż tygrydzi po prostu wycofali się na pokrytą puszczą północ. Najwyraźniej na Artakserksesie uznano wtedy, że wysłanie regimentów drugiego rzutu jest już niepotrzebne, tym bardziej że Casslehorn znowu zaczął sprawiać kłopoty, tym razem na Cefeuszu.
Zawsze uważałem, że gwiazdki na pagonach trawią ludziom rozum.
Westchnąłem, sięgnąłem po przyozdobiony białymi piórami hełm i wstałem.
- To nie jest żart, Soln? - upewniłem się jeszcze. - Wiesz przecież, jak lubię się mścić.
- Nie ośmieliłbym się, Sul. Przecież wiesz, jak cię szanuję.
Skurwysyn nie szanował mnie wcale, ale jak ktoś trzy razy ratuje ci życie, to nie będziesz raczej strofował go za braki w dyscyplinie. Znowu westchnąłem, zaczynało wchodzić mi to w nawyk.
Pierwszy raz tygrydów zobaczyłem dopiero tutaj, w Forcie Lester. Wcześniej mój batalion jakoś omijały starcia, zajęcie wyludnionej Umbry obyło się bez jednego strzału, a gdy zaczęliśmy penetrować obrzeża północnych lasów to znajdowaliśmy tam jedynie trupy ludzkich zakładników. Pół roku temu przydzielono nas do zadań garnizonowych, mojej kompanii przypadło osadzenie w kontrolującym drogę kolejową do lokalnej kopalni Forcie Lester. Horton był wściekły, ten pierdziel rwał się do walki dopingowany jeszcze przez zjadliwe drwiny Aulusa Kwandeliusza, naszego komisarza, ta furia wylała się więc na nas serią rozkazów nakazujących karczunek okolicznych drzew. Porucznik Boemund Horton lubił nadzorować te prace stojąc na zrąbanych sągach drewna i wrzeszcząc na nas plując wszędzie mieszanką śliny i zielonej flegmy. Gdy pojawiły się pierwsze oddziały futrzaków, stosy zwalonych drzew stały się dla nich naturalną osłoną przed naszym ostrzałem.
Bo w końcu się pojawiły.
Pociągnąłem łyk wody z manierki, bezskutecznie próbując oszukać głód. Ostatni raz jadłem wczoraj rano, dzisiaj wodne zupy mistrza kuchni Fredegara Sangora jeszcze nie zostały wydane i żołądek słał ciągłe, bolesne przypomnienia o swym istnieniu. Po powstaniu musiałem przez chwilę oprzeć się o szary, betonowy mur fortu by pokonać nagłą słabość.
- Potnij pas i żuj kawałki - powiedział Berengar, już bez kpiarskiej ironii w głosie. - To dobra, lazzańska skóra.
- Chybabym umarł z przejedzenia. No i Sangor się obrazi. Zresztą, za chwilę po nas przylecą i jak będę wtedy wyglądał? Sierżant z opadającymi spodniami?
- Kto niby po nas przyleci?
- No jak to kto. Odsiecz oczywiście. Cały subsektor kombinuje właśnie jak by nas stąd wyrwać.
Berengar skrzywił się, zasalutował i usiadł pod murem.
Naszym losem nie przejmował się nikt prócz tygrydów.
Pojawili się trzy miesiące temu i całkowicie nas zaskoczyli. Co prawda dzień wcześniej doszła nas wieść o katastrofie na Czarnym Uroczysku, ale to było przecież 300 mil na wschód, nie poczuliśmy zagrożenia, tym bardziej, że nie znaliśmy jeszcze skali tamtej rzezi. Rankiem Horton jak zwykle wypędził nas na teren wyrębu nie dbając nawet o rozesłanie patroli. Tego dnia zginęła ponad połowa naszych ludzi.
Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć o tygrydach to to, że są szybcy. Kurewsko szybcy. Futrzak na pozór nie sprawia groźnego wrażenia. Jest niższy od człowieka, raczej wątły, a ta cała sierść i długi ogon sprawiają, że odruchowo bierzesz go za miłe zwierzątko, tym bardziej, że nie noszą żadnych ubrań, nawet wyposażenia ochronnego. Ich okrutnych, czerwonych oczu prawie nie widać, giną w głębokich oczodołach zwieńczonych szerokimi wałami brwi.
Zaatakowali krótko przed południem. Najpierw kilkadziesiąt sekund prowadzili ogień ze swej głośnej, wielkokalibrowej broni palnej po czym ruszyli do szarży z kilku miejsc jednocześnie. Byli niczym żółta fala przelewająca się przez słupy falochronu, biegli tak szybko, że na dobrą sprawę nie zdążyłem nawet dobrze wystrzelić, gdy byli już wokół nas. Śmierć zadawali trzymając w jednej dłoni średniej wielkości miecz, w drugiej zaś wymachując długim ostrzem przypominającym sierp. Nie mieliśmy żadnych szans. Bersalier strzela lub umiera. Nie mieliśmy nawet bagnetów, jedynie porucznik dysponował mieczem lecz Horton zaczął się wycofywać jako jeden z pierwszych. Na szczęście było nas zbyt wielu, by xenos mogli zmieść nas jednym uderzeniem, więc prawie setce gwardzistów udało dotrzeć do fortu. Fort Lester też był atakowany, ale tu skoncentrowany ogień karabinów laserowych sprawił, że tutaj to tygrydzi ponieśli ciężkie straty i zdołaliśmy się przedrzeć do zbawczych murów twierdzy. Zbawcze mury, tak wtedy o nich myśleliśmy.
Następnego dnia dostaliśmy komunikat, że nasze siły są w pełnym odwrocie. Desperacki ton meldunku sugerował zresztą nie odwrót, lecz ucieczkę. Później eter opanowali tygrydzi i zostaliśmy zupełnie odcięci od świata. Mury zmienily się w granice naszego grobu. Przez jakiś czas łudziliśmy się, że odsiecz jest kwestią tygodni, jeśli nawet nie dni, ale gdy zaczął się drugi miesiąc oblężenia zrozumieliśmy, że nikt po nas nie przyjdzie. Tygrydzi nie próbowali nawet nas atakować, wystarczała im blokada i okazjonalny ostrzał artyleryjski. Bardziej niż oni prześladował nas głód i rosnące szaleństwo Betonowego Cyrku.
Skrzywiłem się, poprawiłem hełm i ruszyłem na skos przez środek fortowego dziedzińca. W jego centrum klęczał Stary Brzydal, starożytny posąg z dziwnego, zielonego metalu którego dotknięcie przynosiło podobno szczęście. Szczęście było mi potrzebne, cholernie potrzebne, wezwanie do Cyrku oznaczało sąd dyscyplinarny, choć nie miałem pojęcia z jakiego powodu. Horton i Kwandeliusz byli bardzo szczodrzy w rozdawaniu oskarżeń, była to jedyna forma hojności jaką znali.
Gdy po miesiącu oblężenia dla wszystkich stało się jasne, że jesteśmy zdani sami na siebie, nasi dowódcy zaczęli zanurzać się w odmętach szaleństwa. Wraz z kilkoma najbardziej zaufanymi gwardzistami zamknęli się w Cyrku i zaczęli codziennie raczyć nas coraz bardziej paranoicznymi przemówieniami o wierności, honorze i czujności. Ich spotęgowane przez megafony głosy budziły w nas strach niemal równie silny jak xenos poza murami. Bersalierzy którzy nie stali wtedy na baczność byli później zabierani do umieszczonego w Betonowym Cyrku aresztu, by boleśnie przekonać się, jak się żyje z ograniczonymi do połowy racjami żywnościowymi. Co oznaczało chyba, że z wodnej zupy mistrza Sangora dostawali jedynie wodę. Sensu zamykania w ciemnicy żołnierzy w sytuacji, w której byliśmy otoczeni przez przeważających liczebnie tygrydów nikt nie ośmielił się podważać.
Przesunąłem nagą dłoń po szorstkiej powierzchni Brzydala. Posąg przedstawiał wysokiego na trzy metry, klęczącego mężczyznę w hełmie zasłaniającym górną część twarzy (obecnie do hełmu przyczepione były dwa białe, bersalierskie pióra). Brzydala kilkukrotnie trafiły tygrydzkie pociski artyleryjskie, nie wyrządziły mu jednak widocznej krzywdy. Być może dlatego zaczęliśmy traktować go jak swój amulet. Dotknięcie zielonego metalu zapewniało nieśmiertelność.
Fort Lester powstawał w dwóch fazach. Na początku powstał Betonowy Cyrk, masywny kwadratowy bunkier z otworami strzelniczymi wyszczerzonymi w cztery strony świata. Powstał kilkaset lat temu, gdy najpotężniejsza na Omali korporacja Hawkins pacyfikowała ukrywających się w północnych lasach zbuntowanych robotników. Sto lat temu w okresie zamieszek głodowych arcykról Omali przejął bunkier i nakazał dobudować do niego owal "doczepionego" do niego muru, wewnątrz którego znalazły się budynki magazynowe i koszary na zwiększony garnizon. W ten sposób Fort Lester przyjął dzisiejszą formę: brunatna bryła Cyrku w której siedział Horton z obstawą i pięciokrotnie większa reszta okolona betonowym wieńcem fortyfikacji w której powoli dogorywało czterdziestu pozostałych bersalierów.
A może olać rozkaz? Od dwóch tygodni nikt z wezwanych do Cyrku jeszcze nie wrócił, każdy został "tymczasowo zatrzymany" do czasu "wyjaśnienia wątpliwości co do jego bojowej postawy". Po forcie krążyły plotki, że wszyscy zamknięci zostali już skazani na śmierć a Kwandeliusz nie wykonuje wyroków jedynie z obawy przed rebelią. Gdybym odważył się na taki gest, nie byłoby chyba nikogo, kto by mnie wydał...
Gwałtownie otwarte metalowe wrota Cyrku brutalnie przerwały moje rozważania. U wylotu oświetlonego mdłym światłem korytarza stał sierżant Grans. Teodoryk Grans wydawał się być zupełnie odpornym na trudy oblężenia, jego sylwetka nie straciła nic ze swej zwalistości. Krzaczasta, czarna broda skutecznie maskowała mu usta a ciemne oczy nigdy nie zdradzały nastroju. Grans niby pochodził z Lazzy, ale naszą impulsywność i legendarne poczucie humoru stracił chyba we wczesnym dzieciństwie. Tym prenatalnym.
- Wejdź, czekają na ciebie.
Korytarz Cyrku tuż za wejściem ostro zakręcał, mijając obecnie puste stanowisko ogniowe. Kilkanaście metrów dalej przechodził w obszerną salę w której widać było wyloty trzech kolejnych korytarzy. W sali znajdowały się metalowe szafy które obłożono obecnie siennikami i kocami. Za dużym, nitowanym stołem siedział Boemund Horton, pyszniąc się złotymi galonami swego granatowego munduru. Dwaj bersalierzy drużyny dowodzenia stali obok, uśmiechając się paskudnie.
Między łopatkami poczułem karabinową lufę.
W narożniku sali dojrzałem kości. Dużo kości. I kilka czaszek. Ludzkich.
Jak oni wszyscy dobrze wyglądali, jak znakomicie byli odżywieni...
- Przydasz się Imperium, kapralu Sul - powiedział komisarz Kwandeliusz, który siedział niedbale na jednej z szaf. - Bardzo się przydasz.
Eksplozja rzuciła nas wszystkich na podłogę, z przeciwległego korytarza wyleciała chmura pyłu. Mgnienie oka później wysypali się z niego tygrydzi i salę ogarnęła przemoc.
Nawet nie wiem, jak znalazłem się ponownie przy wyjściu. Zadziałał instynkt i szaleńczy strach. Wiem, że próbujący wstać Grans próbował mnie zatrzymać... ale ja miałem już w dłoni pistolet. W kolejnym mgnieniu oszalałej rzeczywistości byłem już przy końcowym zakręcie korytarza, tuż przed wrotami wejściowymi. Obejrzałem się.
Trzej tygrydzi mknęli ku mnie w oszałamiającym tempie. Jakimś cudem zdążyłem strzelić...
Jeden z nich upadł, pozostali nawet się nie zatrzymali przy mijaniu. Lewe udo eksplodowało bólem, jakaś siła wyrwała mnie w powietrze, upadłem z ciężkim stęknięciem. Xenos już wysypywali się na dziedziniec fortu, nieskoordynowany ogień moich kolegów nie potrafił ich zatrzymać...
Nie uczyniłeś mnie nieśmiertelnym, Brzydalu.
I wtedy to się stało, och jak bardzo się stało, jak intensywnie, tak cudowne w swej nieskomplikowanej grozie. Wizury hełmu Brzydala zalśniły zielenią, posąg zaczął wstawać, jego metalowa skorupa zajęczała w proteście... a gdy już wstał...
Obrońcy i napastnicy zaczęli umierać, zawieszeni w nefrytowym huraganie.
A ja uśmiechnąłem się uśmiechem uczepionym wieczności.

piątek, 5 maja 2017

SotM

   Był taki moment, że w światku WH40k modne stało się posługiwanie się fluffem. Nie do tworzenia rozpisek oczywiście: tu hardkorowi klimaciarze zawsze byli i będą wąską niszą.

   Fluff używany był wtedy do robienia literatury. Jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało.

   Na Gloria Victis zgrało się kilku ludzi z prozotwórczym potencjałem w głowach i zapałem w sercach. Emeryt, Xzanu, czy Fireant, by wymienić tylko kilku z nich: udało im się stworzyć funkcjonującą kilka lat inicjatywę: Story of the Month, cykliczny, comiesięczny konkurs na fanfika z zadanym wcześniej tematem. Oczywiście trochę kłamię, bo przecież prapoczątek SotM miał miejsce o jeden portal od Ultramaru, na martwym już niestety blogu Amdora, ale... to na GV ta impreza rozwinęła skrzydła, łącznie z wydawaniem papierowych wersji wybranych, najlepszych opowiadań.

   Dziś SotM jest już truchłem podobnym do Imperatora Ludzkości (z forum GV w charakterze Złotego Tronu), ale do dziś mam do niego sentyment. Postanowiłem sobie, że co jakiś czas publikować będę moje tam wkłady, z drobnymi komentarzami odautorskimi.

   Polecę zgodnie z chronologią. Pierwszy raz akces do SotM zgłosiłem 4 sierpnia 2012 roku, gdy rozgrywana była edycja siódma: Psionik. Miałem w głowie jedną scenę: ojciec nie mogący poradzić sobie z przerażającą prawdą, dotyczącą jego córki. Nie będąc pewny, czy to wyjdzie, postanowiłem ubrać ją w emocje i przelać na metaforyczny papier. Efektem jest Parcere subiectis.

  Drzwi otworzyły się i do izby wszedł Karl, jak zwykle pochylając się pod niską framugą. W ręku trzymał siekierę. Sani zacisnęła dłoń na łyżce, mocno, chropawy metal wbił jej się w skórę. Przez plecy przeszedł jej dreszcz. Na szerokiej twarzy jej męża rysował się charakterystyczny dla niego grymas determinacji. Oślego uporu, jak wolała określać to Sani.
  Karl podszedł bez słowa do masywnego, drewnianego stołu w kącie i sięgnął po garniec z mlekiem, opierając siekierę o ścianę. Sani rozpoznała ją natychmiast. Tego narzędzia jej mąż nie używał w gospodarstwie, było spadkiem po ojcu Karla który kupił je kiedyś od jakiegoś kupca w Heraklei. Piękne, szerokie ostrze ozdobione było słowem - zaklęciem w wysokim gotyku: "Parcere subiectis". Sani ta siekiera zawsze przypominała bardziej broń, niż zwykłe narzędzie.
  Karl przelał trochę mleka do metalowej kwaterki i wypił jednym haustem. W Sani narastał strach. Miał podkrążone oczy, dwie wielkie plamy cienia zaległe w jego głębokich oczodołach. Siatka zmarszczek na czole złamana była w grymasie ponurej determinacji. Cała twarz Karla poorana była tymi splątanymi rysami, Sani nazywała je swoim dorzeczem co zawsze go bawiło.
  Dziś nie było to jej dorzecze.
 - Co ty robisz, Karl - spytała, widząc że znowu sięga po tę przeklętą siekierę. Głos pętał jej strach. - Odłóż to... Odłóż to zaraz! Proszę, Karl, proszę, odłóż to...
 - Nie.
  To nie był głos JEJ Karla, głos tubalny i głośny. Teraz głos jej ukochanego był cichy, jakby stłumiony. Głos, którego nie znała.
 - Karl, nie możesz, nie chcesz tego zrobić, nie możesz, da się coś z tym zrobić, naprawić, wyleczyć, kapłan Rory na pewno pomoże no i są te Czarne Statki, Karl, łaska Imperatora...
 - NIE!
  Z oczu Karla popłynęły dwie łzy. To przestraszyło ją jeszcze bardziej.
 - Łaska Imperatora - warknął Karl. - Imperator... Wiesz na czym polega jego łaska? Nie dasz żyć czarownicy, oto przejaw jego miłosierdzia! Ten twój wspaniały, pobożny Rory bez mrugnięcia okiem wezwałby do budowania szafotu. Nie mamy wyjścia, rozumiesz Sani? Absolutnie żadnej drogi wyjścia! Czarne Statki? Widziałaś kiedyś jakiś? Jeśli nawet istnieją, to omijają Nouveau Beziers szerokim łukiem, o ile w ogóle zdają sobie sprawę z istnienia tej kupy kamienia i łajna!
 - Błagam...
 - Nie dasz żyć czarownicy, zapomniałaś?
 - To twoja córka, Karl!
  Przez chwilę, krótką i błogosławioną chwilę Karl Trogan się zawahał. Przez chwilę.
 - Wyjdź lepiej z domu, Sani. Dziecko nawet tego nie poczuje. Wyjdź.
 - Ona ma na imię Tais. Nie zrobisz tego.
  Wstała i zablokowała drzwi do izby, w której spała jej córka. Ich córka.
  Karl podszedł powoli z opuszczoną głową. Skrzypienie desek podłogi uginających się pod jego ciężarem tworzyło dziwny kontrapunkt dla łkania jego żony.
 - Wyjdź. To musi być zrobione.
 - Nie, Karl opamiętaj się, to...
  Sani skupiła swą uwagę na jego prawej dłoni, dłoni z siekierą. Uderzenie lewej pięści całkowicie ją zaskoczyło, jej głowa odskoczyła i uderzyła we framugę drzwi. Sanella Trogan osunęła się na ziemię. Karl na chwilę mocno zacisnął oczy i jęknął. Otworzył drzwi.
  Troganowie nie byli bogaci, ale Tais była dzieckiem na które czekali aż dziesięć lat, więc przy urządzaniu jej pokoju nie szczędzili środków. Drewniane regały które Karl wykonał własnoręcznie uginały się pod ciężarem jej ubranek, zabawek, pieluszek i lekarstw. Pod oknem stała oparta o ścianę pomalowana na czerwono metalowa wanienka. Osobna szafka wypełniona była albumami z setkami zdjęć zrobionych małej istotce, którą Karl musiał teraz zabić.
  Tais spała w kołysce, kolejnym dziele jego rąk. Jej okrągłą buzię półrocznego niemowlaka wieńczyła niesforna burza kasztanowych włosów, zupełnie takich samych jak u matki. Leżała na boku, z paluszkami w buzi co pomagało jej w zasypianiu. Nad kołyską krążył leniwą orbitą drewniany konik na kółkach. Obecnie Tais potrafiła robić to nawet przez sen. To właśnie pozbawiło Karla ostatnich wątpliwości. A raczej: wątpliwości te odsunęło na bok, bo one nadal krzyczały mu z tyłu głowy przerażonym chórem. Ścisnął mocniej siekierę i zbliżył się do dziecka. Do wiedźmy. Do córki.
  Nie potrafił zapomnieć, co do niej czuł. Tais po urodzeniu wypełniła mu świat, stała się światem. Zawsze izolował się od ludzi, zamieszkał na farmie oddalonej o 15 kilometrów od najbliższego miasteczka, ale dopiero po narodzinach Tais poczuł, że może zupełnie się od nich odciąć, że obecność żony i córki tworzą mu samowystarczalne uniwersum napędzane miłością.
  Uniwersum, które rozpadło się miesiąc temu, gdy wokół Tais zaczęły lewitować przedmioty.
  Karlem szarpnął spazm szlochu. Zacisnął jeszcze mocniej pięść na stylisku siekiery, aż zabolało i zdołał się opanować. Spojrzał z nagłą nienawiścią na przybity do łóżeczka obrazek Imperatora walczącego ze smokiem. Sani uważała, że ochroni to córkę przed złem. Zdarł go i rzucił na podłogę. Teraz.
 - NIEEEEEEEE!
  Nie usłyszał jej wcześniej. Umazana krwią Sani wbiegła do pokoju z pałką w rękach, pałką znad drzwi wejściowych o której Karl zapomniał. Teraz był tak zaskoczony, że nie zdążył się uchylić przed ciosem, który spadł mu na bark i szyję. Trogan stęknął, zachwiał się i upadł na kolana, uderzając przy okazji kołyskę. Tais obudziła się i momentalnie zaczęła płakać, lewitujący konik zauważalnie przyspieszył. Karl spróbował wstać osłaniając głowę lewą ręką, ale drugi cios żony przebił się przez tę gardę, pałka ześlizgnęła się po jego dłoni i uderzyła go w skroń. Świat zakołysał się i Karl przewrócił się, instynktownie zwijając się w pozycję płodową.
  Tais już nie płakała, teraz wrzeszczała w spazmach rozpaczy. Pokój wypełniać zaczęły wirujące przedmioty porwane w nienaturalnym tańcu przez jej psychiczną siłę.
 - NIE ZABIJEEEEEEEEEEEESZ!
  Próbował doczołgać się do drzwi, ale kolejne uderzenia pałki momentalnie wybiły mu z głowy ten pomysł, niemal dosłownie. Szybko tracił siły, twarz zalaną miał krwią. Nie widział swojej siekiery, upuścił ją przy drugim upadku. Sani biła go z siłą, której u niej nie podejrzewał, siłą wynikłą z kompletnej histerii. Pokój wypełniało tornado mknących w różne kierunki przedmiotów. W powietrze wzleciała nawet wanienka. Karl ukrył głowę w ramionach.
  Ciosy pałki się urwały a Sani przestała krzyczeć. Do zamroczonego Trogana doszło to dopiero po kilkunastu sekundach. Otworzył oczy.
  Nie od razu zobaczył, co stało się z żoną, przed oczami latały mu bowiem brunatne cienie, poza tym jego przytępioną uwagę odwracały latające ciągle po pokoju zabawki Tais. Sani leżała pod drzwiami z jego siekierą wbitą w klatkę piersiową. Stylisko ciągle drgało, poruszane niewidzialnymi sznurkami przez pierwotny strach dziecka płaczącego w kołysce.
  Karl podniósł się chwiejnie i wziął Tais na ręce.
  Córka uspokoiła się w jego ramionach już po minucie. Zawsze to robiła. Zasmarkana i załzawiona uśmiechnęła się nawet do ojca, po czym zasnęła. Nie obudził jej nawet grad spadających na podłogę zabawek. Karl spojrzał jeszcze raz na zwłoki żony.
  Tais była tak delikatna, że mógłby ją zabić samymi rękami. Położył ją jednak z powrotem, tak ostrożnie jak tylko potrafił. Wyszedł z pokoju biorąc po drodze siekierę.
 
Poduszka Tais podniosła się i zaczęła wirować.


   Cóż, efekty przeszły moje oczekiwania. Tamta edycja miała moim zdaniem dwa lepsze opowiadania: Ósmy i Czas rozliczenia , ale w głosowaniu wygrał jednak Karl Trogan. Słusznie zarzucano mojemu tekstowi to, że jest on słabo zakotwiczony w lore WH40k: przecież tam czterdziestkowy jest jedynie sztafaż nazewniczy. Ale jednak czułem w środku, że ta ponura historia jakoś pasuje do grimdarku. Najwyraźniej inni podzielili to zdanie.

   BTW, opowiadanie miało mieć drugą, dłuższą część. Nazywać miała się Debellare superbos i dotyczyć miała dorosłej już Tais, która mierzy się ze swym psionicznym potencjałem. Nie ma już jednak SotM, więc i motywacja uleciała...

   BTW2: najważniejsze: Parcere subiectis zmieściło się w pierwszej wydrukowanej antologii fanfików spod znaku SotM :) Jeden z lepszych momentów mojego życia :)

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Narzędzia gniewu VI

   Cóż, zapomniałem, że dawkowałem tu kiedyś moje czterdziestkowe opowiadanie :) W związku z tym, jeśli jeszcze kogoś ono interesuje, odcineczek kolejny. Poprzednie odcinki znajdziecie klikając na zakładkę "szuflada".





   Nagły rozbłysk wypalił w pogiętej karoserii pokaźną dziurę i przerażony Rolaon odczołgał się z przekleństwem na ustach. Mieli laskarabiny. Mieli ciężkie i lekkie karabiny maszynowe, pistolety, strzelby, ktoś strzelał nawet z kuszy. Odłamki betonowego gruzu latały wokół szalonymi, przecinającymi się trajektoriami, wbijając się w twarz i utrudniając oddychanie. Strzelających najwyraźniej zupełnie nie obchodziła kwestia amunicji. Czasem przez kanonadę przebijały się ich krzyki, krzyki upojenia szerzoną destrukcją. Augurian najwyraźniej ogarnął amok.

   Wokół nie było widać śladu życia. Rolaon dostrzegał jedynie sierżanta Dagthorna, przewieszonego groteskowo przez betonową ławkę, jego twarz zastygła w grymasie zdziwienia. Reszta żołnierzy drużyny A zniknęła gdzieś między ruinami, nie miał pojęcia: żywa czy martwa. Rzecz jasna, reszty plutonu również nie widział. Heretycy strzelali do nich już dobre pięć minut, odsiecz powinna tu być już od dawna. Pierdolone sukinsyny zapewne odskoczyły gdy tylko usłyszały pierwsze strzały. Soldan zrobiłby to bez zmrużenia oka, a i Garnen pewnie długo by się nie zastanawiał. O inkwizytorze nie wspominając. Ten zimny, ogolony na łyso typ ludzi takich jak Rolaon Rynt miał przecież za nic. Sprzedali go, zostawili na łasce bandy psychopatów, odrzucili niczym niepotrzebne narzędzie... Kurwa!

   - Rol...

   Dwie rzeczy dotarły do Rolaona równocześnie. Po pierwsze, dobre kilkanaście sekund temu przestał słyszeć strzały. Po drugie, szeptały do niego zwłoki Jareda. Tracił zmysły...

   - Rol, co się stało, łeb mi pęka...

   Rynt przemógł się i spojrzał w stronę leżącego kolegi. Jared nadal leżał, ale już nie nieruchomo. Jęcząc cicho zdejmował sobie właśnie hełm. Czoło umazane miał krwią, ale najwyraźniej kula nie przebiła stali i Khal ucierpiał jedynie od skóry rozciętej na czole. Cholerny, pieprzony szczęściarz.

   - Nie wstawaj - szepnął Rolaon, gdy już otrząsnął się z szoku. - Jesteśmy pod ostrzałem tych cholernych augurian.

   Wyjaśnienie sytuacji zabrało tylko chwil. Nieco dłużej potrwało przekonanie Jareda, że napastnicy bynajmniej nie zniknęli, że nadal czają się za wypalonymi samochodami ciężarowymi kilkadziesiąt metrów dalej. I że z ich drużyny żyją już chyba tylko oni.

   - Poddajmy się, Jared - powiedział na koniec Rolaon, oblizując nerwowo wargi. Mówiłcoraz głośniej i szybciej, a na policzki wchodzić zaczęły rumieńce. - Ja chcę żyć, słyszysz? Ten skurwiel z inkwizycji nas zostawił! Ci ludzie z Vallandoru nie mogą być gorsi od niego! Do kurwy nędzy, poddajmy się!

   Khal podczołgał się i wyjrzał zza wypalonej karoserii. Pokręcił wolno głową.

   - Oni do mnie strzelali, Rol. Zabili Dagthorna, a jeśli masz rację, to wszystkich pozostałych także. Poddać się? Nie, raczej nie, Rol.

   - Odwaliło ci - Rolaon patrzył na kolegę jakby go nie znał. - Mówię o tym, że za chwilę nas rozwalą, jeśli się nie poddamy. Zabiją nas! Rozwalą! Może i ty nie masz wiele do stracenia, ale ja mam rodzinę, pojebańcu! Rodzinę!

   - Wydaje mi się, że i tak jest już za późno - odpowiedział Jared w ogóle nie patrząc na pieklącego się Rynta.

   Rolaon spojrzał ostrożnie w stronę pozycji kultystów. Zza dużego wraku pokiereszowanego przez czas towarowca sto metrów dalej wyszedł właśnie mężczyzna. Był półnagi, w rękach trzymał karabin z nasadzonym bagnetem. Twarz pokrytą miał jakimiś czerwonymi wzorami. Mówił coś do kogoś, kogo Rolaon nie widział.

   - Żegnaj, Rol - powiedział Jared. - To już chyba koniec drogi.

   Było w tym coś tak głęboko absurdalnego, że Rolaonowi tylko skinął głową. Nie wiedział, co może mu odpowiedzieć. Nagle poczuł się bardzo, bardzo zmęczony.

   Augurianin zaczął coś krzyczeć. Zza wraków wychodzić zaczęli następni, pięciu, dziesięciu, dwudziestu, ciągle następni... Wraz z ich wychodzeniem narastało wycie, coraz głośniejsze. Przez moment Rolaon nie rozumiał tego ryku, nie chciał rozumieć. Gdy wreszcie te dźwięki ułożyły mu się w głowie w słowo, gdy zrozumiał że krzyczą to ludzie, którzy jeszcze miesiąc temu na Vallandorze byli kasjerami, nauczycielami i dziennikarzami, to poczuł dreszcze, lodowato zimne dreszcze. Ryk augurian rósł niczym pomruk nadciągającej burzy.

   - KRWI!!!!!!!!!

   Zaczęli biec szeroką tyralierą, co najmniej czterdziestu heretyków obłąkańczo wyjących w krwawym amoku. Spod ruin betonowego gmachu wznoszącego się na prawo od Rolaona padły w ich kierunku pojedyncze strzały, ale strzelający (Rol uznał, że muszą to być ludzie z drużyny C) byli rażąco niecelni, co szarżujący przywitali szyderczym rykiem. Augurianie zaczęli skręcać w ich kierunku i przez głowę Rynta przemknął cień nadziei, że dzięki temu ominą ich pozycję. Wtedy jednak Jared Khal, niepozorny, nieśmiały szeregowy z ciągłym niemal grymasem smutku na twarzy, zakompleksiony szczeniak w ciągle niedopasowanym, za dużym munurze, tę nadzieję zabił. Wstał, uśmiechnął się (zrobił to!) i zaczął strzelać.

   Świat oszalał.

środa, 17 września 2014

Narzędzia gniewu, część V

Sail Venas stanęła, podnosząc dłoń do głowy. Uldor zatrzymał się również, zaniepokojony grymasem bólu, który przez moment pojawił się na jej twarzy.

- Coś złego zaczęło się dziać w katedrze, szefie - powiedziała po chwili z wysiłkiem. - Struktura rzeczywistości się rwie. W szybkim tempie. 

Inkwizytor zmarszczył brwi i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Heretycy już wiedzieli. Uldor odsunął od siebie myśli o ponurych implikacjach tego stwierdzenia, uklęknął, zamknął oczy i zaczął łączyć się z najbliższą serwoczaszką. Drgnął w momencie fuzji, nie potrafił wyplenić w sobie tego niepotrzebnego odruchu. Wrażenie zapachu rozkładającego się ciała było całkowicie fantomowe, czaszka Seregala Pokornego już prawie sto lat temu została dokładnie oczyszczona w betonowych bazylikach Mechanicum. A potem Ulvendor zniknął, wypełniając sobą lewitujące, kościane naczynie.

Czaszka orbitowała nad Drogą Katedralną, tuż przed miejscem gdzie kończyła się przechodząc we Wrota Słusznej Furii. Trzy minuty wcześniej Uldor lustrował już to miejsce i nie stwierdził żadnej aktywności wroga, teraz było podobnie. Resztki kolumn bramy odcinały się swoimi szarościami od ciemnego karmazynu kamiennych płyt pokrywających przedpole katedry, nie było tam żadnego heretyka. Inkwizytor stłumił rodzące się uczucie irytacji. Nie mógł niestety wydawać czaszce rozkazów na odległość, zerwał więc połączenie i odszukał następną. Wszedł w fuzję i na moment zamarł w niemej fascynacji.

Serwoczaszka Teslyna Od Włóczni otrzymała od niego wcześniej polecenie kołowania nad katedrą, obecnie znajdowała się powyżej dziedzińca portalowego. Teren przed fasadą świątyni był obecnie gigantycznym ossuarium, dziesiątki tysięcy ludzkich kości leżało tu w bezładzie niczym elementy jakiegoś skomplikowanego wzoru. Trzysta lat temu przerażeni mieszkańcy Tarsu zgromadzili się tu by błagać swych nowych panów o ratunek przed zbliżającym się gniewem Imperium. Jaźń Uldora zatrzepotała na chwilę w uniesieniu wywołanym mściwą satysfakcją. Przed gniewem Imperium nie ma ucieczki. Tysiące heretyków skonało tu w straszliwej agonii i choć nikt nie mógł usłyszeć ich krzyku, to wieści o zagładzie Palladiona dotarły do każdej planety sektora. A niemi jej świadkowie ciągle tu spoczywali.

Posępny chaos rozrzuconych ludzkich pozostałości w kilku miejscach został uprzątnięty, gdyż augurianie wytyczyli w nim prowadzące do katedry ścieżki. Kilkunastu heretyków biegło właśnie nimi z wyciągniętą bronią kierując się ku Wrotom. Stojąca na schodach świątyni kobieta wykrzykiwała coś do nich, serwoczaszka nie przekazywała jednak sygnałów dźwiękowych więc treści okrzyków inkwizytor mógł się jedynie domyślać. Zza jej pleców, ze środka Katedry Gniewu dobywała się pulsująca, krwistoczerwona łuna.

Uldor zerwał połączenie i uszy wypełnił mu jazgot karabinowych salw oraz krzyki otaczających go ludzi. Pochylił się instynktownie, dławiąc jednocześnie odruch wymiotny wywołany końcem fuzji. Już nas dopadli? Jak długo mnie nie było? Otworzył oczy.

Źródło kanonady było gdzie indziej. Żołnierze drużyny B zalegli co prawda za kawałkami gruzu i metalu, ale ogryn, Vexile i Sail nadal stali, najwyraźniej nie przejmując się ewentualnymi nadlatującymi pociskami. Psioniczka słuchała czegoś, co rosły porucznik wykrzykiwał jej do ucha, Hyde zaś patrzyła uważnie na inkwizytora, czekając najwyraźniej na jego wyjście z transu.

- Myślałem, że zdążę - mruknął z irytacją Uldor. - Jaka jest sytuacja?

- Drużyna A obłożona ciężkim ogniem, zaczęło się minutę temu, tuż po twoim odlocie. Nie możemy nawiązać z nimi łączności. Drużyna C chyba spanikowała i zajęła pozycje obronne. Bałagan.

- W dodatku znowu zaczęło padać - dodał inkwizytor wstając z kolan. - Czy to już wszystkie atrakcje?

- Kapitan Soldan zaczął bredzić coś o natychmiastowym odwrocie - odpowiedziała Vexile. - Ale Garnen mu to chyba już wybił z głowy. A ty, widziałeś coś ciekawego?

- Aż za bardzo, Vex. Poruczniku!

Ogryn oderwał się od rozmowy z Sail i podbiegł do inkwizytora, przytrzymując dłonią ciągle zsuwający mu się z głowy hełm.

- Awangarda zaległa pod ogniem wroga. Inkwizytorze, mogę poprowadzić kontratak.  Przeciwnik działa chaotycznie, jeżeli...

Uldor wzniósł dłoń, Garnen zamilkł.

- Poruczniku, zbierzesz drużyny B i D. Obejdziemy teren starcia łukiem od zachodu, heretycy nie mają żadnego pierścienia posterunków więc do katedry mamy szansę dotrzeć bez zbędnego kontaktu. Ruszamy za pół minuty.

Porucznik chciał coś powiedzieć... i zacisnął zęby. Odwrócił się i zaczął pokrzykiwać na swych żołnierzy. Ci, choć niechętnie, zaczęli wstawać, z niepokojem oglądając się w stronę, z której dochodziła kanonada. Samego miejsca starcia nie było stąd widać, garb szczytu wzgórza katedralnego skutecznie je zakrywał. Nadbiegający z tyłu żołnierze drużyny B pozdrawiali oczekujących niepewnymi okrzykami zagłuszanymi przez nieustającą karabinową palbę.

- W katedrze rozpoczął się jakiś rytuał, Vex - powiedział Uldor widząc jej pytający wzrok. - Los awangardy Roma Garnena przestał być ważny.

Gwardzistka kiwnęła głową i splunęła. Vexile Hyde nigdy nie kwestionowała decyzji inkwizytora. Nigdy przy postronnych. Uldor odwrócił się, by odnaleźć wzrokiem kapitana Soldana.

I spojrzał prosto w lufę wycelowanego w siebie pistoletu.

- Sprowadź tu swój prom - wycedził trzymający pistolet Ravas Soldan. W oczach kapitana grało szaleństwo. - Dość już. Dość! To ma być akcja policyjna!? Kurwa! Wzywaj ten prom!

Ruch wokół nagle zamarł. Żołnierze Sił Samoobrony jakby zapomnieli o wymianie ognia w której uwikłani byli ich koledzy kilkaset metrów dalej. Uldor uśmiechnął się krzywo.

- Rzuć to, Soldan - powiedziała zimno Vexile kładąc swą ciężką, pozornie niezgrabną dłoń na kaburze pistoletu.

- Posłuchaj jej, kapitanie - dodał Garnen. Stalowoszare oczy podoficera nie wyrażały żadnej emocji. - Takie jak ona nie rzucają słów na wiatr.

Soldan z każdą mijającą chwilą wyglądał coraz żałośniej. Jego długie, czarme włosy spływały mu pozlepianymi przez deszcz wężami prosto na przerażone oczy. Z zagryzanych ust zaczęła płynąć mu krew. Pistoletu jednak nie opuścił.

- Popełniłeś błąd, Ravasie Soldan - powiedział inkwizytor po chwili ciszy.

- Nie sądzę - odparł kapitan, plując czerwonymi kropelkami.

- Ależ tak. Gdy zaczynasz celować w inkwizytora, używaj spustu.

Uldor mrugnął do Sail. I skoczył.

Twarz Soldana wykrzywił grymas straszliwego bólu, oczy nabiegły krwią. Kapitan wystrzelił przed siebie, całkowicie oślepiony nagłym, niezrozumiałym cierpieniem. Chybił, kula przeszła nad rzucającym się w jego kierunku inkwizytorem. Uldor uderzył głową w jego brzuch, Soldan zgiął się w pół z głuchym jękiem i upadł tuż obok przetaczającego się na plecach Uldora. Chwilę później inkwizytor już wstawał, a nad kaszlącym, skulonym ciałem kapitana stała Vexile.

- Co mu zrobić - spytała cicho, bardzo cicho. W prawej dłoni trzymała pistolet, w lewej karbowany nóż.

Uldor nie odpowiedział. Miał zawroty głowy, w ustach czuł krew. Skłonił się lekko stojącej nieopodal Sail, psioniczka odpowiedziała paskudnym uśmiechem. Splunął czerwonozieloną flegmą.

- Pozwólcie, że Siły Samoobrony same zajmą się zdrajcą - wtrącił nagle Garnen podchodząc do leżącego. - W trybie natychmiastowym.

- Nie - odrzekł wreszcie inkwizytor. - Imperium znajdzie dla niego lepszy użytek.

sobota, 15 marca 2014

Narzędzia gniewu, część IV

Blog zwolnił, gdyż praca mi przyspieszyła. Nie wiem czy to się może zmienić przed wakacjami. Tak czy inaczej, by zwrócić Waszą uwagę na to, że blog nadal żyje (wegetuje), czwarta część mojej grafomanii:




Drużyna A rozwinąć miała się w szeroką tyralierę, ale Rolaon Rynt nie zamierzał stosować się do tak absurdalnego rozkazu. Ma iść sam, gdy przed nimi znajdowali się jacyś religijni psychopaci, prawdopodobnie uzbrojeni? Niech Garnen sam robi z siebie bohatera, Rolaon miał rodzinę i resztki rozsądku w głowie. Podbiegł do Jareda Khala który właśnie klnąc cicho brnął przez rozległą, głęboką na chyba pół metra kałużę.
- Wreszcie przestało padać, zauważyłeś? - zagadnął, usilnie starając się ukryć napięcie w głosie. - Palladion chyba nas polubił. Fajne z nas chłopaki przecież.
- Nie powinno cię tu być - odpowiedział Jared nasuwając hełm głębiej na oczy. - Sierżant wpadnie w furię. I nie tylko on. Cholera Rol, nie wystarczy że musimy taplać się w tej brei?
Rynt parsknął lekceważąco.
- Zastanów się, Jared, bo najwyraźniej twoja wyobraźnia rozmiękła od tego deszczu. Kogo boisz się bardziej: naszego strasznego sierżanta Dagthorna czy tych pojebanych, psychopatycznych szaleńców z Vallandora którzy nagle postanowili bawić się w działalność religijną? Kogo boisz się bardziej?
- Inkwizytora.
Jared wyszedł wreszcie z kałuży i stanął obok Rolaona. Jego delikatna, chłopięca twarz wyrażała mieszaninę strachu i niepewności. W nieco zbyt dużym, przemoczonym, szarozielonym mundurze Sił Samoobrony Jared Rynt wyglądał żałośnie. Tyle, że w rękach trzymał karabin, a on wyglądał już bardzo poważnie. Rol nie za bardzo lubił broń, szczególnie odbezpieczoną. Do Sił wstąpił wyłącznie dla przywilejów munduru.
- Daj spokój Jared, nie wkurzaj się. Nieswojo mi tutaj. A ten cały Ulvendor jest daleko za nami.
Drużyna A zaczęła wychodzić z wypalonych resztek miejskiego parku i wkraczać na Drogę Katedralną. Sierżant Dagthorn pogroził im z daleka pięścią, lecz później stracił dla nich zainteresowanie zmagając się z łachą szczególnie grząskiego błota. Ośmiu pozostałych żołnierzy drużyny szło w otępieniu dalej, mijając strzaskane iglice biurowców miejscowego ramienia Ministorum. Droga była bardzo szeroka i osiniańska tyraliera z ledwością starczała na jej wypełnienie. Przed nimi zza szczytu wypiętrzenia widać już było dwie wyszczerbione wieże Katedry Gniewu.
- Ja w ogóle nie chciałem tu przylatywać - odpowiedział Jared mijając przerdzewiały wrak samochodu sprzed trzech wieków. - Wiesz, Khal to nazwisko stąd. Któryś z moich pieprzonych przodków otarł się o tego pieprzonego Palladiona i ja teraz czuję smród tego otarcia, Rol. A jeśli ten inkwizytor połączy mnie z tym pieprzonym bagnem?
- Idziemy wprost na uzbrojonych po zęby fanatyków, a ty zajmujesz się historią starożytną? Jeśli wszyscy Khalowie są takimi fascynatami antycznych ciekawostek, to Ulvendor faktycznie powinien się wami zainteresować. Posłuchaj starszego kolegi i akurat pradziadkiem się nie przejmuj.
Jared pochylił głowę i wymamrotał coś gniewnie. Głośnej reakcji jednak nie było, więc Rolaon to zignorował.
Przez chwilę szli w milczeniu. Droga Katedralna była szeroka i wybetonowana, zniszczone pojazdy i leżące wszędzie kawałki gruzów czyniły jednak marsz nią nużącym, tym bardziej, że zaczęli iść pod górę.
- Wszędzie święci - mruknął wreszcie Jared rozglądając się wokół.
Rolaon spojrzał na niego zdziwiony.
- Że co?
- Wszędzie tu leżą kawałki świętych. Kawałki ich strzaskanych posągów. I żaden z nich nie uratował planety przed herezją, żaden z nich nie zainterweniował. To cię nie przeraża? Interweniować potrafiła tylko inkwizycja.
- Ty pamiętasz jeszcze, że za plecami mamy wesołą inkwizycyjną gromadkę, prawda Jared? - odchrząknął Rolaon oglądając się za siebie.
- Gdyby inkwizytorzy zajmowali się oziębłością wobec Eklezjarchii, nie starczyłoby im kul na egzekucje. Kiedy ostatni raz byłeś w świątyni?
- Na świętego Efrema. Sam bym nie poszedł, ale Yori się uparła. Wiesz jak jest, baby w tym stanie stają się bardzo religijne. Ale nie w tym rzecz.
Jared uśmiechnął się delikatnie.
- Macie już imię dla syna?
- Kreon, po dziadku.
- Dobre, mocne. Dobre.
- Dzięki.
Jared przystanął.
- Wiesz, Rol, nie masz pojęcia jak bardzo zazdroszczę ci twojej rodziny.
Grzechot strzałów po dotychczasowej ciszy był tak zaskakujący, że w pierwszej chwili Rolaon nie zareagował. Dopiero strumienie krwi wypływające spod hełmu Jareda Khala sprawiły, że Rynt rzucił się za osłonę wypalonego samochodowego wraku. Jared bezwładnie zwalił się na ziemię metr dalej.
Powietrze wypełniło się pociskami, strachem i krzykiem.

Wiedzieli dopiero od kwadransa.
Augurianie nie mieli przygotowania wojskowego i przez ostatnie tygodnie popełnili wiele błędów. Mieli dużo, bardzo dużo broni która stworzyła im poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Początkowo próbowali nawet organizować patrole wokół Katedry Gniewu a w budynkach u podnóża wyniesienia wystawili warty... ale już po tygodniu nikt się tym nie przejmował. Augurianie zbyt podnieceni byli zbliżaniem się rytuału, by przejmować się mniej istotnymi według nich obowiązkami, tym bardziej że źródła Wielkiego Augura w tajnych służbach Vallandoru nic nie wiedziały o zbliżających się siłach Inkwizycji.
O tym, że na Palladionie są żołnierze Imperium augurianie dowiedzieli się przypadkiem. Harlon Vlyn, hipochondryczny urzędnik vallandorskiego Ministorum (dział kwerend departamentu logistycznego), po przybyciu do Katedry Gniewu uznał, że przebywanie na jednej z jej wież działa uśmierzająco na jego chroniczne bóle głowy. Tego dnia również tam był, zabijając czas dzielący go od rytuału. Czas zabijał rozmyślaniem co zrobi magosowi Urlonowi po powrocie. Spotkani tu współwierzący byli tak bogatą kopalnią inspiracji... Byle obyło się bez krwi, zabijane codziennie ofiary dostatecznie już mu ją obrzydziły. Przecinającego niebo "Centaura" dostrzegł w momencie, gdy zamierzał już schodzić.
Wielki Augur wiedział o tym trzy minuty później. Od razu zrozumiał, co może znaczyć niezidentyfikowany prom kosmiczny.
Mając do dyspozycji osiemdziesięciu siedmiu zdeterminowanych konspiratorów, ogromną siłą ognia i świadomość zbliżania się Obecności, Augur nie poczuł jednak strachu. Poczuł... podniecenie.
Ostatecznie, Obregon Granh o takiej chwili marzył od dawna. Tego jednego nauczył się od znienawidzonego ojca, gubernatora Vallandoru: władza nad zabijaniem to jedyna władza, która się liczy.