środa, 17 września 2014

Narzędzia gniewu, część V

Sail Venas stanęła, podnosząc dłoń do głowy. Uldor zatrzymał się również, zaniepokojony grymasem bólu, który przez moment pojawił się na jej twarzy.

- Coś złego zaczęło się dziać w katedrze, szefie - powiedziała po chwili z wysiłkiem. - Struktura rzeczywistości się rwie. W szybkim tempie. 

Inkwizytor zmarszczył brwi i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Heretycy już wiedzieli. Uldor odsunął od siebie myśli o ponurych implikacjach tego stwierdzenia, uklęknął, zamknął oczy i zaczął łączyć się z najbliższą serwoczaszką. Drgnął w momencie fuzji, nie potrafił wyplenić w sobie tego niepotrzebnego odruchu. Wrażenie zapachu rozkładającego się ciała było całkowicie fantomowe, czaszka Seregala Pokornego już prawie sto lat temu została dokładnie oczyszczona w betonowych bazylikach Mechanicum. A potem Ulvendor zniknął, wypełniając sobą lewitujące, kościane naczynie.

Czaszka orbitowała nad Drogą Katedralną, tuż przed miejscem gdzie kończyła się przechodząc we Wrota Słusznej Furii. Trzy minuty wcześniej Uldor lustrował już to miejsce i nie stwierdził żadnej aktywności wroga, teraz było podobnie. Resztki kolumn bramy odcinały się swoimi szarościami od ciemnego karmazynu kamiennych płyt pokrywających przedpole katedry, nie było tam żadnego heretyka. Inkwizytor stłumił rodzące się uczucie irytacji. Nie mógł niestety wydawać czaszce rozkazów na odległość, zerwał więc połączenie i odszukał następną. Wszedł w fuzję i na moment zamarł w niemej fascynacji.

Serwoczaszka Teslyna Od Włóczni otrzymała od niego wcześniej polecenie kołowania nad katedrą, obecnie znajdowała się powyżej dziedzińca portalowego. Teren przed fasadą świątyni był obecnie gigantycznym ossuarium, dziesiątki tysięcy ludzkich kości leżało tu w bezładzie niczym elementy jakiegoś skomplikowanego wzoru. Trzysta lat temu przerażeni mieszkańcy Tarsu zgromadzili się tu by błagać swych nowych panów o ratunek przed zbliżającym się gniewem Imperium. Jaźń Uldora zatrzepotała na chwilę w uniesieniu wywołanym mściwą satysfakcją. Przed gniewem Imperium nie ma ucieczki. Tysiące heretyków skonało tu w straszliwej agonii i choć nikt nie mógł usłyszeć ich krzyku, to wieści o zagładzie Palladiona dotarły do każdej planety sektora. A niemi jej świadkowie ciągle tu spoczywali.

Posępny chaos rozrzuconych ludzkich pozostałości w kilku miejscach został uprzątnięty, gdyż augurianie wytyczyli w nim prowadzące do katedry ścieżki. Kilkunastu heretyków biegło właśnie nimi z wyciągniętą bronią kierując się ku Wrotom. Stojąca na schodach świątyni kobieta wykrzykiwała coś do nich, serwoczaszka nie przekazywała jednak sygnałów dźwiękowych więc treści okrzyków inkwizytor mógł się jedynie domyślać. Zza jej pleców, ze środka Katedry Gniewu dobywała się pulsująca, krwistoczerwona łuna.

Uldor zerwał połączenie i uszy wypełnił mu jazgot karabinowych salw oraz krzyki otaczających go ludzi. Pochylił się instynktownie, dławiąc jednocześnie odruch wymiotny wywołany końcem fuzji. Już nas dopadli? Jak długo mnie nie było? Otworzył oczy.

Źródło kanonady było gdzie indziej. Żołnierze drużyny B zalegli co prawda za kawałkami gruzu i metalu, ale ogryn, Vexile i Sail nadal stali, najwyraźniej nie przejmując się ewentualnymi nadlatującymi pociskami. Psioniczka słuchała czegoś, co rosły porucznik wykrzykiwał jej do ucha, Hyde zaś patrzyła uważnie na inkwizytora, czekając najwyraźniej na jego wyjście z transu.

- Myślałem, że zdążę - mruknął z irytacją Uldor. - Jaka jest sytuacja?

- Drużyna A obłożona ciężkim ogniem, zaczęło się minutę temu, tuż po twoim odlocie. Nie możemy nawiązać z nimi łączności. Drużyna C chyba spanikowała i zajęła pozycje obronne. Bałagan.

- W dodatku znowu zaczęło padać - dodał inkwizytor wstając z kolan. - Czy to już wszystkie atrakcje?

- Kapitan Soldan zaczął bredzić coś o natychmiastowym odwrocie - odpowiedziała Vexile. - Ale Garnen mu to chyba już wybił z głowy. A ty, widziałeś coś ciekawego?

- Aż za bardzo, Vex. Poruczniku!

Ogryn oderwał się od rozmowy z Sail i podbiegł do inkwizytora, przytrzymując dłonią ciągle zsuwający mu się z głowy hełm.

- Awangarda zaległa pod ogniem wroga. Inkwizytorze, mogę poprowadzić kontratak.  Przeciwnik działa chaotycznie, jeżeli...

Uldor wzniósł dłoń, Garnen zamilkł.

- Poruczniku, zbierzesz drużyny B i D. Obejdziemy teren starcia łukiem od zachodu, heretycy nie mają żadnego pierścienia posterunków więc do katedry mamy szansę dotrzeć bez zbędnego kontaktu. Ruszamy za pół minuty.

Porucznik chciał coś powiedzieć... i zacisnął zęby. Odwrócił się i zaczął pokrzykiwać na swych żołnierzy. Ci, choć niechętnie, zaczęli wstawać, z niepokojem oglądając się w stronę, z której dochodziła kanonada. Samego miejsca starcia nie było stąd widać, garb szczytu wzgórza katedralnego skutecznie je zakrywał. Nadbiegający z tyłu żołnierze drużyny B pozdrawiali oczekujących niepewnymi okrzykami zagłuszanymi przez nieustającą karabinową palbę.

- W katedrze rozpoczął się jakiś rytuał, Vex - powiedział Uldor widząc jej pytający wzrok. - Los awangardy Roma Garnena przestał być ważny.

Gwardzistka kiwnęła głową i splunęła. Vexile Hyde nigdy nie kwestionowała decyzji inkwizytora. Nigdy przy postronnych. Uldor odwrócił się, by odnaleźć wzrokiem kapitana Soldana.

I spojrzał prosto w lufę wycelowanego w siebie pistoletu.

- Sprowadź tu swój prom - wycedził trzymający pistolet Ravas Soldan. W oczach kapitana grało szaleństwo. - Dość już. Dość! To ma być akcja policyjna!? Kurwa! Wzywaj ten prom!

Ruch wokół nagle zamarł. Żołnierze Sił Samoobrony jakby zapomnieli o wymianie ognia w której uwikłani byli ich koledzy kilkaset metrów dalej. Uldor uśmiechnął się krzywo.

- Rzuć to, Soldan - powiedziała zimno Vexile kładąc swą ciężką, pozornie niezgrabną dłoń na kaburze pistoletu.

- Posłuchaj jej, kapitanie - dodał Garnen. Stalowoszare oczy podoficera nie wyrażały żadnej emocji. - Takie jak ona nie rzucają słów na wiatr.

Soldan z każdą mijającą chwilą wyglądał coraz żałośniej. Jego długie, czarme włosy spływały mu pozlepianymi przez deszcz wężami prosto na przerażone oczy. Z zagryzanych ust zaczęła płynąć mu krew. Pistoletu jednak nie opuścił.

- Popełniłeś błąd, Ravasie Soldan - powiedział inkwizytor po chwili ciszy.

- Nie sądzę - odparł kapitan, plując czerwonymi kropelkami.

- Ależ tak. Gdy zaczynasz celować w inkwizytora, używaj spustu.

Uldor mrugnął do Sail. I skoczył.

Twarz Soldana wykrzywił grymas straszliwego bólu, oczy nabiegły krwią. Kapitan wystrzelił przed siebie, całkowicie oślepiony nagłym, niezrozumiałym cierpieniem. Chybił, kula przeszła nad rzucającym się w jego kierunku inkwizytorem. Uldor uderzył głową w jego brzuch, Soldan zgiął się w pół z głuchym jękiem i upadł tuż obok przetaczającego się na plecach Uldora. Chwilę później inkwizytor już wstawał, a nad kaszlącym, skulonym ciałem kapitana stała Vexile.

- Co mu zrobić - spytała cicho, bardzo cicho. W prawej dłoni trzymała pistolet, w lewej karbowany nóż.

Uldor nie odpowiedział. Miał zawroty głowy, w ustach czuł krew. Skłonił się lekko stojącej nieopodal Sail, psioniczka odpowiedziała paskudnym uśmiechem. Splunął czerwonozieloną flegmą.

- Pozwólcie, że Siły Samoobrony same zajmą się zdrajcą - wtrącił nagle Garnen podchodząc do leżącego. - W trybie natychmiastowym.

- Nie - odrzekł wreszcie inkwizytor. - Imperium znajdzie dla niego lepszy użytek.

niedziela, 14 września 2014

Genesis

Mała edyta: w międzyczasie zauważyłem tę akcję, więc się pod nią bezczelnie podczepiam tym wpisem :)

W związku ze wzmiankowanym wcześniej przemieszczeniem mojego lokum, światło dzienne po raz pierwszy od lat ujrzały rzeczy, o których niemal już zapomniałem. Niesłusznie.

Już kiedyś pisałem, jak kiedyś Nowa Fantastyka na spółkę z Gotrekiem Gurnissonem zaszczepiła we mnie zainteresowanie fantasy i grami z tym segmentem rynku związanymi. Przez dłuższy czas skutkowało to rzucaniem kostkami w Kryształach Czasu, WFRP i innych systemach RPG i namiętnym czytaniem świętych tekstów zawartych w "Magii i Mieczu"... O grach bitewnych słyszałem raz na rok, gdy MiM zdecydował się im poświęcić trochę wierszówki.

W okolicach 1995 roku (?) MiM zaczął poszerzać swoje kieszonkowe imperium o segmenty spoza fabularnej niszy.  Nawiązano wtedy kontakty ze Szwedami z Target Games, którzy już od dekady rozwijali swoje apokaliptyczne uniwersum spod znaku Mutant Chronicles. Rozpoznanie bojem przeprowadzono na gruncie bezpiecznym i gwarantującym szybki zwrot kosztów: zainwestowano w ccg o nazwie Doom Trooper. Dla rozpoczynającego właśnie studia autora tego tekstu grafiki Paula Bonnera były niczym brama do nieznanego, oszałamiającego ogrodu. S-F ożenione z mieczami, demonami i zombie?!? To tak można?

OMG. Zakochałem się. Gdy jakiś czas potem pojawiło się Warzone, gra bitewna osadzona w tym samym uniwersum, zacząłem wydawać swe pieniądze niczym narkoman na dużym głodzie.

Nie chcę tu dzielić się refleksjami na temat uniwersum czy mechaniki, przynajmniej na razie. Chcę oddać hołd figurkom, które wkręciły mnie w to hobbystyczne bagno. Były grubo ciosane, niezgrabne i czasem karykaturalne... ale i tak kochałem je całym swym czarnym sercem. Oto drobny wybór z mojej sentymentalnej podróży po szeregach Bractwa, świętego przedmurza ludzkości w ogarniętym ciemnością Układzie Słonecznym (malował kumpel, ja wtedy jeszcze bałem się farb):


Rdzeń sił Bractwa, żołnierz piechoty. Zwracam uwagę na przemyślnie wciśniętą kartkę między nogami


Nazwy tego modelu nawet nie pamiętam. Pamiętam, że w walce nigdy mi się nie sprawdzał, ale ponieważ zawsze miałem słabość do zakapturzonych typów, to zawsze go wystawiałem.

No, ten model zestarzał się szczególnie brzydko. Błogosławiona Westalka Laura. Ale przynajmniej jest dynamiczna.

Warzone w "Magii i Mieczu" promowany był razem z opowiadaniem o Mortyfikatorze... Idea takiego asasyna była jednym z decydujących elementów, które pchnęły mnie w kierunku Bractwa. I tej figurki, z obowiązkowo zalanym karmazynem mieczem.


Na koniec perła w koronie: Kardynał Dominik. W latach dziewięćdziesiątych wydawał mi się ósmym cudem świata (a i wroga potrafił dotkliwie skaleczyć). Dziś jest trochę bryłowaty, a płaszcz wygląda bardziej jak zbroja... ale styl zachował! Nadal ozdoba kolekcji.



piątek, 5 września 2014

Synowie Malala

W ostatniej notce zaprezentowałem wczesną wersję mojego chaosowego Wybrańca. Widoczna na nim czarno-biała szachownica to oczywiście barwy Sons of Malice, zakonu SM który dokonał specyficznej chaośnickiej konwersji w czterdziestym pierwszym tysiącleciu: miast oddać się pod opiekę jednej z czterech Niszczących Potęg, zadeklarowali wierność Złośliwości (Malice), bogu walczącemu z innymi siłami Chaosu równie często, jak z mieszkańcami materium.

A ten cały Malice, to Malal oczywiście.

Son of Malice w pełni swej wynaturzonej glorii

Przypadek Malala i jego koneksje z Sons of Malice są dobrze i wyczerpująco opisane w sieci, więc nie będę tu ich przeklejał. Chciałbym jednak na marginesie swojej figurkowej wycieczki w rejony Oka Terroru podzielić się w związku z tym z ogólniejszą refleksją dotyczącą krętych ścieżek, którymi kroczyło Games Workshop w swojej długiej historii.

Malal zniknął z tekstów GW w okolicach 1988 roku, w tych arcyważnych dla firmy latach, gdy ostatecznie już definiowała swoje flagowe produkty (o czym już nawiasem mówiąc pisałem). Bóg Anarchii i Terroru padł wtedy ofiarą niejasności co do tego, do kogo właściwie należy trade mark tej nazwy (przypomnę, że Malal wymyślony został przez podwykonawców GW, twórców komiksu o Kalebie Daarku). GW końca lat osiemdziesiątych ostatecznie przestawało być już radosnym, hobbystycznym projektem i przepoczwarzało się w Poważną Firmę (już wkrótce Potęga Chaosu o imieniu Tom Kirby wprowadzi GW na giełdę), a jako taka nie mogła pozwolić sobie na pompowanie znaczenia terminu, z którego o zgrozo mógłby za darmo korzystać ktoś inny. Malal zszedł więc do warhammerowego podziemia, dzieląc los squatów czy fimirów.

Umierał jednak z okrzykiem: Non omnis moriar!

Im dłużej istniało GW, tym młodszy stawał się jej rynkowy target, zdecydowanie najłatwiejszy do bezrefleksyjnego wyciągania od niego pieniędzy. To nie jest żaden zarzut, bo byłby to głupi zarzut w kierunku firmy, której głównym obowiązkiem jest dawanie dobrych wyników finansowych akcjonariuszom. Diaboliczny geniusz szeryfów z Nottingham polegał tak naprawdę jednak na tym, że przy tych wszystkich infantylizujących zabawę krokach, potrafili przy sobie zatrzymać sporą część starszych nerdów, tych wszystkich Synów Malala pamiętających Stare, Dobre Czasy, którzy pomimo ciągłego zrzędzenia w mniejszym lub większym stopniu wytrwali w hobby (stanowiąc, świadomie lub nie, najlepszych ambasadorów firmy w lokalnych środowiskach). Wiele jest przyczyn tego sukcesu, casus Malala jest dla mnie zgrabną rekapitulacją jednej z nich, kto wie, czy w moim przypadku nie najważniejszej. Otóż pomimo przeprowadzenia rytuałów Wielkiej Symplifikacji i Wzniosłej Infantylizacji, GW co jakiś czas puszcza fluffowe oko do weteranów, pozwala im poczuć przyjemny dreszcz nostalgii i utajoną dumę z tego, że rozumiemy kontekst współczesnego pomysłu osadzonego tak naprawdę w warhammerowej prahistorii. Co z tego, że squatów już nie ma, skoro kusimy Demiurgami? A może przestaniemy już kusić i zamieścimy szokującą notkę restytuującą squatów w podręczniku VI edycji? Malala już nie ma, ale szefem kompletnie marginalnej chaośnickiej bandy zrobimy chodzący anagram Kaleba Daarka z czarno-białą czaszką w charakterze loga. Z jedenastką czempionów, przypadkowo pokrywających się ze świętą liczbą Boga Odszczepieńca.
Tarcza Daarka pokazuje, że GW nie zawsze jest mistrzem subtelnej aluzji

I to działa, przynajmniej w moim przypadku, Syna Malala od 24 lat.


sobota, 30 sierpnia 2014

W parszywym warsztacie

Witajcie :)


Po półrocznej niemal przerwie załoga Minas Kolmar otworzyła wrota i nieufnie wyjrzała na zewnątrz. Ostatnie miesiące to najpierw gorący okres w pracy, a później dłuuuga przeprowadzka, która zresztą w zasadzie nadal trwa. Tym niemniej jednak, ponieważ nowe lokum zaoferowało mi dużo większe terytorium do zagospodarowania, jedną z prowincji mojego nowego królestwa (piwnicę konkretnie) zaanektowałem do celów hobbystycznych, przy wyraźnych zresztą westchnieniach ulgi ze strony mojej małżonki nie muszącej już patrzeć na moje żołnierzyki.

Parszywy warsztat w wersji beta, z boku skromnie ulokował się właściciel

Efekt: znowu zacząłem malować! Nie robiłem tego już naprawdę długo, prawie równie długo jak nie grałem... Cykl "parszywy warsztat" ma być zapisem moich zmagań na tym polu, zmagań, od razu to trzeba napisać, średniej jakości. Nigdy nie byłem dobry w modelarstwie, choć zawsze to lubiłem. Po co więc prezentować te swoje wątpliwej jakości prace, skoro w sieci jest multum miejsc, gdzie robią to lepiej? Po pierwsze: bo lubię pisać i potrzebuję jakichś ku temu pretekstów. Po drugie: właściwie, to nie zdołałem znaleźć drugiego powodu.

Nie potrafię malować jednocześnie tylko jednej figurki :) Obecnie maluję trzy (na różnych etapach ukończenia), a kilka innych przebiera nóżkami na ławce rezerwowych. Na początek: Empire Battle Wizard.

Mag w wersji "Wincenty Kadłubek"

Figurka rzecz jasna doskonale znana i przeze mnie bardzo lubiana. Zabrałem się za nią dopiero teraz z tego prostego powodu, że mimo iż Imperium kolekcjonować zacząłem chyba trzy lata temu, to do dziś jest to jedynie kolekcja, ani razu nie ograna. Armia zbierana tylko dlatego, że lubię klimat Imperium, przynajmniej ten z czasów The Enemy Within, gdy jeszcze Karl Franz był lubiany, acz nieudolnym cesarzem, a nie uberinkarnacją wszystkiego_co_fenomenalne. Bez dopingu w postaci zbliżającej się bitwy jakoś nie mogłem się dotąd przekonać do kładzenia barw na posiadanych już modelach. *** Tu ważne wyjaśnienie: w moim rodzimym Battlegroundzie przyjęliśmy sobie taką staroświecką zasadę: bez przynajmniej trzech barw model nie wchodzi na pole bitwy *** Ponieważ jednak od dłuższego czasu w ogóle w WFB nie gram, to jakoś łatwiej mi było się zająć niebretońskimi modelami...

Druga figurka to właściwie cała ich grupa: Grail Relique


Relikwiarz wśród bretońskich armii stanowi (przynajmniej w czasach mojego aktywnego grania) ekwiwalent yeti i pomimo mojego głośnego deklarowania, że jestem klimaciarzem i zwycięstwa mnie nie interesują, to jakoś nigdy dotąd nie zdobyłem się nawet na złożenie tego fantastycznego modelu. FANTASTYCZNEGO. To najpiękniejszy metalowy model w mojej kolekcji i czasem myślę, że aż szkoda go na moje malarskie partactwo (ale tylko czasem).

Koncept z pielgrzymami, którzy odtwarzają koński kształt jest obłędny!

To jest dla mnie esencja smaku, bez tych wszystkich fajerwerków, które czasem się dziś pojawiają w dziełach GW. Przedziwna mieszanka fanatyzmu, religijności i obłędu, cudownie pasująca do dawnej Bretonnii, choć należy już do nowej. Malowanie tego miniaturowego arcydzieła jest czystą przyjemnością.

W WH40k gram Eldarami i Wilkami, ale nie przeszkodziło mi to tak zachwycić się modelami z Dark Vengeance, że kupiłem chaośnicką część tego zestawu. Kilka dni temu do Parszywego Warsztatu wjechał więc Chosen.


Od razu uznałem, że nie będzie to kolega z Crimson Slaughter. Nie chciałem też żadnego z klasycznych legionów... wybrałem więc pewnych renegatów z M41, przez wzgląd na zawarty w ich fluffie słabo zamaskowany wkład z baaaardzo starych, zawsze przeze mnie lubianych gejmsłorkszopowych czasów. Co to za jedni? Da się to rozpoznać po tym wczesnym WIPie? :) Kim oni są i dlaczego właśnie oni: w następnym odcinku.



piątek, 28 marca 2014

Fallen Angels

W ostatnich dniach skończyłem dwie równolegle czytane książki spod znaku BL, uraczę Was więc moimi związanymi z nimi refleksjami. W dzisiejszym wpisie zajmę się słabszą z nich, by późniejszy deser był odpowiednio dobry.

Nie znaczy to, że Fallen Angels Mike`a Lee to książka słaba. Piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo przecież Mike Lee był dla mnie największym rozczarowaniem antologii Tales of Heresy, gdzie jego wynurzenia dotyczące Space Wolves naprawdę mocno odstawały in minus od średniej tomiku. Tutaj jest co najmniej poprawnie, a ocena końcowa byłaby może nawet lepsza, gdyby nie to, że równolegle z książką o upadłych aniołach czytałem też ten drugi wzmiankowany przeze mnie wcześniej tytuł, który jest prawdziwym dynamitem (a który pozwolę sobie na razie zatrzymać w tajemnicy aż do kolejnego wpisu).

Książka jest naturalną kontynuacją Descent of Angels Mitchella Scanlona, czyli tytułu numer 6 w cyklu dotyczącym horusowej herezji. Zmiana autora nie powinna być szczególnym zaskoczeniem, to już niejako znak firmowy HH, że wątki bohaterów trzydziestego tysiąclecia niczym w sztafecie przekazywane są w kolejne pisarskie ręce. Wydani w 2009 roku Fallen Angels wpisują się w tę tradycję. Lee przejął więc prowadzenie historii dwóch najważniejszych bohaterów Zstąpienia Aniołów, czyli kronikarza/bibliotekarza Zahariela oraz redemptora (nie wiem, choinka, jak to oficjalnie przetłumaczono) Nemiela. Dawni przyjaciele po wydarzeniach na Sarosh zostali rozdzieleni i nawet chyba nie za bardzo im siebie nawzajem brakuje (Nemiel przez całą książkę Zaharielowi poświęcił jeden akapit wypełniony wątpliwą nostalgią). Redemptor znalazł się w najbliższym otoczeniu Prymarchy Jonsona i wraz z nim reaguje na początek Herezji (bo podobnie jak w wielu poprzednich tomach HH i tutaj na początku dochodzi do cofnięcia fabularnego zegara w okolice rzezi na Istvaanie III); z kolei Zahariel u boku odtrąconego Luthera zajmuje się tłumieniem rebelii, która w tym samym czasie zadaje siłom imperialnym na Calibanie coraz większe straty.

Książka zaczyna się mocnym akcentem. Powrót odrzuconych przez Lwa Astartes na Caliban budzi naprawdę spore wrażenie i Lee bardzo sobie tym emocjonalnym wstępem u mnie zaplusował. Potem niestety jest gorzej. Autor prowadzi wątki Zahariela i Nemiela naprzemiennie, co przez jakiś czas budziło moje znużenie: na Diamat i na Calibanie trwa wymiana ołowianych argumentów, przez co obie kampanie zlewają się nieco w nieco niestrawną dla mnie papkę. Moje obawy związane z osobą autora rosły i rosły. Na szczęście, w książce nie przemawiają jedynie boltery. W połowie lektury wątek Calibanu zaczyna się rozbudowywać i zdecydowanie przytłaczać zmagania Nemiela z ludźmi Horusa. HH jest cyklem o upadkach... i nie zawsze robione jest to z głową (Galaxy in Flames!), ale w przypadku Upadłych Aniołów motyw zdrady rozegrany został inteligentnie i zajmująco. To sprawia, że Fallen Angels jest zdecydowanie porządną lekturą z kilkoma przejrzystymi, acz przyjemnymi zwrotami akcji (końcowy twist w wątku Nemiela jest filmowy że aż strach!).
Ocena szkolna: 4-


Cóż, to jednak jedynie przygrywka. Następnym razem zrecenzuję książkę, przy której wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły BL bledną i umierają. Boleśnie.

sobota, 15 marca 2014

Narzędzia gniewu, część IV

Blog zwolnił, gdyż praca mi przyspieszyła. Nie wiem czy to się może zmienić przed wakacjami. Tak czy inaczej, by zwrócić Waszą uwagę na to, że blog nadal żyje (wegetuje), czwarta część mojej grafomanii:




Drużyna A rozwinąć miała się w szeroką tyralierę, ale Rolaon Rynt nie zamierzał stosować się do tak absurdalnego rozkazu. Ma iść sam, gdy przed nimi znajdowali się jacyś religijni psychopaci, prawdopodobnie uzbrojeni? Niech Garnen sam robi z siebie bohatera, Rolaon miał rodzinę i resztki rozsądku w głowie. Podbiegł do Jareda Khala który właśnie klnąc cicho brnął przez rozległą, głęboką na chyba pół metra kałużę.
- Wreszcie przestało padać, zauważyłeś? - zagadnął, usilnie starając się ukryć napięcie w głosie. - Palladion chyba nas polubił. Fajne z nas chłopaki przecież.
- Nie powinno cię tu być - odpowiedział Jared nasuwając hełm głębiej na oczy. - Sierżant wpadnie w furię. I nie tylko on. Cholera Rol, nie wystarczy że musimy taplać się w tej brei?
Rynt parsknął lekceważąco.
- Zastanów się, Jared, bo najwyraźniej twoja wyobraźnia rozmiękła od tego deszczu. Kogo boisz się bardziej: naszego strasznego sierżanta Dagthorna czy tych pojebanych, psychopatycznych szaleńców z Vallandora którzy nagle postanowili bawić się w działalność religijną? Kogo boisz się bardziej?
- Inkwizytora.
Jared wyszedł wreszcie z kałuży i stanął obok Rolaona. Jego delikatna, chłopięca twarz wyrażała mieszaninę strachu i niepewności. W nieco zbyt dużym, przemoczonym, szarozielonym mundurze Sił Samoobrony Jared Rynt wyglądał żałośnie. Tyle, że w rękach trzymał karabin, a on wyglądał już bardzo poważnie. Rol nie za bardzo lubił broń, szczególnie odbezpieczoną. Do Sił wstąpił wyłącznie dla przywilejów munduru.
- Daj spokój Jared, nie wkurzaj się. Nieswojo mi tutaj. A ten cały Ulvendor jest daleko za nami.
Drużyna A zaczęła wychodzić z wypalonych resztek miejskiego parku i wkraczać na Drogę Katedralną. Sierżant Dagthorn pogroził im z daleka pięścią, lecz później stracił dla nich zainteresowanie zmagając się z łachą szczególnie grząskiego błota. Ośmiu pozostałych żołnierzy drużyny szło w otępieniu dalej, mijając strzaskane iglice biurowców miejscowego ramienia Ministorum. Droga była bardzo szeroka i osiniańska tyraliera z ledwością starczała na jej wypełnienie. Przed nimi zza szczytu wypiętrzenia widać już było dwie wyszczerbione wieże Katedry Gniewu.
- Ja w ogóle nie chciałem tu przylatywać - odpowiedział Jared mijając przerdzewiały wrak samochodu sprzed trzech wieków. - Wiesz, Khal to nazwisko stąd. Któryś z moich pieprzonych przodków otarł się o tego pieprzonego Palladiona i ja teraz czuję smród tego otarcia, Rol. A jeśli ten inkwizytor połączy mnie z tym pieprzonym bagnem?
- Idziemy wprost na uzbrojonych po zęby fanatyków, a ty zajmujesz się historią starożytną? Jeśli wszyscy Khalowie są takimi fascynatami antycznych ciekawostek, to Ulvendor faktycznie powinien się wami zainteresować. Posłuchaj starszego kolegi i akurat pradziadkiem się nie przejmuj.
Jared pochylił głowę i wymamrotał coś gniewnie. Głośnej reakcji jednak nie było, więc Rolaon to zignorował.
Przez chwilę szli w milczeniu. Droga Katedralna była szeroka i wybetonowana, zniszczone pojazdy i leżące wszędzie kawałki gruzów czyniły jednak marsz nią nużącym, tym bardziej, że zaczęli iść pod górę.
- Wszędzie święci - mruknął wreszcie Jared rozglądając się wokół.
Rolaon spojrzał na niego zdziwiony.
- Że co?
- Wszędzie tu leżą kawałki świętych. Kawałki ich strzaskanych posągów. I żaden z nich nie uratował planety przed herezją, żaden z nich nie zainterweniował. To cię nie przeraża? Interweniować potrafiła tylko inkwizycja.
- Ty pamiętasz jeszcze, że za plecami mamy wesołą inkwizycyjną gromadkę, prawda Jared? - odchrząknął Rolaon oglądając się za siebie.
- Gdyby inkwizytorzy zajmowali się oziębłością wobec Eklezjarchii, nie starczyłoby im kul na egzekucje. Kiedy ostatni raz byłeś w świątyni?
- Na świętego Efrema. Sam bym nie poszedł, ale Yori się uparła. Wiesz jak jest, baby w tym stanie stają się bardzo religijne. Ale nie w tym rzecz.
Jared uśmiechnął się delikatnie.
- Macie już imię dla syna?
- Kreon, po dziadku.
- Dobre, mocne. Dobre.
- Dzięki.
Jared przystanął.
- Wiesz, Rol, nie masz pojęcia jak bardzo zazdroszczę ci twojej rodziny.
Grzechot strzałów po dotychczasowej ciszy był tak zaskakujący, że w pierwszej chwili Rolaon nie zareagował. Dopiero strumienie krwi wypływające spod hełmu Jareda Khala sprawiły, że Rynt rzucił się za osłonę wypalonego samochodowego wraku. Jared bezwładnie zwalił się na ziemię metr dalej.
Powietrze wypełniło się pociskami, strachem i krzykiem.

Wiedzieli dopiero od kwadransa.
Augurianie nie mieli przygotowania wojskowego i przez ostatnie tygodnie popełnili wiele błędów. Mieli dużo, bardzo dużo broni która stworzyła im poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Początkowo próbowali nawet organizować patrole wokół Katedry Gniewu a w budynkach u podnóża wyniesienia wystawili warty... ale już po tygodniu nikt się tym nie przejmował. Augurianie zbyt podnieceni byli zbliżaniem się rytuału, by przejmować się mniej istotnymi według nich obowiązkami, tym bardziej że źródła Wielkiego Augura w tajnych służbach Vallandoru nic nie wiedziały o zbliżających się siłach Inkwizycji.
O tym, że na Palladionie są żołnierze Imperium augurianie dowiedzieli się przypadkiem. Harlon Vlyn, hipochondryczny urzędnik vallandorskiego Ministorum (dział kwerend departamentu logistycznego), po przybyciu do Katedry Gniewu uznał, że przebywanie na jednej z jej wież działa uśmierzająco na jego chroniczne bóle głowy. Tego dnia również tam był, zabijając czas dzielący go od rytuału. Czas zabijał rozmyślaniem co zrobi magosowi Urlonowi po powrocie. Spotkani tu współwierzący byli tak bogatą kopalnią inspiracji... Byle obyło się bez krwi, zabijane codziennie ofiary dostatecznie już mu ją obrzydziły. Przecinającego niebo "Centaura" dostrzegł w momencie, gdy zamierzał już schodzić.
Wielki Augur wiedział o tym trzy minuty później. Od razu zrozumiał, co może znaczyć niezidentyfikowany prom kosmiczny.
Mając do dyspozycji osiemdziesięciu siedmiu zdeterminowanych konspiratorów, ogromną siłą ognia i świadomość zbliżania się Obecności, Augur nie poczuł jednak strachu. Poczuł... podniecenie.
Ostatecznie, Obregon Granh o takiej chwili marzył od dawna. Tego jednego nauczył się od znienawidzonego ojca, gubernatora Vallandoru: władza nad zabijaniem to jedyna władza, która się liczy.

środa, 5 lutego 2014

Narzędzia gniewu, część III

Palladion przywitał ich skąpym deszczem.

Czterysta lat temu powierzchnia planety zbombardowana została torpedami termicznymi i dopiero od niedawna jej atmosfera zaczęła dochodzić do względnej równowagi. Deszcz padał tu obecnie właściwie niemal ciągle, zmieniając jedynie swą intensywność. Woda spływała na potępioną planetę, powoli wypełniając wyschłe niecki dawnych jezior i mórz. Jedynie zielone plamy porostów sugerowały, że istniało tu kiedyś rozwinięte życie. Rany zadane przez holokaust sprzed czterech stuleci dopiero zaczynały się zabliźniać.

Już dwa dni wcześniej serwoczaszki określiły miejsce niewidzianej tu od tak dawna ludzkiej aktywności, miejsce które zresztą w ogóle Uldora nie zaskoczyło: kompleks Katedry Gniewu. W ostatnich dziesięcioleciach przed nadejściem Inkwizycji i jej ognistej pomsty, Katedra była najważniejszym ośrodkiem tutejszego heretyckiego kultu. W cieniu jej strzelistych iglic narodził się i dojrzał bluźnierczy ruch którego akolici obalili i zamordowali miejscowego gubernatora, przejęli władzę nad planetą i ośmielili się rzucić wyzwanie Imperium. Pod archiwoltami jej portali Czerwoni Apostołowie wyrywali serca ofiarom, by następnie w obscenicznie sprofanowanej procesji zanieść je na ołtarz Świętego Niszczyciela. Taka przeszłość musiała tu zwabić heretyków z Vallandoru.

"Centaur" wyrzucił siły Inkwizytora u podnóża płaskiego, kamienistego płaskowyżu na którym znajdowały się zabudowania katedralne. Od celu dzieliły ich tu dwa kilometry usiane zerodowanymi ruinami miasta Tars, starej stolicy tej nieszczęsnej planety. Stali w cieniu powykręcanych resztek dużej, metalowej konstrukcji będącej niegdyś halą widowiskową lub sportową. Tars był oazą zwodniczej konsumpcji, upostaciowionym snem o spełniania pragnień. Wszędzie tu otaczały ich zgruchotane owoce tej przerażającej wizji: wypalone stadiony, skorodowane znaki reklamowe, puste skorupy sal tanecznych i hal targowych. Uldor poczuł cień mściwej satysfakcji na myśl o tym, jaki koniec spotkał tych niewolników własnej słabości.

- ...Drużyna C przeczesze tereny parkowe, idąc w drugim kwadrancie drużyny A. Odległość między wami nie może przekroczyć stu metrów. Co trzysta metrów cała awangarda zalega na pozycjach obronnych do momentu nawiązania kontaktu wzrokowego z drużyną dowodzenia...

Rom Garnen wydawał te polecenia trzem dowódcom pozostałych drużyn. Jego głęboki, basowy tembr głosu w naturalny sposób wymuszał posłuszeństwo. Ravas Soldan, nominalny dowódca plutonu kucał na uboczu czyszcząc machinalnie swój pistolet, osłaniany przed deszczem przez adiutanta z parasolem. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

- Zauważyłeś? - spytała Vexile podchodząc do inkwizytora. Deszcz przykleił jej rzadkie włosy do czoła, co w jakiś sposób dodawało jej twarzy przerażającego wyglądu. - Zjem twój paskudny kapelusz, jeśli ten ogryn nie był kiedyś gwardzistą. Za łatwo wchodzi w procedury bojowe jak na łajzę z Sił Samoobrony.

- Zauważyłem. Podobnie jak to, że jest za młody jak na weterana.

Hyde zagryzła wargę kręcąc delikatnie głową.

- Mamy więc nowego klienta?

- Czas pokaże - odpowiedział Uldor. - Czas pokaże. I okaż wreszcie szacunek mojemu nakryciu głowy.

- Okazałabym, gdybyś dał mi choć najmniejszą szansę. Myjąc go na przykład.

Narada sierżantów skończyła się i Garnen odwrócił się w stronę Soldana. Kapitan skrzywił się nieznacznie, podniósł się i schował pistolet do kabury.

- Możecie ruszać, akceptuję te ustalenia - powiedział znudzonym tonem. - Zróbmy co trzeba i wynieśmy się stąd.

- Tym fircykiem też chętnie bym się zajęła, szefie - szepnęła Vexile wywołując uśmiech inkwizytora. Drapieżny uśmiech.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Tales of Heresy

Czas na pierwszą czarnobiblioteczną recenzję.

W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.

Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.

Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...

A to jest Angron z mojej bajki

A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian  penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.

Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.

Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.

The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.

Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.

W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!

Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.

Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.

środa, 29 stycznia 2014

Narzędzia gniewu, część II

Ziarna herezji najlepiej wschodzą zawsze na glebie egoizmu.

Pięć lat temu Hastur Granh, gubernator Vallandoru nałożył na mieszkańców swej planety nowe podatki by sfinansować budowę nowego, monumentalnego pałacu, kolejnej zachcianki realizującej potrzeby jego wybujałego ego. Ani osiemdziesięciometrowy posąg Granha na szczycie trzystumetrowej wieży, ani śnieżnobiały, żyłkowany turkusowo marmur z Praxis, śmiałe kolumnady i masywne portyki nie zachwyciły mieszkańców. Zawrócenie biegu dwóch rzek dla celów transportowych, przymusowe wysiedlenia i wyburzenie miasteczka rodzinnego Granha na miejscu którego zaprojektowano pałac również nie wzbudziło ich entuzjazmu.  Rozpoczęły się protesty, marsze protestacyjne, pielgrzymki do katedr Eklezjarchii... Na wszystkich tych biednych głupców posypały się kule Mściwych Gwiazd, lokalnych psów łańcuchowych reżimu. Nie wszyscy na Vallandorze dali się jednak podporządkować.

Miesiąc po zamieszkach na ulicach planetarnej stolicy pojawiły się namalowane czerwoną farbą hasła nawołujące do rebelii. Sygnował je Wielki Augur, anonim głoszący potrzebę obalenia dotychczasowego porządku. Służby Granha stawały na głowie, by go ująć. Bezskutecznie. Tajemniczy buntownik zawsze był o krok przed agentami tajnej policji, kpiąc z nich coraz bezlitośniej. Wśród mieszkańców planety Augur stał się legendą. Egoistyczna megalomania gubernatora uruchomiła egoistyczne pragnienie wolności u jego poddanych. Wokół Augura zaczęli gromadzić się spiskowcy.

Każdy spisek to herezja.

Gdy rok temu na Vallandorze pojawił się Uldor Ulvendor, augurianie liczyli już co najmniej tysiąc członków, a ich terrorystyczne ataki dosięgały najwyżej postawionych funkcjonariuszy reżimu. Było zresztą jeszcze gorzej: przesłanie Augura dotarło w międzyczasie do trzech sąsiednich systemów, budząc coraz bardziej nerwowe reakcje miejscowej arystokracji. Rządzące elity próbowały rozwiązać sytuację stosując ślepą siłę. Na Maskacie 4b miejscowy Arcyhegemon ukrzyżował trzy tysiące podejrzanych. Król Ktezyfontu wydał dekret o publicznym obdzieraniu ze skóry każdego złapanego augurianina. Herezja wydawała zwykłe dla siebie owoce: strach, okrucieństwo, zdradę... I jak zwykle prędzej czy później musiała przyciągnąć uwagę Inkwizycji.

Kapituła na Rangalu IV sprawą zainteresowała się stosunkowo późno. Tamtejsze Ordo bez reszty niemal zaangażowane były w wydarzenia związane z Uzurpacją Casslehorna i zamieszanie na peryferyjnych światach subsektora początkowo nie zaprzątało uwagi inkwizytorom, tym bardziej że wydawało się, iż po trzech latach rozwoju herezja została zniszczona własnymi siłami gubernatorów. W 835.M40 roku tajne służby na Ktezyfoncie dopadły wreszcie lokalną elitę ruchu, co pociągnęło za sobą aresztowania. Na sąsiednich planetach tysiące egzekucji wydawały się położyć kres rebelii, choć Wielki Augur nadal znajdował się poza zasięgiem jego prześladowców.

I to właśnie zainteresowało Uldora.

Inkwizytor był przekonany, że Niszczące Potęgi zazwyczaj działają według schematów. Jednym z nich było zwracanie uwagi na przegrywających buntowników walczących o sprawiedliwość. Ich dusze były aż nadto łatwym łupem, ich determinacja i gniew zbyt użyteczne by bogowie Chaosu mogli to przeoczyć. Docierali więc do tych nieszczęśników oferując możliwość odwetu. I rzadko spotykali się z odmową. Nic dziwnego, ze działali schematycznie. Uldor postanowił sprawdzić, czy również i tym razem.

Nie zawiódł się, efekty śledztwa przyszły szybciej, niż mógł się spodziewać. Sail weszła w rolę zblazowanej dziedziczki arystokratycznego rodu szukającej nowych wrażeń w atmosferze okultyzmu. Stworzyła nielegalny periodyk pod nazwą "Cień Osnowy" i już po pół roku zaczęli pisywać do niego ludzie zafascynowani zakazaną wiedzą. Jeszcze lepiej poszło innemu człowiekowi Uldora, Augustowi Kaltenbachowi. Rozkręcił on czarnorynkową sprzedaż broni i po dwóch miesiącach działalności zaczął raportować inkwizytorowi o klientach zainteresowanych dużymi ilościami broni ciężkiej. Ulvendor zaczął porównywać te dane korzystając jednocześnie z osiągnięć tajnych służb Vallandoru, by następnie złożyć wizytę najważniejszemu podejrzanemu.

Arik Ran, czterdziestoletni nauczyciel z dużymi zasobami pieniężnymi, które przeznaczać zaczął na laskarabiny u Kaltenbacha, uczestnik antygubernatorskich demonstracji, zamieszkały w miasteczku z którego anonimowy "Oświecony" co miesiąc wysyłał do "Cienia Osnowy" artykuły wypełnione egzaltowanym podziwem dla "prastarych umysłów z Immaterium". Gdy Uldor wreszcie go odwiedził, zdruzgotane szczątki Arika Rana wyznały, iż augurianie odrzucili wiarę w miłosierdzie Imperatora, w ciągu ostatniego roku dwukrotnie już brał udział w rytualnym składaniu ofiar jakiejś "Obecności z Osnowy", a jego Mistrz Kręgu bierze właśnie udział w zgromadzeniu przywódców spisku gdzieś w systemie gwiazdy Bellikon. Inkwizytor nie potrzebował więcej informacji.

W systemie Bellikon było siedem planet, w tym dwie z warunkami przyjaznymi człowiekowi: Osinium i Palladion. Na tej drugiej czterysta lat temu przeprowadzono Exterminatus za tolerowanie kultu Khorna. Uldor Ulvendor zebrał swoją kadrę by rozpocząć polowanie na Augura.

Zanim jednak to zrobił, wykonał egzekucję na Ariku Ranie i czterdziestu dwóch członkach jego bliższej i dalszej rodziny.

niedziela, 26 stycznia 2014

Epitafium dla Bretonnii, część II

Oto druga część moich rozważań na temat pokrętnej historii Bretonnii w ramach staroświatowego settingu. W części pierwszej zajmowałem się mętnymi czasami pierwszej i drugiej edycji WFB. Dziś czas przyszedł na rewolucję z lat 1986-87.

Rok po opublikowaniu drugiej edycji WFB Stary Świat ostatecznie już przybrał formę, do której z grubsza jesteśmy przyzwyczajeni.

Marsz ku potędze Games Workshop właśnie się rozpędzał. Ktoś w Nottingham postanowił, że czas zakończyć dziwny mariaż RPG z grą strategiczną. Nieznany mi autor tej decyzji okazał się być odważnym geniuszem, bo przecież cały dotychczasowy sukces firmy opierał się na fali popularności gier fabularnych i siłowe doczepianie Warhammerowi elementów RPG nie było przecież przypadkiem. Kto wie, może stał za tym sam Tom Kirby, arcywróg Wszystkiego Co Dobre – właśnie w 1986 roku dołączył on do firmy, od razu w randze General Managera...

Ktokolwiek by nie był autorem tej decyzji, przyniosła ona nam w latach 1986-87 dwa produkty o fundamentalnym znaczeniu dla rozwoju settingu: Warhammer Fantasy Role Play i trzecią edycję Warhammer Fantasy Battle. Przyniosły one nową, spójną, uszczegółowioną i częściowo zmienioną wizję Starego Świata, wizję mroczną i dekadencką, brudną i pesymistyczną... aczkolwiek też bohaterską i efektowną. Zresztą spójrzcie: „Fizyczne i duchowe zepsucie ras, stworzonych przez Dawnych Slannów w końcu spowoduje ich zagładę. (...) po ostatecznym tryumfie Chaosu wszelkie życie ulegnie rozkładowi w spienioną protoplazmę, w której unosić się będą zagubione, rozdarte i bezbronne dusze, cierpiąc męki zadawane przez bezlitosnych bogów Chaosu. Zwycięstwo Chaosu, chociaż pewne, może zostać jednak odsunięte (...)”.  Wojownicy i magowie przemierzający lochy Advanced Dungeons and Dragons patrzyli na to w niemym zadziwieniu... Były to czasy, gdy podręczniki „Realm of Chaos” zaczynały się słowami „for mature readers” a na tylnich okładkach książek WFB pojawiały się koźle głowy obramowane pentagramami.

Bretonnia nie jest tu już efemeryczną wzmianką z dwoma „t” w nazwie. W obu podręcznikach kraj ten ma poszerzony opis oraz mapę z naniesionymi najważniejszymi punktami geograficznymi. Przy bliższym spojrzeniu jednak tych, którzy znają jedynie najnowsze bretońskie inkarnacje czeka niemały szok. Co prawda geograficznie królestwo znajdowało się już w znanym wszystkim miejscu, z rzekami i miastami we współczesnej formie, a armia już wtedy zdominowana była przez ciężkozbrojne rycerstwo, ale na tym kończyły się podobieństwa. Bretonnia z okresu schyłku lat osiemdziesiątych XX wieku była bowiem prawdziwym jądrem ciemności Starego Świata. Bretońska arystokracja była już wtedy kawaleryjską elitą, ale puder gęsto położony na ich twarzach skrywał krosty, wrzody i znamiona po chorobach i mutacjach chaosu. Ich serca przeżerała krótkowzroczna dekadencja i pogarda dla ludu. Ich życie było nieustanną pogonią za przyjemnością, realizowaną na różne zdeprawowane sposoby: dwory rozbrzmiewały gwarem nieustannych zabaw, wino lało się szerokimi strumieniami (w Bretonnii funkcjonował związek frazeologiczny „trzeźwy z Bordeleux” oznaczający występowanie czegoś zupełnie nieprawdopodobnego), tworzyły się tajemne kulty szukające nowych poziomów spełnienia a w Parravon zblazowani arystokraci nocami najprawdopodobniej  urządzali sobie polowanie na ludzi z gminu... O poszukiwaniach Graala nikt tu najwyraźniej nie słyszał. W porównaniu z Bretonnią, brudne i zabobonne Imperium wyrastało na ostoję cywilizacji.

Louen Leoncoeur nie mógłby rządzić tym bagnem. I nie rządził. Nikt o nim tam nawet nie słyszał. Królestwo rządzone było przez Charlesa de la Tete d`Or III (czyli Karola III Złotogłowego), lekkomyślnego, łasego na pochlebstwa nieudacznika który odgrodził się od pogarszającej się sytuacji swego państwa murami pałacu Oisillon (tak, tak, Couronne nie jest tu stolicą). Był pod tym względem zresztą kontynuacją niedobrej tendencji zapoczątkowanej przez jego dziadka, Karola I Ogromnego (co wydaje się być aluzją do jego tuszy), za którego panowania rozpoczął się proces upadku bretońskich miast i morale bretońskiej szlachty. Wszystko to jest dosyć czytelną aluzją do ostatnich lat ancien regime`u sprzed szturmu na Bastylię, co było niezłym pomysłem w aspekcie wizji całego Starego Świata który przecież tylko czekał już na swą zagładę. Nawiasem mówiąc, skoro już o bretońskich królach mowa: założycielem państwa już wtedy był Gilles le Breton, ale nie walczył on wcale z orkami: to zwykły zdobywca, który rządząc początkowo na zamku Gisoreux doprowadził do podboju większości dzisiejszego terytorium królestwa (podbój 70 lat później zakończył jego wnuk Guillame Barbenoire).

Osoba władcy nie jest jednak ostatnią różnicą dzielącą tę wczesną Bretonnię od współczesnej. Różnica tkwi również w samej strukturze państwa. Struktura polityczna Bretonnii nie była oparta na systemie lennym. Królestwo było klasyczną monarchią absolutną z prowincjami nie będącymi udzielnymi feudum, lecz okręgami zarządzanymi przez mianowanych przez króla gubernatorów. To tak naprawdę jedynie pogarszało sytuację, gdyż łatwo sobie wyobrazić jakie indywidua lokowane były na tych stanowiskach przez króla tak miernego, jak Karol Złotogłowy. Krwawy sadysta z Quenelles lubujący się w egzekucjach i okaleczeniach, skorumpowany do cna zarządca Brionne czy zanurzony w absolutnej, niezrozumiałej inercji pan Moussillon – oto typowi przedstawiciele tego kwiatu bretońskiej arystokracji. Sądząc z opisu miasta, jedynie zarządca Couronne był fachowcem godnym stanowiska, co stanowi zapowiedź przyszłego awansu tego ośrodka.

Poza wspomnianym wcześniej Couronne, miasta Bretonnii były siedliskami degeneracji, słabo maskowanej przepychem siedzib klasy rządzącej (właściwie, to nawet w Couronne można było ją zauważyć, tyle że w mniejszym stopniu). W Brionne rządził syndykat przemytników, których nieformalnym przywódcą był miejscowy gubernator. W dzielnicach nędzy Bordeleux ciągle wybuchały nowe epidemie i kwitnął handel dziećmi, bogowie jedni wiedzą w jakim celu. Gisoreux, największe miasto królestwa wstrząsane było przez powtarzające się zamieszki uliczne, a w podziemiach plenią się chaotyczne kulty tworzone przez znudzonych arystokratów. Moussillon oczywiście musiało się wyróżnić. Co prawda nie stworzono jeszcze wtedy wampirycznej podbudowy legendy tego miejsca, ale i tak w Bretonnii nazywało się je Miastem Przeklętych ze względu na przerażającą apatię, w której pogrążyli się mieszkańcy po katastrofalnym trzęsieniu ziemi pół wieku wcześniej. Ze względu na nią Moussillon przeżerała entropia i obojętność, nikt nie odbudowywał ruin, nikt nie leczył pleniących się chorób, nikt nie zwalczał mutantów, którzy w świetle dnia bez skrępowania chodzili po ulicach....

Na koniec wreszcie: ani WFRP ani WFB 3rd nie pisze się nic o tym, by istniały jakiekolwiek swoiste tylko dla Bretonnii kulty religijne. Wręcz przeciwnie: w Couronne znajduje się wielka świątynia Shallyi, bogini zdrowia. O kulcie Pani jeszcze nikt nie słyszał, aczkolwiek długo to już nie potrwa.

Między 1986 a 1987 rokiem Bretonnia ostatecznie już weszła do warhammerowego uniwersum. Była wtedy obrzydliwym i fascynującym dzieckiem, idealnie pasującym do apokaliptycznej nieco wizji reszty uniwersum. Dziś ostało nam się z tego jedynie Mousillon...

cdn (?)

środa, 22 stycznia 2014

Narzędzia gniewu, część I

Tym wpisem chciałbym zainaugurować jeszcze jeden dział Minas Kolmar, Szufladę. Będzie ona wypełniona moją warhammerową grafomanią, zazwyczaj w sztafażu 40k. Przy okazji, jeśli nie podobał się Wam wpis "Epitafium dla Bretonnii" to mam dla Was smutną wiadomość: następnym wpisem będzie prawdopodobnie jego druga część.

Tekst poniższy jest pierwszym opowiadaniem, jakie kiedykolwiek zacząłem pisać w uniwersum GW. Ma dwie ciekawe cechy: jest ze wszystkich najdłuższe (7000 znaków) i jest niedokończone. Publikowane będzie co jakiś czas w małych, lekkostrawnych odcinkach. Jej część została już kiedyś opublikowana na Forum Obserwatora, w międzyczasie jednak pomiędzy pisaniem do SotM dopisałem jeszcze trochę, więc bywalcy FO również coś nowego tu znajdą. Akcja rozgrywa się na wykreowanym na moje potrzeby kawałku Drogi Mlecznej, w subsektorze Artakserkses (sektor Probus). Wybaczcie też swego rodzaju kanoniczną odwagę ;)


Wbijający się w atmosferę Palladiona prom zakołysał się, powodując nerwowe szepty wsród siedzących w komorze desantowej żołnierzy. Uldor uśmiechnął się lekko, przypominając sobie swoje własne pierwsze lądowanie planetarne. Zanieczyścił wtedy pół kabiny pasażerskiej frachtowca wiozącego go na Rangal IV, do siedziby lokalnej kapituły Ordo Hereticus. W jego życiu od tego czasu minęły już całe eony, ale zapachu wymiocin i uczucia palącego wstydu nie zdołał z głowy wyrzucić aż do dziś. W porównaniu z nim, ta zbieranina z Sił Samoobrony Osinium radziła sobie całkiem nieźle, chyba że to obecność inkwizytora pomagała im w utrzymaniu nerwów na wodzy. Inkwizytora i jego kadry. W ich obecności mogli zapomnieć o turbulencjach. 

Już trójoka Tara Sengar powinna im wystarczyć. Żołnierze z Osinium nigdy chyba nie odbywali podróży międzyplanetarnych, więc widok kogoś z Navis Nobilae wyraźnie ich zaszokował. Uldor miał jednak wrażenie, że jeszcze większy wstrząs ludzie z Sił Samoobrony przeżyli dowiadując się, kim jest niewysoka, drobna brunetka również należąca do ludzi inkwizytora. Psionik! Strzeż się czarownicy, nauczało Imperialne Kredo, nie daj żyć wiedźmie, gdyż jest bramą dla mrocznych obecności z Osnowy. Sail Venas w ich oczach była niezrozumiałym odstępstwem od tych świętych zasad, aberracją tolerowaną wyłącznie ze względu na Uldora. Aberracją trudną do zignorowania, gdyż Sail świadomie całą swoją osobą prowokowała tego typu reakcje: pentagramowe kolczyki, teksty zaklęć na zwisających ze skórzanego pasa zwitkach pergaminu czy umieszczony na czole niepokojący tatuaż Adepta Astra Telepathica, gorejące czerwienią oko na tle czarnego signum Inkwizycji; wszystko to krzyczało do otoczenia z kim ma do czynienia. Venas nie dawała nikomu luksusu ignorowania jej zdolności. 

- Dziesięć minut do lądowania - zaskrzeczał vox-emiter głosem Tary Sengar. 

Jeden z żołnierzy Sił Samoobrony nie wydawał się być poruszony ani wchodzeniem w atmosferę Palladiona, ani obecnością Inkwizycji na pokładzie promu. Uldor zwrócił na niego uwagę jeszcze w astroporcie na Osinium. Rom Garnen, zastępca dowódcy plutonu Sił Samoobrony który przydzielony mu został przez gubernatora był ogrynem, niezwykłym ogrynem. Ludzie dotknięci gigantyzmem zazwyczaj wyróżniali się niezbyt subtelnym prymitywizmem rysów twarzy, dającą się wyczytać z oczu bezmyślnością, fatalnym stanem higieny i bełkotliwym sposobem wyrażania swego zdania. Żaden z punktów tej charakterystyki nie pasował do Garnena. Jego wyciosana z samych kątów i płaszczyzn twarz sugerowała jakąś surową szlachetność, stalowoszare oczy zaś chłodną inteligencję. Tylko rozmiary zdradzały w nim ogryna: miał ponad dwa i pół metra wzrostu. Uldor obiecał sobie w duchu że sprawdzi z jakiego świata pochodził ten porucznik, gdyż powinien być on perfekcyjnym ośrodkiem rekrutacyjnym dla Imperialnej Gwardii. O ile już nim nie był. Garnen był weteranem, świadczyły o tym delikatne blizny pokrywające mu twarz niczym pajęczyna. Jedna z nich, znajdująca się na czole, mocno się wyróżniała: była duża i miała zadziwiająco regularny, okrągły kształt. Jeśli ten człowiek potrafił wytrzymać takie rany, to był znakomitym materiałem na żołnierza. Ani narastający ryk powietrza, ani coraz silniejsze konwulsje miotające promem wydawały się nie sprawiać na olbrzymie żadnego wrażenia. Inkwizytor zaczął bawić się w myśli pewnym pomysłem... 

- Pięć minut do lądowania. 

Do komory desantowej weszła Vexile Hyde, ostatnia z jego kadry i jedyna nie wzbudzająca w żołnierzach z Osinium zabobonnego strachu. Bynajmniej nie dlatego, że ją zlekceważyli: twarda, brzydka twarz byłej gwardzistki od razu wzbudziła ich respekt. Vexile należała jednak do świata który znali, nie była brutalnym przypomnieniem mroków kosmicznej nocy. Jej rdzawoczerwony mundur Tobańskich Lansjerów był prosty i nie miał oficerskich dystynkcji. Ludzie Garnena od razu ją zaakceptowali. 

- Panowie, pamiętamy o priorytetach - zaczęła Vexile przytrzymując się barierki pomocniczych. - Po pierwsze: każdy człowiek którego tam spotkamy, jest wrogiem. Nie zważajcie na wiek i płeć. Nikt tam nie jest niewinny. Po drugie: musimy mieć przynajmniej jednego jeńca. Najlepiej Wielkiego Augura, jeśli będzie taka możliwość. Po trzecie: cała akcja musi trwać najwyżej kwadrans. Jeżeli dacie im więcej czasu, mogą się rozpierzchnąć, a szukanie pojedynczych heretyków na powierzchni całej planety, cóż, nie chcemy się w to bawić. Po czwarte: Uldor Ulvendor dowodzi cała operacją, co znaczy że dowodzi również wami. Jeżeli inkwizytorowi coś się stanie, rodziny was wszystkich obłożone zostaną interdyktem do trzeciego pokolenia wstępnego i zstępnego. A w to też nie chcecie się bawić. Nie zawiedźcie nas. Pytania? 

Odpowiedziała jej cisza. Dla większości miał to być bojowy chrzest, heretycy z Palladiona wyparli z ich umysłów strach przed ludźmi inkwizytora. 

- Ochroń Imperatorze narzędzia swego gniewu - odezwał się Uldor rozpoczynając dopinać zatrzaski karmazynowego pancerza.

niedziela, 19 stycznia 2014

Epitafium dla Bretonnii

Trzęsienie ziemi, które w warhammerowej niszy Internetu wywołała plotka o zmianach w Games Workshop dotarła właśnie do Minas Kolmar.

Nie mogła nie dotrzeć. Najbardziej chyba szokująca jej część, ta dotycząca kasowania czterech list armijnych z WFB dotyka mnie szczególnie: skazuje na powolną, chadecką śmierć moją ukochaną armię z tego uniwersum, dumnych kopijników z Bretonnii. To pierwsza i właściwie jedyna moja armia z tego settingu (posiadane Imperium nigdy jeszcze nie zostało przeze mnie wyprowadzone na pole chwały), armia dla której stworzyłem fikcyjne Hrabstwo Montbart w księstwie Quenelles, armia z którą jestem już od ośmiu lat. Wykonana na niej egzekucja zabiłaby i małą cząstkę mnie. I co prawda nie wierzę w dosłowność tej plotki, uznałem jednak, że to doskonały moment by oddać Bretonnii hołd opisując jej powikłane początki w staroświatowym settingu.

Pierwsze lata WFB są dla mnie oczywiście najbardziej tajemnicze. Jak już pisałem w innym wpisie, do uniwersum wkroczyłem dopiero wraz z ostatnią dekadą XX wieku, a i wtedy dość długo była to miłość platoniczna, opierająca się na lekturze dwóch bodajże opowiadań w Nowej Fantastyce. Początki bohatera wpisu są dużo wcześniejsze. Bretonnia po raz pierwszy pojawiła się w 1985 roku w książce Battle Bestiary, elemencie triady podręczników tworzących drugą edycję WFB. Pojawiła się epizodycznie, w najmniejszym możliwym znaczeniu tego słowa: sekcja listy armijnej „Old World Imperialists” (urocza nazwa swoją drogą, tak rodziło się współczesne Imperium) zawierała wzmiankę o geografii Starego Świata. Czytamy tam, że Imperium (które nawiasem mówiąc jest jeszcze nie „największym” lecz „jednym z największych” państw kontynentu) graniczy z Wielkim Księstwem na północy (to państwo jest dla mnie kompletną enigmą, najwyraźniej Imperium nie leżało jeszcze nad Morzem Szponów; może reminiscencja Litwy/Moskwy a więc Kislev?) a Brettończykami (!) na południu (!). Zamiast dwóch „n” mamy więc dwa „t” a sam kraj ze współczesnej południowo – zachodniej orientacji wobec Imperium przesunięty był nieco w kierunku wschodnim. Nie znajdziemy tam o „Brettończykach” niestety nic więcej, aczkolwiek wzmianka o południowym położeniu ich ojczyzny miała nas być może naprowadzać na następną listę armijną, czyli „Old World Southern City States”. Teza dosyć bluźniercza, gdyż mamy tu przecież do czynienia z zarodkiem przyszłej Tilei, aczkolwiek pamiętać warto iż trzon armii tych tajemniczych miast - państw tworzyły oddziały rycerzy (konnych i spieszonych) oraz masy zbrojnych (Man at Arms, również w wersji kawaleryjskiej i pieszej). Zgrozą przepełnia mnie fakt, iż ówczesne rycerstwo szczyciło się cechami Leadership i Cool (testowany w momentach zagrożenia) na poziomie 7 – a współcześni, lepsi od nich w tej mierze o jeden punkt Ld Knights of the Realm intensywnie tego typu testy u mnie oblewają. Jeśliby ta naciągana spekulacja była prawdą (ja w nią nie wierzę) i „Brettonia” w swych pradziejach kryła się wśród miast – państw południowego wybrzeża Starego Świata, to tak wyglądaliby przodkowie współczesnych rycerzy Pani:



Jeżeli już bawimy się w snucie spekulacji, to możemy cofnąć się jeszcze wcześniej, w przedziwne, archaiczne czasy pierwszej edycji WFB. Gra była wtedy egzotycznym amalgamatem elementów gry bitewnej i RPG w którym armia powstawała dzięki wcześniejszemu losowaniu jednostek. W 1984 roku pierwsza edycja WFB wzbogaciła się o obszerny, pudełkowy dodatek „Forces of Fantasy” z czterema podręcznikami w środku. Pierwszy z nich nazywał się po prostu „Forces of Fantasy vol. 1” i zawierał listy armijne. Listy są mocno „generyczne” i grają na mocno już wtedy zakorzenionych standardach fantasy (aczkolwiek wśród "Krasnoludów", "Gnomów", "Leśnych Elfów" czy "Goblinów" pojawiają się tu też Slannowie). Wśród nich znajduje się lista Men of the West. Ludzie Zachodu żyją w feudalnych monarchiach o ściśle zhierarchizowanych społecznościach z dominującymi arystokratami i rycerstwem. Co ciekawe, jest tam zapis że KAŻDE ich państwo rządzone jest przez króla. Oznacza to, że w tym pierwotnym, mgławicowym jeszcze uniwersum z pewnością nie było dzisiejszego Imperium w żadnej, nawet najbardziej zarodkowej postaci (pozostałe frakcje ludzi też do niego tam nie pasują: „Men of the East” to Arabia, „Men of the North” to Norsowie a „Men of the Orient” to prapoczątki Nipponu). Men of the West ze swoją poruszającą się osiem cali ciężkozbrojną konnicą, formacjami długich łuków i chłopską piechotą są w swoim wzorowaniu się na XIII – XIV wiecznym Zachodzie prawdziwymi przodkami idei Bretonnii. W tym ujęciu Bretonnia staje się najstarszą armią homo sapiens ciągle istniejącą w WFB, o rok starszą od obecnie sztandarowego Imperium. I naprawdę ktoś w Nottingham chce ją zlikwidować? Absurd!  
Men of the West w całym swoim bretońskim splendorze

czwartek, 16 stycznia 2014

A.D. 2013

Na początek roku nowego pozwalam sobie na drobne spojrzenie wstecz, by podsumować rok ubiegły w moim lokalnym hobbystycznym uniwersum. Rok kryzysu i nadziei.

Dla mojej bitewnej frakcji (Chodzieskiego Klubu Gier Bitewnych Battleground) nie był to z pewnością czas łatwy. Po latach tłustych przychodzą chude a koniunktura ścigana jest nieubłaganie przez dekoniunkturę, więc i nasze chodzieskie środowisko wplecione jest w ten cykliczny rytuał. Dwa ostatnie lata to inercja i entropia. Niektórzy odeszli od hobby, innych porwało studenckie życie, jeszcze inni uwikłani w rodzinnych bojach nie mają już/na razie czasu na boje figurkowe. 2013 widział klubowe warsztaty z 3-4 uczestnikami, a te z frekwencją wyższą wywoływały szok i niedowierzanie. Pomalowałem zaledwie kilka modeli, rozegrałem pięć starć w WFB i cztery w WH40k.

Nie składamy jednak broni. W poszukiwaniu świeżej krwi rozpoczęliśmy ofensywę na Facebooku (na razie bezowocnie, aczkolwiek wśród obserwujących są już ludzie spoza klubu). Baza makiet klubowych znowu zaczęła rosnąć dzięki reorganizacji naszych finansów. I co chyba najważniejsze: po dwóch latach znowu zorganizowaliśmy ponadklubowy turniej WFB, XI Malleus z nagrodami o łącznej wartości 500 złotych (dzięki współpracy z Chodzieskim Domem Kultury). Frekwencja nie była może nokautująca (11 graczy plus przygodni widzowie), ale wieści o rezurekcji chodzieskiego Warhammera poszła w Wielkopolskę i mam nadzieję, że to ziarno przyniesie plon.


Zdecydowanie aktywniej było w moich ekskursjach fluffowych. Comiesięczny konkurs "Story of the Month" odbywający się pod auspicjami forum Gloria Victis zdopingował mnie do napisania czterech drobnych nowelek, z których jedna ("Strzał") wygrała 16 edycję SotM (poza tym dwie następne są na etapie "wiecznego tworzenia", nie zgłoszone na Glorii z uwagi na przekroczenie limitu czasowego). Miłym zwieńczeniem tej aktywności było umieszczenie mojego opowiadania z 2012 roku w antologii SotM (chodzi tu o "Parcere subiectis" z edycji "Psionik"), za wydanie której serdecznie dziękuję chłopakom z Gal Vorbak (grono zarządzające konkursem). Poza tym, pod mój czytelniczy nóż poszło kilka pozycji Black Library: Helsreach i Catechism of Hate z serii "Space Marine Battles"; Legion, Battle for the Abyss i Mechanicum spod znaku "Horus Heresy" a także otwierający trylogię o Nocnych Łowcach Soul Hunter. Wszystkie te anglosaskie rzędy liter sprawiły, że królem Czarnej Biblioteki stał się u mnie Aaron Dembski - Bowden, co w przyszłości chciałbym uzasadnić stosownymi recenzjami.

Zaczynający się właśnie rok 2014 budzi we mnie wielkie nadzieje. Plan bojowy jest następujący:
- organizacja czterech Malleusów
- odrodzenie Bolteriady, naszego lokalnego turnieju 40k
- stworzenie zalążku sił wampirzych i skaveńskich do WFB
- delikatne wejście w jeden z tych niszowych systemów, które tak intensywnie i atrakcyjnie Fireant promuje (Infinity szczególnie mnie kręci, ale nie wiem w co by tam zainwestować jeszcze)
- dokończenie tych przeklętych opowiadanek do WH40k, które nie potrafią się sfinalizować.

wtorek, 14 stycznia 2014

Noc Tajemnicy


Zacznę nostalgicznie, bo z upływem lat coraz bardziej nostalgiczne ze mnie stworzenie.
Sierpień 1990. Inny świat. Rewolucja zaczynała właśnie pożerać własne dzieci, Lech Wałęsa wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim rozkręcał "wojnę na górze" ze środowiskiem skupionym wokół ówczesnego premiera, Tadeusza Mazowieckiego (u boku atakującego duetu był wtedy rodzący się Kongres Liberalno - Demokratyczny z ówczesnym bohaterem trzeciego planu, Donaldem Tuskiem). Zimna Wojna właśnie wygasała, a wojny nowego czasu dopiero miały zacząć się rozkręcać. W Europie było 11 państw mniej, niż obecnie.

W cieniu gigantów mały, nic nie znaczący ja przeżywałem właśnie małą, wewnętrzną rewolucję hobbystyczną.

Na fantastycznym polu w ogóle dużo się wtedy w Polsce zmieniało. Ławica krócej i dłużej żyjących wydawnictw zaczynała właśnie w rozpędzającym się tempie wydawać książki z blasterami, mieczami i prężącymi muskuły klonami cymmeryjskiego króla Akwilonii. Fantastyczna nisza nadal była niszą, ale była to teraz nisza głośna, arogancka i pewna siebie. CiA Books - Svaro (!), Phantom Press, Amber czy Rebis, wydawniczy pretorianie nowego świata zaczynali właśnie dorzynanie dawnych gigantów w stylu Czytelnika czy Iskier. Świat się zmieniał w każdym swoim aspekcie.

W sierpniu 1990 roku powoli kończyły mi się pierwsze w życiu licealne wakacje. Do poznanego dwa lata wcześniej pojęcia science-fiction (zasługa "Fundacji i Imperium" Asimova) dziarsko dołączało właśnie fantasy dzięki temu kultowemu wydaniu LotR i wydawanym chaotycznie opowiadaniom z Conanem i Kullem w rolach głównych. W takich właśnie okolicznościach kupiłem miesięcznik, który wypalił mi w mózgu małe, ale nieusuwalne piętno.

Nie pamiętam niestety, czy była to pierwsza Nowa Fantastyka, jaką kupiłem, a nie mam teraz dostępu do moich antycznych zbiorów. Był to jednak pierwszy numer, z którego opowiadanie zapamiętałem. Zapamiętałem samą okładkę z tą wściekłą czerwienią i widłobrodym karłem (całkiem niedawno dowiedziałem się, że to po prostu okładka umierającego właśnie "White Dwarfa" była, R.I.P). Zapamiętałem napis Fantasy z tym nonsensownym białym refleksem. Pamiętam ramkę, którą Oramus czy ktoś inny z jego ferajny umieścił w charakterze komentarza do opowiadania otwierającego, ramkę w której po raz pierwszy przeczytałem coś o egzotycznym wtedy dla mnie świecie spod znaku GW. No i pamiętam początek opowiadania, które numer otwierało. Sudenlandzką wełnę, w którą ubrany był Feliks. Nocną drogę w środku lasu.

Geheimnischnacht. William King.

Co zabawne, właściwie to nie pamiętam o co chodziło w tamtym tekście. Jakiego przeciwnika King podsunął Gurnissonowi. Kto musiał upaść pod jego toporem. Kilka lat później już wiedziałem, że to w zasadzie mało ważne, bo scenariusz był zawsze ten sam, jedynie liczba przeciwników z czasem eskalowała. Z pewnością było tam dużo piwa, rozmów o śmierci, zrzędliwych uwag do "człeczyny" i przeciwników nie rozumiejących, że ten akurat Zabójca Trolli zawsze umiera jedynie "nieomal". Nigdy nie była to wielka literatura, nawet na niezbyt wymagającym pod tym względem rynku fantasy. Mnie jednak zaraziła. Skaziła. Napiętnowała. Boję się przeczytać to po raz drugi, bo pewnie zniszczyłoby to mój mit założycielski, bo po raz kolejny przeżyłbym traumę utraty niewinności. Te rzędy liter wepchnęły mnie w RPG i gry bitewne, ich nie powinno się chyba poddawać konfrontacji z czterdziestoletnim prawie homo sapiens.

Ale czasem jestem kuszony.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Ab ovo

Minas Kolmar jest kaprysem, który zapewne podzieli los wielu innych kaprysów mojego autorstwa. Jest w mojej mózgoczaszce spory obszar ogarnięty hobbystycznym nowotworem i to właśnie zwyrodnienie chciałbym tutaj trochę poeksplorować. Książki, gry bitewne i inne, bawienie się w literata, może coś innego. Względnie nic.

Pretensjonalna nazwa bloga jest drobną wariacją tolkienistyczno - chodzieską. Chodzież to miejsce, w którym egzystuję, arena granicznych przepychanek między Niemcami a kolejnymi inkarnacjami Polski. W jednym z odcinków tego serialu, akurat gdy miasto było w rękach II Rzeszy, postanowiono jakoś mocniej zadeklarować germańskość regionu by trochę zmienić słowiański genius loci. Zmieniono Chodzieży nazwę posługując się nazwiskiem Axela von Colmara, pruskiego landrata który był dla tutejszych Niemców symbolem cywilizacyjnego awansu miasta. A ponieważ nazwa jakoś naturalnie pasuje do fantastycznego settingu, bezczelnie i rewizjonistycznie sobie ją pożyczyłem. Przepraszam.