Kolejny tom cyklu „Herezja Horusa” napisany został przez Dana Abnetta, jasne dla mnie było więc, że poniżej pewnego, solidnego poziomu nie zejdzie... i nie zszedł. Wyżej jednak się nie wzbił.
Uwaga: tradycyjnie najpierw będzie część bezspoilerowa, później, po ostrzeżeniu, spoilery pójdą w ruch.
Fabuła przenosi nas do Ultramaru, oddzielonego od reszty Imperium wywołanym przez Lorgara Ruinstormem. Siedzi tam w potrzasku Guilliman, ale też i inni prymarchowie, przeciągnięci niczym ćmy do lampy przez światło sztucznego sygnału nawigacyjnego uruchomionego na rozkaz prymarchy Ultramarinesów na planecie Sotha przez Barnabasa Dantiocha, ostatniego lojalnego Iron Warriora w galaktyce (afaik). Pojawia się więc Lion, pojawia Sanguinis (pręży się zresztą na okładce, więc żadna to niespodzianka, pojawiają się jeszcze dwaj inni, ale ich imiona mogą być dla niektórych niespodzianką (słabą, ale jednak), więc z ich podaniem się wstrzymam.
Mój największy zarzut do książki dotyczy właśnie fabuły. Rozwijany jest tu wzmiankowany już wcześniej koncept utworzenia przez Guillimana tytułowego Zapomnianego Imperium, Imperium Secundus. To naprawdę była ciekawa idea: wykorzystanie chaosu wojny domowej, by wykroić z państwa ojca oazę spokoju wokół Ultramaru. Abnett pomysł ten kompletnie marnuje. Od pierwszych stron przekonuje nas, że Roboute się waha, absolutnie nie ma nawet cienia złych intencji i tworzenie Imperium Secundus jest mu niemal narzucone przez otoczenie i okoliczności. SZKODA. Szansa na uczynienie tej postaci ciekawszą została zmarnowana.
Sama argumentacja za utworzeniem Imperium Secundus wydaje mi się naciągana i niespójna. Tworzenie państwa, które ma być natychmiast zapomniane, jeśli okaże się, że Terra jeszcze nie padła? Bo... to wzmocni morale? Herezja wiele już widziała nonsensów, ale ten i tak wygląda dosyć mocno na tym tle.
Po trzecie: działania głównego villaina „Unremebered Empire” opisane są w sposób, którego nie cierpię. Prowadzi on na Ultramarze wojnę partyzancką i jest nieuchwytny... ale nie pisze się, dlaczego, jak on wymyka się ścigającym. On jest nieuchwytny dlatego, że jest to cecha z jego charakterystyki. Autor nie sugeruje nam nawet, jak to się stało że ów złoczyńca pojawia się po prostu w niektórych lokacjach: on po prostu to robi i tyle. Szkoda.
Tym niemniej: i tak warto przeczytać, o ile jest się fanem uniwersum. Jest dynamicznie, pojawiają się ciekawe postacie (w tym moi ulubieńcy, John Grammaticus i Eldrad Ulthran), są sceny zapierające dech w piersiach (sposób, w jaki czarny charakter dostaje się na Macrage jest cudowny)... Szkód żadnych z przeczytania „Unremembered Empire” nie będzie.
Spoiler zone.
Książka całkiem zgrabnie łączy wątki z kilku poprzednich książek. Mamy więc epilog kampanii Thramas (flota Mrocznych Aniołów z Lionem i Konradem Curze na pokładzie ląduje w Ultramarze), mamy konkluzję Shadow Crusade (Ultramar jest kompletnie odcięty od reszty Imperium przez Ruinstorm wywołany działaniami Lorgara i Angrona), wyjaśnia się, gdzie dotarły Krwawe Anioły po rzezi z Fear to Tread, mamy wreszcie ciąg dalszy wydarzeń rodem z tomu Vulkan Lives (John Grammatikus i Vulkan pojawiają się na Macragge, ten ostatni zresztą w szczególnie spektakularny sposób: spada na niego niczym meteor).
Guilliman chyba się już otrząsnął po laniu, jakie sprawił mu Angron w Betrayerze, bo niczym nie zdradza pamięci o tamtym upokorzeniu. Stara się uczynić Ultramar ośrodkiem nowego centrum cywilizacyjnego ludzkości, jest bowiem przekonany, że Terra jest już zapewne w rękach Horusa (a Ruinstorm całkiem sprawnie odciął go od wszelkich stamtąd informacji). Utwierdza go w tym przekonaniu Tarasha Euten, szambelan, kobieta która gra u boku prymarchy rolę matki (co całkiem przytomnie zauważa w pewnym momencie Curze). Ten nowy ośrodek to w istocie nowe imperium, Imperium Secundus, choć jak zaznaczyłem już wcześniej, Roboute broni się jak może przed zarzutem secesji.
Siła Ultramaru w tym okresie gwałtownie rośnie. Główną zasługę ma w tym odkrycie na planecie Sotha przedludzkiej instalacji na górze Pharos, która, uruchomiona przez Dantiocha, służyć może za zapasowy Astronomicon. To jego światło przyciągnie przez rozszalały Ruinstorm kilka zagubionych flot lojalistów. Jedna z nich przysporzy zresztą Guillimanowi ogromnych kłopotów: eskadry Mrocznych Aniołów, tradycyjnie ekstremalnie nieufne, przygotowane będą do otwarcia ognia do swoich braci w ultramarynie, a co gorsza, ukrywać się tam będzie Konrad Curze...
To jest oś fabularna książki. Curze, przedstawiany tu jak kapryśne dziecko-sadysta (trochę szkoda, że tak płasko), zacznie na Macragge kampanię terroru. Wyżej pisałem już, że mam tę część książki za słabą jej stronę: Night Haunter przemieszcza się jak chce, zabija jak chce i oszukuje wroga jak chce... i praktycznie w żadnym momencie nie jest wyjaśnione, JAK ON TO ROBI. Po prostu to robi. Bo może. Jest w tym tak skuteczny, że prawie udaje mu się zabić dwóch prymarchów za jednym zamachem: najpierw trochę ośmiesza Robouta i Liona skutecznie broniąc się przed nimi jednocześnie, a potem niemal wysadza ich w powietrze (ratuje ich Deus ex Machina: okazuje się, że nadajnik na Pharos potrafi też teleportować).
Jest tu też wątek Cabalu. Obok Johna Grammaticusa, na Macragge pojawia się inny perpetual, Damon Prytanis. Duet ten ma zabić (ostatecznie) Vulkana, co zapowiedziane zostało już w Vulkan Lives. Pojawia się jednak nowa siłam mój ukochany Eldrad Ulthran zaczyna (chyba) działać niezgodnie z zamierzeniami swoich kolegów z pangalaktycznej konspiracji i sugeruje Johnowi, że jeśli to on wbije w Vulkana naergetyzowaną włócznię (a nie Curze, jak zakładał plan), to Vulkan nie tylko nie zginie, ale zostanie przy okazji uleczony.
Bo Vulkan zwariował.
Końcówka książki to jej najlepsza część. Ten cały końcowy szoł jest efektowny i satysfakcjonujący. Vulkan wydaje się być martwy, John znalazł się w rękach Cabalu (który pozbawił go możliwości respawnu przy okazji), a Curze udowodnił, że jest badassem (żałosnym, ale jednak), masakrując pewnego demona w jego warpowej dziedzinie. Imperium Secundus zostało proklamowane, z Sanguinisem jako regentem.
Przeciętność, ale z potencjałem.
6,5/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Angels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dark Angels. Pokaż wszystkie posty
piątek, 25 października 2019
wtorek, 16 sierpnia 2016
The Primarchs: The Lion
Coraz większej determinacji wymaga ode mnie brnięcie przez Prymarchów. Coraz większej, gdyż poziom nie rośnie. Zdecydowanie nie rośnie.
Trzecia nowela w antologii wraca do wątku Lwa Calibanu, Liona El'Jonsona. Jej akcję Gav Thorpe umieścił 2 lata po rozpoczęciu Herezji i prawie trzy miesiące po pojedynku Liona z Konradem Kurze na Tsagualsie. Wojna z Nocnymi Łowcami nadal trwa, ale Lew robi sobie w niej urlop po dotarciu do niego wieści o tym, że Gwardia Śmierci i Żelazne Dłonie urządziły sobie sparing na planecie Perditus. A Perditus to planeta, która miała w sercu prymarchy specjalne miejsce...
Nadchodzą spoilery.
Fabuła "The Lion" jest moim zdaniem największą słabością tego opowiadania. Na początek, jeszcze podczas podróży do Perditus, pokład Invincible Reason atakują demony z Osnowy. W trakcie starcia (nudnego jak flaki z olejem btw) El'Jonson dowiaduje się, że całkiem skuteczni w niszczeniu tego wroga są legionowi psionicy. Sugestia, by wobec tego zapomnieć o edykcie nicejskim i reaktywować Librarius wywołuje sprzeciw Redemptora Nemiela, jednego z głównych bohaterów "Descent of Angels" (Herezji nr 6). W związku z tym jego Prymarcha... ścina mu głowę.
Tak dosłownie.
Dekapituje.
Swojego genetycznego syna.
Za to, że ten sądził, iż Nikaea nadal obowiązuje.
O kurwa, pardon my french.
Ta scena jest tak gigantycznym absurdem, że przeczytałem ją trzykrotnie by upewnić się, że dobrze zrozumiałem. A potem zajrzałem jeszcze na Lexicanum, by się upewnić.
Ja wiem, że Lion El'Jonson kreowany jest w Herezji na dupka z tendencjami psychopatycznymi, tu jednak Thorpe pojechał tak bardzo po bandzie, że zrobił w niej wielką wyrwę. Prymarcha pozwolił żyć nawet Lutherowi po wydarzeniach na Sarosh, tymczasem tu... Co ciekawe, reszty legionistów również scena jakoś nie wzruszyła...
Później nie jest dużo lepiej. Rozgrywka z Typhonem z Death Guard i Midoą z Iron Hands jest bardzo słaba i jedynie tajemnica związana z Tuchulchą, dziwnym AI mającym chyba rodowód w Osnowie, zdolnym do precyzyjnych i szybkich skoków przez tę Osnowę, nieco końcówkę tego opowiadania ratuje. Końcowy monolog Liona w którym sugeruje, że najlepiej byłoby gdyby obie strony wojny zanihilowały się nawzajem jest nieco sztuczny, choć sam pomysł ma pewien potencjał.
Duże, bardzo duże rozczarowanie.
Trzecia nowela w antologii wraca do wątku Lwa Calibanu, Liona El'Jonsona. Jej akcję Gav Thorpe umieścił 2 lata po rozpoczęciu Herezji i prawie trzy miesiące po pojedynku Liona z Konradem Kurze na Tsagualsie. Wojna z Nocnymi Łowcami nadal trwa, ale Lew robi sobie w niej urlop po dotarciu do niego wieści o tym, że Gwardia Śmierci i Żelazne Dłonie urządziły sobie sparing na planecie Perditus. A Perditus to planeta, która miała w sercu prymarchy specjalne miejsce...
Nadchodzą spoilery.
Fabuła "The Lion" jest moim zdaniem największą słabością tego opowiadania. Na początek, jeszcze podczas podróży do Perditus, pokład Invincible Reason atakują demony z Osnowy. W trakcie starcia (nudnego jak flaki z olejem btw) El'Jonson dowiaduje się, że całkiem skuteczni w niszczeniu tego wroga są legionowi psionicy. Sugestia, by wobec tego zapomnieć o edykcie nicejskim i reaktywować Librarius wywołuje sprzeciw Redemptora Nemiela, jednego z głównych bohaterów "Descent of Angels" (Herezji nr 6). W związku z tym jego Prymarcha... ścina mu głowę.
Tak dosłownie.
Dekapituje.
Swojego genetycznego syna.
Za to, że ten sądził, iż Nikaea nadal obowiązuje.
O kurwa, pardon my french.
Ta scena jest tak gigantycznym absurdem, że przeczytałem ją trzykrotnie by upewnić się, że dobrze zrozumiałem. A potem zajrzałem jeszcze na Lexicanum, by się upewnić.
Ja wiem, że Lion El'Jonson kreowany jest w Herezji na dupka z tendencjami psychopatycznymi, tu jednak Thorpe pojechał tak bardzo po bandzie, że zrobił w niej wielką wyrwę. Prymarcha pozwolił żyć nawet Lutherowi po wydarzeniach na Sarosh, tymczasem tu... Co ciekawe, reszty legionistów również scena jakoś nie wzruszyła...
Później nie jest dużo lepiej. Rozgrywka z Typhonem z Death Guard i Midoą z Iron Hands jest bardzo słaba i jedynie tajemnica związana z Tuchulchą, dziwnym AI mającym chyba rodowód w Osnowie, zdolnym do precyzyjnych i szybkich skoków przez tę Osnowę, nieco końcówkę tego opowiadania ratuje. Końcowy monolog Liona w którym sugeruje, że najlepiej byłoby gdyby obie strony wojny zanihilowały się nawzajem jest nieco sztuczny, choć sam pomysł ma pewien potencjał.
Duże, bardzo duże rozczarowanie.
3/10
niedziela, 3 stycznia 2016
Age of Darkness
Znowu długo mnie nie było :)
Aby udowodnić, że w kazamatach Wieży nadal coś się dzieje, podzielę się z Wami (jeśli jeszcze ktoś tu zagląda ;) ) moimi odczuciami na temat ostatnio przeczytanej przeze mnie pozycji spod znaku Horus Heresy. Szesnasty tom cyklu jest antologią i nosi niewyszukaną, w pewnym sensie klasyczną dla uniwersum nazwę Age of Darkness.
Książka jest swego rodzaju oddechem po wielkich wydarzeniach poprzednich tomów. Nie ma tu kolosalnych bitew lądowych ani majestatycznych konfrontacji w próżni kosmosu. Generalnie fabuły tych nowelek rozgrywają się w drugim - trzecim roku wojny domowej, już po dropsite massacre ale jeszcze zanim to wszystko nabierze najbardziej monumentalnego rozmiaru. Jedynym elementem jakoś tam spinającym całość (prócz samej Herezji rzecz jasna) jest rodzące się Imperium Secundus, o którym czytamy tu chyba po raz pierwszy (wspomina się o tym projekcie szefa ultramarynów w pierwszym i ostatnim opowiadaniu zbioru). Poniżej moje luźne spostrzeżenia na temat wszystkich nowel należących do tego zbioru, do każdego dołączyłem ocenę w skali szkolnej. Na koniec jeszcze ogólne zestawienie przeczytanych przeze mnie herezyjnych tomików.
Rules of Engagement - Graham McNeill
Cóż, wielkie "horusowe" nazwisko, ale samo opowiadanie na kolana nie rzuca. Głównym bohaterem jest Remus Ventanus, dowódca 4 Kompanii Ultramarines, który prowadzi zacięte walki odwrotowe na planetach Ultramaru. Wojownicy Guillimana atakowani są zarówno przez siły Horusa Lupercala, jak i lojalistów wstrząśniętych secesją XIII Legionu (w związku ze wspomnianym przeze mnie wcześniej konceptem Imperium Secundus). Cała ta seria kolejnych starć (Ventanusowi przyszło tu walczyć po kolei z byłymi braćmi ze Straży Śmierci, Pożeraczy Światów, Salamander (!) i Synów Horusa) jest mocno nużąca, a taktyczne zagrywki rodem z Codex Astartes niezbyt wysublimowane. Na końcu jest mocny zwrot akcji... ale dla mnie jest on nieco przekombinowany i słaby.
Ocena: 3
Liar`s Due - James Swallow
Tu z kolei jest znakomicie. Swallowa poznałem ze średnio udanego Eisensteina i całkiem udanego Nemesis, tutaj jest zdecydowanie najlepszy. Akcja noweli toczy się na totalnej prowincji Imperium, na rolniczym świecie Virger-Mos II, a dokładniej w miejscowości o malowniczej nazwie 44. Forty-Four rozrosło się wokół stacji windy orbitalnej i jest niewielką, odizolowaną osadą w której żyje między innymi młody bohater tej historii, Leon Kyyter. Senny rytm życia zakłóca wiadomość, iż siły Horusa Lupercala właśnie zdobyły Terrę... No znakomita miniaturka, naprawdę. Nastrój zapomnianej przez wszystkich dziury zderzającej się nagle z Historią robi tu znakomitą robotę.
Ocena: 4+
Forgotten Sons - Nick Kyme
Tu jestem trochę rozdarty, bo znakomity początek został mocno popsuty przez słaby koniec. Opowiadanie traktuje o dwóch równoległych misjach dyplomatycznych, które równocześnie przybywają na przemysłową planetę Bastion. Obie strony galaktycznej wojny chcą, by Bastionici stanęli po jednej ze stron, Imperium reprezentują dwaj Astartes: Salamandra Heka`Tan i Ultramarine Arcadese. Zaczyna się intrygująco, potem jednak akcja staje się nielogiczna i kulawa. Koncept dziwnego asasyna, przedziwne działania sił Horusa... Jakoś mnie to nie przekonało.
Ocena: 3
The Last Remembrancer - John French
Krótka nowelka o Solomonie Voss, spamiętywaczu samego Horusa Lupercala. Protagonista został przechwycony przez siły imperialne i został osadzony w tajnej fortecy ulokowanej na Tytanie (dla grających w WH40k nie jest ona taka znowu tajna
). Niemal całe opowiadanie traktuje o przesłuchaniu, w którym Voss konfrontuje się z prymarchą Imperialnych Pięści i Iactonem Qruze, starym, znajomym Wilkiem Luny z pierwszych części cyklu. Tekst jest poprawny, zakończenie niegłupie.
Ocena: 4-
Rebirth - Chris Wraight
To był mój pierwszy kontakt z tym autorem i jestem bardzo mile zaskoczony! Moim zdaniem to najmocniejszy punkt antologii, choć ma wielu silnych rywali. Fabuła prezentuje nam grupę Tysiąca Synów, która podczas masakry na Prospero podróżowała przez Osnowę. Powrót na ojczystą planetę jest więc dla nich małym zaskoczeniem...
Nowela jest rewelacyjna. Ma smakowity, fabularny twist, nie obraża mojej inteligencji no i zawiera kolejne mocne mrugnięcie okiem dla fanów pewnej gry komputerowej i chapteru się z niej wywodzącego...
Ocena: 5-
The Face of Treachery - Gav Thorpe
A tu obniżenie lotów, choć nie dramatyczne. Odwiedzamy znowu system Isstvan, tym razem z grupą Kruczej Straży która tak jakby spóźniła się na starcie i zderza się z Pożeraczami Światów. Przeczytałem i ledwo pamiętam treść, choć jest tam ważny dla uniwersum epizod dotyczący jednego z prymarchów.
Ocena: 3+
Little Horus - Dan Abnett
To jest opowiadanie jakby wprost skierowane do tych, którzy są fanami przede wszystkim początkowej tetralogii cyklu. Horus Aximand prowadzi tu kampanię na planecie Dwell i zmierzyć się musi z nowym obliczem Legionu oraz pewną niemiłą niespodzianką. Cóż, napisane jest sprawnie... ale tak jakby nie do końca wiem po co, gdyż nic ważnego mi o Małym Horusie ono nie mówi.
Ocena: 3+
The Iron Within - Rob Sanders
A tu jest znakomicie. Głównym bohaterem jest Warsmith Żelaznych Wojowników Barabas Dantioch, ciężko poraniony podczas walk z hrudami i pozostawiony z małą załogą na świecie Mniejsza Damantyne. Wieści o Herezji nadciągają do niego niemal równocześnie z flotą jego Legionu... i Dantioch musi dokonać wyboru swej przynależności. Mocna batalistyka, mocne zakończenie, Warhammer w swej esencji.
Ocena: 4+
Savage Weapons - Aaron Dembski - Bowden
Mój czterdziestkowy ulubieniec nie zawodzi. Odwiedzamy Mroczne Anioły, które na początku trzeciego roku wojny domowej walczą (a jakże!) z Władcami Nocy. Opowiadanie przez jego większość wydawało mi się dobre, lecz nie wybitne... aż do zakończenia, które jest prawdziwą perełką. ADB nie zwalnia!
Ocena: 4+
Ocena całości: 3+
Aby udowodnić, że w kazamatach Wieży nadal coś się dzieje, podzielę się z Wami (jeśli jeszcze ktoś tu zagląda ;) ) moimi odczuciami na temat ostatnio przeczytanej przeze mnie pozycji spod znaku Horus Heresy. Szesnasty tom cyklu jest antologią i nosi niewyszukaną, w pewnym sensie klasyczną dla uniwersum nazwę Age of Darkness.Książka jest swego rodzaju oddechem po wielkich wydarzeniach poprzednich tomów. Nie ma tu kolosalnych bitew lądowych ani majestatycznych konfrontacji w próżni kosmosu. Generalnie fabuły tych nowelek rozgrywają się w drugim - trzecim roku wojny domowej, już po dropsite massacre ale jeszcze zanim to wszystko nabierze najbardziej monumentalnego rozmiaru. Jedynym elementem jakoś tam spinającym całość (prócz samej Herezji rzecz jasna) jest rodzące się Imperium Secundus, o którym czytamy tu chyba po raz pierwszy (wspomina się o tym projekcie szefa ultramarynów w pierwszym i ostatnim opowiadaniu zbioru). Poniżej moje luźne spostrzeżenia na temat wszystkich nowel należących do tego zbioru, do każdego dołączyłem ocenę w skali szkolnej. Na koniec jeszcze ogólne zestawienie przeczytanych przeze mnie herezyjnych tomików.
Rules of Engagement - Graham McNeill
Cóż, wielkie "horusowe" nazwisko, ale samo opowiadanie na kolana nie rzuca. Głównym bohaterem jest Remus Ventanus, dowódca 4 Kompanii Ultramarines, który prowadzi zacięte walki odwrotowe na planetach Ultramaru. Wojownicy Guillimana atakowani są zarówno przez siły Horusa Lupercala, jak i lojalistów wstrząśniętych secesją XIII Legionu (w związku ze wspomnianym przeze mnie wcześniej konceptem Imperium Secundus). Cała ta seria kolejnych starć (Ventanusowi przyszło tu walczyć po kolei z byłymi braćmi ze Straży Śmierci, Pożeraczy Światów, Salamander (!) i Synów Horusa) jest mocno nużąca, a taktyczne zagrywki rodem z Codex Astartes niezbyt wysublimowane. Na końcu jest mocny zwrot akcji... ale dla mnie jest on nieco przekombinowany i słaby.
Ocena: 3
Liar`s Due - James Swallow
Tu z kolei jest znakomicie. Swallowa poznałem ze średnio udanego Eisensteina i całkiem udanego Nemesis, tutaj jest zdecydowanie najlepszy. Akcja noweli toczy się na totalnej prowincji Imperium, na rolniczym świecie Virger-Mos II, a dokładniej w miejscowości o malowniczej nazwie 44. Forty-Four rozrosło się wokół stacji windy orbitalnej i jest niewielką, odizolowaną osadą w której żyje między innymi młody bohater tej historii, Leon Kyyter. Senny rytm życia zakłóca wiadomość, iż siły Horusa Lupercala właśnie zdobyły Terrę... No znakomita miniaturka, naprawdę. Nastrój zapomnianej przez wszystkich dziury zderzającej się nagle z Historią robi tu znakomitą robotę.
Ocena: 4+
Forgotten Sons - Nick Kyme
Tu jestem trochę rozdarty, bo znakomity początek został mocno popsuty przez słaby koniec. Opowiadanie traktuje o dwóch równoległych misjach dyplomatycznych, które równocześnie przybywają na przemysłową planetę Bastion. Obie strony galaktycznej wojny chcą, by Bastionici stanęli po jednej ze stron, Imperium reprezentują dwaj Astartes: Salamandra Heka`Tan i Ultramarine Arcadese. Zaczyna się intrygująco, potem jednak akcja staje się nielogiczna i kulawa. Koncept dziwnego asasyna, przedziwne działania sił Horusa... Jakoś mnie to nie przekonało.
Ocena: 3
The Last Remembrancer - John French
Krótka nowelka o Solomonie Voss, spamiętywaczu samego Horusa Lupercala. Protagonista został przechwycony przez siły imperialne i został osadzony w tajnej fortecy ulokowanej na Tytanie (dla grających w WH40k nie jest ona taka znowu tajna
). Niemal całe opowiadanie traktuje o przesłuchaniu, w którym Voss konfrontuje się z prymarchą Imperialnych Pięści i Iactonem Qruze, starym, znajomym Wilkiem Luny z pierwszych części cyklu. Tekst jest poprawny, zakończenie niegłupie. Ocena: 4-
Rebirth - Chris Wraight
To był mój pierwszy kontakt z tym autorem i jestem bardzo mile zaskoczony! Moim zdaniem to najmocniejszy punkt antologii, choć ma wielu silnych rywali. Fabuła prezentuje nam grupę Tysiąca Synów, która podczas masakry na Prospero podróżowała przez Osnowę. Powrót na ojczystą planetę jest więc dla nich małym zaskoczeniem...
Nowela jest rewelacyjna. Ma smakowity, fabularny twist, nie obraża mojej inteligencji no i zawiera kolejne mocne mrugnięcie okiem dla fanów pewnej gry komputerowej i chapteru się z niej wywodzącego...
Ocena: 5-
The Face of Treachery - Gav Thorpe
A tu obniżenie lotów, choć nie dramatyczne. Odwiedzamy znowu system Isstvan, tym razem z grupą Kruczej Straży która tak jakby spóźniła się na starcie i zderza się z Pożeraczami Światów. Przeczytałem i ledwo pamiętam treść, choć jest tam ważny dla uniwersum epizod dotyczący jednego z prymarchów.
Ocena: 3+
Little Horus - Dan Abnett
To jest opowiadanie jakby wprost skierowane do tych, którzy są fanami przede wszystkim początkowej tetralogii cyklu. Horus Aximand prowadzi tu kampanię na planecie Dwell i zmierzyć się musi z nowym obliczem Legionu oraz pewną niemiłą niespodzianką. Cóż, napisane jest sprawnie... ale tak jakby nie do końca wiem po co, gdyż nic ważnego mi o Małym Horusie ono nie mówi.
Ocena: 3+
The Iron Within - Rob Sanders
A tu jest znakomicie. Głównym bohaterem jest Warsmith Żelaznych Wojowników Barabas Dantioch, ciężko poraniony podczas walk z hrudami i pozostawiony z małą załogą na świecie Mniejsza Damantyne. Wieści o Herezji nadciągają do niego niemal równocześnie z flotą jego Legionu... i Dantioch musi dokonać wyboru swej przynależności. Mocna batalistyka, mocne zakończenie, Warhammer w swej esencji.
Ocena: 4+
Savage Weapons - Aaron Dembski - Bowden
Mój czterdziestkowy ulubieniec nie zawodzi. Odwiedzamy Mroczne Anioły, które na początku trzeciego roku wojny domowej walczą (a jakże!) z Władcami Nocy. Opowiadanie przez jego większość wydawało mi się dobre, lecz nie wybitne... aż do zakończenia, które jest prawdziwą perełką. ADB nie zwalnia!
Ocena: 4+
Ocena całości: 3+
piątek, 28 marca 2014
Fallen Angels
W ostatnich dniach skończyłem dwie równolegle czytane książki spod znaku BL, uraczę Was więc moimi związanymi z nimi refleksjami. W dzisiejszym wpisie zajmę się słabszą z nich, by późniejszy deser był odpowiednio dobry.
Nie znaczy to, że Fallen Angels Mike`a Lee to książka słaba. Piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo przecież Mike Lee był dla mnie największym rozczarowaniem antologii Tales of Heresy, gdzie jego wynurzenia dotyczące Space Wolves naprawdę mocno odstawały in minus od średniej tomiku. Tutaj jest co najmniej poprawnie, a ocena końcowa byłaby może nawet lepsza, gdyby nie to, że równolegle z książką o upadłych aniołach czytałem też ten drugi wzmiankowany przeze mnie wcześniej tytuł, który jest prawdziwym dynamitem (a który pozwolę sobie na razie zatrzymać w tajemnicy aż do kolejnego wpisu).
Książka jest naturalną kontynuacją Descent of Angels Mitchella Scanlona, czyli tytułu numer 6 w cyklu dotyczącym horusowej herezji. Zmiana autora nie powinna być szczególnym zaskoczeniem, to już niejako znak firmowy HH, że wątki bohaterów trzydziestego tysiąclecia niczym w sztafecie przekazywane są w kolejne pisarskie ręce. Wydani w 2009 roku Fallen Angels wpisują się w tę tradycję. Lee przejął więc prowadzenie historii dwóch najważniejszych bohaterów Zstąpienia Aniołów, czyli kronikarza/bibliotekarza Zahariela oraz redemptora (nie wiem, choinka, jak to oficjalnie przetłumaczono) Nemiela. Dawni przyjaciele po wydarzeniach na Sarosh zostali rozdzieleni i nawet chyba nie za bardzo im siebie nawzajem brakuje (Nemiel przez całą książkę Zaharielowi poświęcił jeden akapit wypełniony wątpliwą nostalgią). Redemptor znalazł się w najbliższym otoczeniu Prymarchy Jonsona i wraz z nim reaguje na początek Herezji (bo podobnie jak w wielu poprzednich tomach HH i tutaj na początku dochodzi do cofnięcia fabularnego zegara w okolice rzezi na Istvaanie III); z kolei Zahariel u boku odtrąconego Luthera zajmuje się tłumieniem rebelii, która w tym samym czasie zadaje siłom imperialnym na Calibanie coraz większe straty.
Książka zaczyna się mocnym akcentem. Powrót odrzuconych przez Lwa Astartes na Caliban budzi naprawdę spore wrażenie i Lee bardzo sobie tym emocjonalnym wstępem u mnie zaplusował. Potem niestety jest gorzej. Autor prowadzi wątki Zahariela i Nemiela naprzemiennie, co przez jakiś czas budziło moje znużenie: na Diamat i na Calibanie trwa wymiana ołowianych argumentów, przez co obie kampanie zlewają się nieco w nieco niestrawną dla mnie papkę. Moje obawy związane z osobą autora rosły i rosły. Na szczęście, w książce nie przemawiają jedynie boltery. W połowie lektury wątek Calibanu zaczyna się rozbudowywać i zdecydowanie przytłaczać zmagania Nemiela z ludźmi Horusa. HH jest cyklem o upadkach... i nie zawsze robione jest to z głową (Galaxy in Flames!), ale w przypadku Upadłych Aniołów motyw zdrady rozegrany został inteligentnie i zajmująco. To sprawia, że Fallen Angels jest zdecydowanie porządną lekturą z kilkoma przejrzystymi, acz przyjemnymi zwrotami akcji (końcowy twist w wątku Nemiela jest filmowy że aż strach!).
Ocena szkolna: 4-
Cóż, to jednak jedynie przygrywka. Następnym razem zrecenzuję książkę, przy której wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły BL bledną i umierają. Boleśnie.
Nie znaczy to, że Fallen Angels Mike`a Lee to książka słaba. Piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo przecież Mike Lee był dla mnie największym rozczarowaniem antologii Tales of Heresy, gdzie jego wynurzenia dotyczące Space Wolves naprawdę mocno odstawały in minus od średniej tomiku. Tutaj jest co najmniej poprawnie, a ocena końcowa byłaby może nawet lepsza, gdyby nie to, że równolegle z książką o upadłych aniołach czytałem też ten drugi wzmiankowany przeze mnie wcześniej tytuł, który jest prawdziwym dynamitem (a który pozwolę sobie na razie zatrzymać w tajemnicy aż do kolejnego wpisu).
Książka jest naturalną kontynuacją Descent of Angels Mitchella Scanlona, czyli tytułu numer 6 w cyklu dotyczącym horusowej herezji. Zmiana autora nie powinna być szczególnym zaskoczeniem, to już niejako znak firmowy HH, że wątki bohaterów trzydziestego tysiąclecia niczym w sztafecie przekazywane są w kolejne pisarskie ręce. Wydani w 2009 roku Fallen Angels wpisują się w tę tradycję. Lee przejął więc prowadzenie historii dwóch najważniejszych bohaterów Zstąpienia Aniołów, czyli kronikarza/bibliotekarza Zahariela oraz redemptora (nie wiem, choinka, jak to oficjalnie przetłumaczono) Nemiela. Dawni przyjaciele po wydarzeniach na Sarosh zostali rozdzieleni i nawet chyba nie za bardzo im siebie nawzajem brakuje (Nemiel przez całą książkę Zaharielowi poświęcił jeden akapit wypełniony wątpliwą nostalgią). Redemptor znalazł się w najbliższym otoczeniu Prymarchy Jonsona i wraz z nim reaguje na początek Herezji (bo podobnie jak w wielu poprzednich tomach HH i tutaj na początku dochodzi do cofnięcia fabularnego zegara w okolice rzezi na Istvaanie III); z kolei Zahariel u boku odtrąconego Luthera zajmuje się tłumieniem rebelii, która w tym samym czasie zadaje siłom imperialnym na Calibanie coraz większe straty.Książka zaczyna się mocnym akcentem. Powrót odrzuconych przez Lwa Astartes na Caliban budzi naprawdę spore wrażenie i Lee bardzo sobie tym emocjonalnym wstępem u mnie zaplusował. Potem niestety jest gorzej. Autor prowadzi wątki Zahariela i Nemiela naprzemiennie, co przez jakiś czas budziło moje znużenie: na Diamat i na Calibanie trwa wymiana ołowianych argumentów, przez co obie kampanie zlewają się nieco w nieco niestrawną dla mnie papkę. Moje obawy związane z osobą autora rosły i rosły. Na szczęście, w książce nie przemawiają jedynie boltery. W połowie lektury wątek Calibanu zaczyna się rozbudowywać i zdecydowanie przytłaczać zmagania Nemiela z ludźmi Horusa. HH jest cyklem o upadkach... i nie zawsze robione jest to z głową (Galaxy in Flames!), ale w przypadku Upadłych Aniołów motyw zdrady rozegrany został inteligentnie i zajmująco. To sprawia, że Fallen Angels jest zdecydowanie porządną lekturą z kilkoma przejrzystymi, acz przyjemnymi zwrotami akcji (końcowy twist w wątku Nemiela jest filmowy że aż strach!).
Ocena szkolna: 4-
Cóż, to jednak jedynie przygrywka. Następnym razem zrecenzuję książkę, przy której wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły BL bledną i umierają. Boleśnie.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Tales of Heresy
Czas na pierwszą czarnobiblioteczną recenzję.
W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.
Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.
Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...
A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.
Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.
Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.
The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.
Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.
W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!
Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.
Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.
W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.
Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.
Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...
A to jest Angron z mojej bajki
A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.
Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.
Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.
The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.
Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.
W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!
Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.
Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


