Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battleground. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Battleground. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2020

019.M3

     To był przedziwny rok w kontekście mojego bitewniakowego hobby.

     Z jednej strony: było bardzo ubogo, jeśli chodzi o granie. Zasadniczo, zagrałem tylko... pięć razy! Oto rejestr moich starć:
   * przegrana z Tyranidami (WH40K, Ulthwe)
   * przegrana z CSM (WH40K, Ulthwe)
   * remis z Arkanistami (Malifaux, Gildia)
   * przegrana z Tyranidami (WH40k, wielka koalicja Imperium, bitwa na 7k punktów, ja sterowałem Salamandrami i Wilkami)
   * zwycięstwo z Imperium (X-Wing, Rebelia)

     Powodem tego regresu jest ogólny kryzys gejmingu bitewniakowego w mojej ojczystej Chodzieży. Granie kompetytywne od dawna nam odjechało, nie chce nam się śledzić ciągle nowych przepisów, faqów, bigfaqów, dla kogoś, kto w tym wszystkim nie siedzi non stop staje się to wielkim, nieprzejrzystym chaosem. W dodatku mi osobiście nie podoba się obecna dynamika lore, gdzie do muzeum wkłada się klasycznych Astartes na rzecz Primaris, którzy są zaprzeczeniem tego wszystkiego, czym WH40k dotąd był (nagły postęp technologiczny vs świat pogrążony w technologicznej stazie).

     Z drugiej strony: jeszcze nigdy to hobby nie zabierało mi tyle czasu. Co prawda prawie już nie gram (gram, ale nie w bitewniaki: RPG zajęło opuszczony tron), ale za to maluję. MALUJĘ. Wprowadzenie Contrastów wywołało u mnie rewolucje, o czym tu już niejednokrotnie pisałem. Panie i panowie, w zeszłym roku pomalowałem 111 figurek. 111. Do takiej liczby wcześniej się nawet nie zbliżyłem. Powiem więcej, w stu procentach pomalowałem wcześniej podobną liczbę modeli RAZEM WZIĘTYCH. Contrasty, jeśli wiesz jak ich używać i jakie są ich ograniczenia, są po prostu niewiarygodnie dobre. Jestem w nich zakochany, co nie znaczy, że zapomniałem o innych farbkach: jeszcze nigdy w tak krótkim czasie nie kupiłem takiej ich ilości.

     Czy był to więc udany rok? TAK! Co z tego, że mało grałem, jeśli to, co granie zastąpił, dało mi tyle radości? Kto wie, może granie jeszcze wróci, a będę miał wtedy mnóstwo ładnie pomalowanych figsów :)

     Jakie są perspektywy na następny rok? Na pewno więcej malowania, tym bardziej, że kupka wstydu wcale nie maleje: ostatnio nabyłem dwie nowe armie (nekroni i drukhari) :D Trochę pograć też chciałbym, kto wie, może dojdzie do powrotu prostokątnych regimentów rodem z fantasy? Na pewno chciałbym też grać w X-Winga, Malifaux i mimo wszystko WH40k. Czy znajdę jednak na to czas?

     Ciężki jest los homo nerdis. Ale i fantastyczny.

piątek, 1 września 2017

Tau po raz trzeci

     Jedna z dwóch bitew, które miały miejsce na 147. warsztatach bitewnych (taka lokalna chodzieska inicjatywa), ta, w której byłem aktywnym graczem. Bitwa z Drzewcem :) Wieloletnia bratnia saga znalazła wczoraj swą kolejną kontynuację.

     Starcie obliczone było na 1500 punktów. Po ostatnich dramatycznych doświadczenia z moją piechotą, tym razem postanowiłem zaeksperymentować i w ogóle z niej zrezygnować. W efekcie powstała następująca rozpiska:

Spearhead Detachment

Farseer (Singing Spear)

5 Fire Dragons

3 Dark Reapers

Falcon (wyrzutnia rakiet, Shuriken Cannon, targeting matrix)

Falcon (Bright Lance, targeting matrix)

Wraithlord (Bright Lance)

Super-heavy Auxiliary Detachment

Wraithknight (Suncannon, Scatter Laser, Starcannon)

     Założenie: KAŻDA moja jednostka ma mieć zdolność zrobienia krzywdy tym wszystkim suitom. Poza tym, dwa Falcony ze względu na swą przestrzeń transportową miały pomóc Dragonom i ich żałosnym zasięgom dotarcie do wroga (i ewentualnie Reaperom również, choć akurat oni rażą na budzące szacunek 48 cali).

Drzewiec przeciwstawił mi również dwa detaczmenty.

Patrol Detachment

Commander (2 drony)

Commander (2 drony)

Riptide

5 Fire Warriors

5 Fire Warriors

Hammerhead

Super-heavy Auxiliary Detachment

Stormsurge


     Rozstawienie: Dawn of War. Scenariusz: Secure and Control (dwa znaczniki, po jednym w każdej ze stref rozstawienia).






     Całość moich sił skupiła się na prawym skrzydle, między kamiennym obeliskiem a ruinami, gdzie leżał też jeden z dwóch znaczników. Drzewiec rozmieścił niebieskoskórych bardziej równomiernie, od ruin na moim lewym skrzydle (tam był drugi znacznik) do wzgórza naprzeciw ruin zajmowanych przez Ulthwe. Tam też pojawiły się najgroźniejsze jednostki Tau: Riptide i debiutujący na polu walki Stormsurge.

     Początek był dla mnie dramatyczny. Miałem zaczynać, ale Drzewiec użył swojej ZŁOTEJ KOSTKI i wyrzucił 6. Przejęcie inicjatywy. Byłem tak załamany, że mignęła mi myśl o natychmiastowej kapitulacji. Tau w typowej dla siebie postawie stand&shoot. Nawała ogniowa która trwała, trwała i trwała...

     Moi żołnierze wyglądali trochę jak bramkarze ostrzeliwani laserami przez kibiców-idiotów. Sześć markerów co rundę. Potem salwy bogatego arsenału Drzewca. W pierwszej rundzie jego siły zachowywały się trochę jak piechota liniowa z XVIII wieku: stały i strzelały (poza delikatnymi ruchami Commanderów, którzy nie mieli pola widzenia). Efekty: zraniony Wraithlord (chyba 2 woundy), Wraithknight (też 2), jeden z Falconów (1 wound) i wybity do nogi oddział Dark Reaperów, którzy nie zdołali dzięki temu zrobić w tej bitwie absolutnie nic (poza ściągnięciem na siebie ognia, co w sumie też powinienem docenić).

     Szczerze mówiąc, doznawałem już cięższych strat po takich kanonadach.



     Eldarzy rzecz jasna preferują wojnę manewrową. Dragoni załadowali się w związku z tym do Falcona "z rakietami" i pomknęli ku ruinom eldarskim. Falcon "z lancą" ruszył ku skrajnej prawej flance i ustawił się przy wieży. Farseer wszedł do ruin, obok niego stanął Wraithknight. Wraithlord jako jedyny nie poruszył się wcale, kryjąc się pod coverem danym przez obelisk. W fazie psioniki zdecydowałem, co będę robił w fazie strzelania: rzuciłem Doom na Riptida (i Guide na Rycerza). Tak, Riptide musiał umrzeć.


     W mojej pierwszej turze strzeleckiej wypaliłem do niego ze wszystkiego co miałem. Riptide DOWN!

     Druga tura. Drzewiec nieco załamany, aczkolwiek nadal najpotężniejszy zawodnik w kolorach Ta`un nadal przecież stał. Stormsurge... Ogień poddanych eterali skoncentrował się tym razem przede wszystkim na Falconie "z rakietami" (czyli tym transportującym Dragonów) oraz Wraithknighcie. Rycerz ustał stosunkowo nietknięty, natomiast potężnie poturbowany został Falcon: sześć ran i realne zagrożenie zniszczeniem. Fire Warriorzy ukryci w północnych ruinach skaleczyli też Wraithlorda, który stał już jedynie na bodaj 5 ranach... Tym niemniej: żadna jednostka mi nie spadła!


     Ponieważ Falcon transportowy był mocno pokiereszowany nie ryzykowałem już dalszej podwózki. Dragoni w drugiej turze wyskoczyli i znaleźli się w upragnionych 12 calach od Stormsurga. Uwielbiam zapach melty o poranku... 10 ran wypłaconych gigantowi mocno podkopało morale Drzewca. Kolejne ciosy zadane przez Wraithknighta, Wraithlorda i Falcony ostatecznie powaliły kolosa. Stormsurge DOWN!

     Trzecia tura. Siły Tau opanował duch banzai. Dwaj Commanderzy rozpoczęli marsz ku załamującemu się prawemu skrzydłu. Ofiarami ich ostrzału padli Dragoni (swoje trzy grosze dorzucili jeszcze Fire Warriorzy), wybici do nogi przez ostrzał. Tyle, że to był koniec moich strat... Kombinacja słabych rzutów Drzewca i dobrych moich sprawiła, że to były jedyne eldarskie ofiary tej tury.

     W mojej trzeciej turze Falcon "z lancą" dokonał głębokiego zagonu na tyły Tau, wchodząc w ich strefę rozstawienia i prując ogniem do Fire Warriorów na kamiennym wzgórzu (którzy okazali się być zaskakująco odporni, bo dwóch przetrwało tę rundę). Poobijany Falcon "z rakietami" wycofał się kontrolować znacznik. Dwóch maszerujących ku mnie Commanderów Tau spotkało się z kontrreakcją Wraithknighta i Wraithlorda. Ten pierwszy spalił niestety szarżę (na 4 cale wyrzucił 3...), ten drugi wszedł w walkę wręcz, ale niestety nie zdołał jeszcze powalić przeciwnika, który przeżył z jedną raną.


     Koniec był już bliski. Niezwiązany walką Commander z nieznanych dla mnie przyczyn ograniczył się do strzelania (mógł szarżować i pomóc swemu walczącemu z Wraithlordem koledze). Ostrzał Commandera i Hammerheada mocno poturbował Wraithknighta, który spadł do 13 punktów życia (z 24). Tym niemniej, w walce wręcz drugi z Commanderów uległ wreszcie Wraithlordowi. W mojej rundzie zmasowany ogień zniszczył drugiego Commandera, Hammerheada i resztkę Fire Warriorów na wzgórzu. W tym momencie w armii Tau żył już tylko JEDEN z Fire Warriorów ukrywający się w ruinach na północy....

     Przeżył piątą turę, bo ukrył się tak, że go po prostu nie widziałem. Drzewiec desperacko chciał, by przeżył chociaż on.



     Ale ZŁOTA KOSTKA nie zadziałała po raz drugi. Zamiast wyrzucić 1 lub 2, co skończyłoby grę już po piątej turze, wyrzuciła chyba 3... W efekcie...



     Wynik: 8-1 (slay the warlord, dwa znaczniki, linebreaker - first blood).

     Wnioski? Ogień Tau nie jest już tak straszny, jak niegdyś. Co więcej, te wielkie machiny niebieskoskórych są stosunkowo miękkie (ich Lord of War ma tylko 20 woundów, nie wiem, czy jest inny który ma równie mało). Falcony nie są już tak niezniszczalne jak kiedyś, ale nadal potrafią sporo na siebie przyjąć.


sobota, 26 sierpnia 2017

Rycerze

     Było tak.

     Łzy Ishy wycofywały się już z nieszczęsnej planety Urartu, gdy nadleciały Kruki. Eldarzy zrobili tu już prawie wszystko, co chcieli zrobić. Sanktuarium Khorna było zniszczone. Czarnoksiężnik zabity. Pozbawione dowództwa Szkarłatne Kohorty pogrążone w bratobójczych walkach. Potencjał przemysłowy unicestwiony. Astroporty w płomieniach. Pajęczy Zwój z koordynantami portalów Drogi przejęty i zabezpieczony. Faeril Adhesaan, autarcha Łez, był zadowolony. Uznając, że nie można dłużej już czekać, zarządził ewakuację.

     Jak już wspomniałem, wtedy właśnie nadleciały Kruki. Krwawe Kruki.

     Z sojusznikami z rodu Terryn.

     Pierwsze ciosy Astartes spadły na Szkarłatne Kohorty, autarcha wiedział jednak, że siłom Ulthwe nie zostało już dużo czasu. Eldarzy nie przewidują takich rzeczy. Oni o nich wiedzą. Mon-keigh musiały być odciągnięte od miejsca translacji do Pajęczej Drogi, bo ich jednostki uderzeniowe znajdowały się zdecydowanie zbyt blisko. By odciągnąć ludzi od portalu, autarcha wysłał im na spotkanie naprawdę dużą przynętę.


***

     Bitwa na 1000 punktów, Aeldari kontra Space Marines wspierani przez imperialnego Rycerza. Bitwa olbrzymów, bo z mojej strony wyszedł Wraithknight :)

     Jak widać, Julek wystawił przeciw mnie dwie drużyny tacticali podzielone na dwa pięcioosobowe składy. Prócz tego Knight oraz Librarian w terminatorce, który na polu bitwy pojawił się w pierwszej turze z deep striku. Ja z kolei postanowiłem za wszelką cenę wystawić się w batalionie... i udało się. Niestety, w związku z tym wszyscy moi Avengerzy i Guardiani byli absolutnie goli. I średnio weseli.
     Misja Big Guns Never Tire. Rozstawienie Dawn of War. Imperium uderzyło pierwsze.

***

     Toril wiedział, że umrze i przestało go to już obchodzić.
     Z jego drużyny Mścicieli żył już tylko on i Bras, dwa granatowe cienie na ścianie baszty w ruinach Ut Szar. Ogień mon-keigh z pobliskiego wzgórza zabił pozostałych i niedługo już zabije ich.
     To nic. Mon-keigh ginęli również. 
     - Kolejna małpa nie żyje - krzyknął Bras wychylając się za róg wieży. - Khaine!
     Bras był młody i agresywny i Toril często myślał, że powinien wybrać świątynię Skorpiona na swej Drodze Wojownika. Ta agresja była dobra, ukierunkowana przez świątynię Asuryana dawała pewność i determinację, obie dalekie od zdradliwych podszeptów Niewysłowionego. Teraz jednak zamykały mu oczy na prawdę. A prawda była taka, że nie mieli już szans. Nie po tym, jak pod ogniem kroczącego ku nim monstrum oraz zwykłych mon-keigh obleczonych w czerwone pancerze legł Prorok. Obecnie kupowali jedynie czas reszcie uciekającej z Urartu armii.
     Ziemia zadrżała pod stopami biegnącego Upiornego Rycerza, szarżującego na stalowego lewiatana Imperium. Ziemia zadrżała, ale dreszcz który przeszedł Torila nie wynikał tylko z jej drgań.

***


     Bitwa skończyła się oczywiście moją klęską, jak zawsze w 2017 roku :) Jak widać na powyższej mapce, ja starałem się raczej bronić przy znacznikach, a Julek agresywnie dążył do zwary. Do takowej doszło na przełomie 2 i 3 tury... i było to starcie niemal tytaniczne. Dwie szarże Knighta i dwie Wraithknighta, efekt darmowego fall backu przyniosły nam furę emocji i funu. Ostatecznie z tego tytanicznego (niemal) starcia zwycięsko wyszedł Wraithknight, powalając swego imperialnego rywala mając zaledwie 4 woundy w zapasie. Za mało... Mój rycerz zdążył jeszcze zadeptać librariana przeciwnika, gdy ostatnią ranę (3 wcześniej odebrała mu melta bomba) zabrał mu... bolter jednego z Astartes koczujących przy stawku na lewej flance.

***

     Nie zauważył śmierci Brasa. Po prostu kątem oka zobaczył jakąś czerwoną plamę na ścianie tuż obok niego i już wiedział. Nie obejrzał się nawet. Młodzieńczy entuzjazm tego aeldari wyciekł wraz z jego płynem mózgowym na szare, zerodowane kamienie baszty Ut Szar, karmazynowa inskrypcja w tajemnym, nieznanym języku. Chwilę wcześniej na ziemię runął Upiorny Rycerz i Toril przysiągłby, że w jego końcowym jęku słychać było ulgę. Małpy w czerwonych pancerzach były wszędzie. Znikąd nie dobiegały go już strzały.
     Grupa mon-keigh zaszła go od tyłu. Szli w swoich prymitywnych, grubo ciosanych pancerzach z bronią, która samym swoim kształtem krzyczała swą brutalnością. Szumiał wiatr, gnany wznieconymi przez wojnę pożarami.
 - Poddaj się, lub giń - warknął gardłowo, zwierzęco jeden z napastników.
     Toril za miesiąc miał zejść z Drogi Wojownika. Chciał tego i się tego bał. Dziś nie było już strachu. Tylko wiatr.
     Podniósł katapultę i zamknął oczy.
     Tylko wiatr.

***



     Przegrałem jak sądzę z kilku powodów. Po pierwsze: za wszelką cenę chciałem mieć batalion i +3 do command pointów... no i miałem, tyle że w przeciwieństwie do Julka, u którego każdy oddział coś znaczył, u mnie cokolwiek znaczyli jedynie psionicy i Wraithknight. Najbardziej fatalnie wyglądało to u Guardianów, którzy byli pozbawieni swojego działka i w związku z tym ich broń strzelecka miała 12 cali zasięgu... 
     Po drugie: fatalnym błędem było obsadzenie mojej lewej flanki pojedynczą piątką Avengerów. No chciałem kontrolować znacznik, ale... w starciu z Astartes nie mieli wielkich szans, tym bardziej, że to oni startowali w tej bitwie pierwsi. Tym samym trochę za darmo straciłem 1/3 troopsów.
     Po trzecie: niepotrzebnie szarżowałem na Knighta. Pół biedy, że od czasu do czasu oberwałem z overwatcha. Najgorsze było jednak to, że nie zdawałem sobie sprawy z absurdalnej wartości bojowej w melee właśnie tego julkowego Wardena. Jego łapa bije z siłą 16 i zadaje D6 obrażeń. Gdy raz dwa takie ciosy przedarły się przez moją obronę, to zainkasowałem tuzin ran i nagle mój Wraithknight znalazł się na krawędzi przeżycia (a wcześniej absolutnie kontrolował to starcie i zmasakrował Wardena ogniem swego SunCannona.
     Tak czy inaczej, było wspaniale :)

sobota, 19 sierpnia 2017

Rzeź


   Różnie sobie dawniej radziłem z bitwami, w których mnie masakrowano. To w ogóle problem, który mogłoby sobie przepracować wielu wśród nas. Nie piszę tu zresztą wyłącznie o starciach o jakąkolwiek stawkę: nawet zupełnie towarzyskie starcia potrafią budzić demony wojny. Kiedy bawisz się w wojnę, ona czasem bawi się tobą.

     Gdy podczas mojego wczorajszego drugiego już spotkania z ósmą edycją WH40k siły Tau metodycznie wdeptywały mnie w ziemię stwierdziłem, że jednak w jakiś sposób wygrałem. Zracjonalizowałem tę klęskę i wyciągnąłem tyle z niej radości, ile było możliwe. A nie było to łatwe.

     Moi Eldarzy zmierzyli się z Tau, tym razem dowodzonymi przez Grubego. Niestety tylko na 500 punktów, a nie potrafię się odnajdywać w takich mikroskopijnych formatach. W dodatku w ogóle nie myślałem nad tym, kogo włożę do tej małej rozpiski. No, przesadziłem. Wiedziałem, że chcę tam mieć Skorpiony, by od razu na początku starcia wyeliminować Fire Warriorów. Poza tym bez sensu chyba umieściłem dwa oddziały Troops: Guardianów i Avengerów (Guardians ze Starcannonem). I wreszcie kluczowa sprawa dla mojej katastrofalnej pomyłki rozpiskowej: ponieważ od lat mam forgowego Wraithseera, a nigdy jeszcze nim nie zagrałem w jego właściwej roli... to tym razem umieściłem go jako dowódcę. Nie zwróciłem przy tym uwagi na to, że niemal wszystkie jego moce psioniczne dotyczą jednostek, których w mojej armii nie było :)


     Przeciw mnie stanęły siły bardzo szczupłe liczebnie, acz takie same punktowo. Prócz standardowych Warriorów i Commandera, nad polem bitwy górował masywny Ghostkeel. Wylosowaliśmy misję Relic, aczkolwiek nikt się tym znacznikiem w trakcie bitwy nie zainteresował...

     Bitwa była jedną wielką brutalną rzezią.

     Jedna rzecz mi się w niej udała, na samym początku. Przejąłem inicjatywę. Och, miłe złego początki! Skorpiony wyskoczyły na tyłach niebieskich komunistów, szykując się do szarży, a cała reszta moich sił ruszyła ku linii ruin, gdzie krył się wysunięty w infiltracji Ghostkeel. To był kolejny z moich kilku błędów, bo moja piechota nie miała przecież żadnych szans by zapestkować tego brutala, który w dodatku obniżał jej BS. W efekcie... strąciłem jego drona. Dysponujący silnym działem Wraithseer oczywiście nie trafił...  Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że szarża mojego walkera spaliła. Szarża moich Skorpionów spaliła. A potem Tau zajęło się tym, co umie najlepiej. Strzelaniem. Wybili mnie do zera do połowy IV tury, w zamian tracąc cztery drony i jednego Warriora :D Z pięciu moich szarż do skutku doszła jedna (wszystkie jeśli dobrze pamiętam paliły o...... JEDEN CAL). Ta jedna jedyna sprawiła, że Ghostkeel dostał jedną ranę od mojego nieumarłego walkera. W swojej turze niebieski gnojek w białym pancerzu po prostu sobie poszedł. Zresztą, po drugiej turze grałem już tylko po to, by zniszczyć Tau jakąś jednostkę. Nie udało się :)

     Ale chcę więcej! Ósemka mi się naprawdę podoba, jest dynamiczna i łatwa do zapamiętania, choć nie pozbawiona chyba wad (mieliśmy sporą zagwozdkę z tym, jak woundować jednostkę z różnymi wytrzymałościami, skoro alokacja ran jest później; okazaliśmy się na to za głupi, gdyż ostatecznie nie doszliśmy do zadowalających nas wniosków). Chcę więcej. I chcę wreszcie w to wygrać :)


piątek, 21 lipca 2017

Debiut

     Stało się. Ponownie zagrałem w czterdziestkę.

     Tak się składa, że wiem dokładnie, kiedy zagrałem po raz ostatni. Dokładnie, co do dnia, 3 lata i jeden miesiąc temu. Zresztą, tak naprawdę i wtedy to były niebywale rzadkie wydarzenia: w 2014 roku zagrałem dwukrotnie, w 2013 pięciokrotnie. Wchodzę więc teraz do zdecydowanie innej rzeki. Nie chodzi tylko o to, że zmieniła się edycja (ja zresztą siódmą też ledwie liznąłem). Chodzi też o to, że ja już kompletnie nie pamiętam tych wszystkich schematów i synergii, którymi grało się kiedyś Eldarami (Aeldarami). Na szczęście, zasadowy próg wejścia został tym razem przez ósmą edycję położony dużo niżej...

     Zagraliśmy z bratem na 1005 punktów (ta piątka to ukłon dla Drzewca, czyli mojego brata właśnie :) ). Postanowiłem w ogóle nie zastanawiać się, co właściwie włożę do rozpiski. Weszły do niej oddziały, które miałem akurat spakowane już w walizce (od trzech lat i jednego miesiąca). Oto waleczny warhost Ulthwe

Farseer
Singing Spear
Guide
Doom

Warlock
Witchblade
Conceal
Reveal

Dire Avengers (5+Exarch)
Power Glaive
Shimmershield

Guardian Defenders (11)
Starcannon

Fire Dragons (5)

Striking Scorpions (5+Exarch)
Biting Blade

Falcon
Crystal Targeting Matrix
Vectored Engines
Pulse Laser
Shuriken Cannon

Wraithlord
Bright Lance
Flamer
Scatter Laser
Shuriken Catapult

     Z tymi siłami ruszyłem zmierzyć się z rybami spod znaku Tau. A siły te pochodziły z podobnej łapanki jak u mnie (z góry zaznaczam, że nie pamiętam tu szczegółów)...

Commander w pancerzu

Kroot Carnivore Squad (10)

XV-88 (2)

Hammerhead

XV-104 Riptide Battlesuit

     RIPTIDE. W tym momencie uznałem (instynktownie rzecz jasna :D ), że będzie mi baaaardzo ciężko.

    Misja: Big guns never tire. Rozmieszczenie: Spearhead. Stół: nieco nieregulaminowy, bo szeroki jedynie na 38 cali :). Warlordami zostali Farseer (z traitem dającym przeżycie na 6) i Riptide (z traitem dotyczącym bodajże boost do liderki). Moje Skorpiony schowane do rezerw.  Niemal wszystkie moje siły poza gravem ukryły się za dużym wzgórzem, z kolei siły Tau wystawiły się ofensywnie, ufne w swą przytłaczającą siłę ognia. Krew mogła popłynąć.

     Drzewiec ruszył pierwszy. Jego znajdujący się na szpicy Riptide wskoczył na centralne wzgórze i obłożył ciężkim ogniem moich Guardianów, Wraithlorda oraz Falcona, korzystając z tego, że teraz strzelać można do różnych celów, wspierany w tym przez Hammerheada i XV-88 (oraz z tego, że Guardiani, choć niewidoczni, spokojnie mogli być trafiani przez esemesy). Wyniki tej nawałnicy były zaskakująco dla mnie umiarkowane: zginęło tylko czterech moich piechurów, czołg przyjął trzy obrażenia, walker jedno. Guardiani zdali morale. 

     Takie wyniki salwy Drzewca nieco mnie zdziwiły. Ja pamiętam bitwy sprzed 5-6 lat, gdy takie przygotowania artyleryjskie zmiatały z powierzchni ziemi całe moje formacje. W związku z tym z Khainem na ustach moje jednostki rozpoczęły przesuwać się w kierunku wroga. Zasadnicza część sił Ulthwe (obie jednostki piechoty, dowództwo oraz Wraithlord) ruszyła prawym skrzydłem (głównie po to, by Riptide znalazł się w żałosnych zasięgach katapult), Falcon pozostał w miejscu, natomiast piątka Dragonów cichaczem zaczęła przesuwać się skrzydłem lewym. Postanowiłem (co było być może moim błędem), że skoncentruję ogień na XV-104, w dramatycznej próbie wyeliminowania tego grubasa w pierwszych turach bitwy. Moje osiągi w pierwszej turze były w tym względzie zdecydowanie słabe: wbiłem mu... jedną ranę. Pomimo Dooma, pomimo Guida na czołgu. Bardzo słabe moje rzuty, bardzo dobre Drzewca i zwykła statystyka sprawiły, że moja sytuacja zrobiła się fatalna.

     W następnej turze armia Tau stanęła, by ich broń heavy nie dostawała już minusów do BS
... i w tej stazie pozostała już do końca bitwy. Furia xenos skupiła się na Falconie, okazjonalnie okładając ogniem również Guardianów i Dire Avengerów. I była to zdecydowanie tura Drzewca. Falcon eksplodował, przyjmując na siebie najcięższe ciosy. Avengerzy niemal przestali istnieć, przeżył jedynie Egzarcha z jedną raną (ale zdał morale :D ). Guardiani stracili czterech swoich braci (aczkolwiek również ustali :D ).

     T`au w swoim starym, dobrym stylu.

     Tym niemniej, walczyłem dalej. W mojej drugiej turze pod pozycje Riptida podciągnąłem wszystkich moich piechurów (Psioników, Guardianów, Avengerów i Dragonów). Szczególnie ci ostatni okazali się być dla Drzewca sporą niespodzianką: ich Fusion Guny z AP4 po raz pierwszy zmusiły XV-104 do użycia jego inva. Bydlak przetrwał, ale miał już 8 trafień na koncie (bodajże jeszcze 6 w zapasie). Poza tym, z ukrycia wyskoczyły teraz Skorpiony, które zmiotły drużynę Krootów (rzeź, to mało powiedziane).

     Trzecia tura T`au. Dewastujące uderzenie Fire Dragons sprzed chwili sprawiło, że Drzewiec postanowił za wszelką cenę wyeliminować te Aspecty. By je zmiażdżyć, Riptide przyjął nawet dobrowolnie kolejną ranę za przeciążenie reaktora. Ogniste inferno od razu zmiotło z powierzchni ziemi cztery Smoki, ale piąty uparcie trwał aż do końca niemal, ustrzelony ostatecznie bodajże przez rakiety XV-88. Poza tym, ogień tychże XV-88 oraz Commandera wybił Skorpiony. Ich poświęcenie dało czas innym moim jednostkom, które mogły zadać teraz decydujące ciosy warlordowi przeciwnika. Zaskakująco mordercza okazała się nowa dla mnie moc psioników: Smite. Połączenie psioniki i shurikenów wreszcie zwaliło kolosa na ziemię. Riptide down!

     W turze czwartej jednak doszło do odwetu niebieskoskórych. Uderzenia railgunów Hammerheada i XV-88 powaliły wreszcie Wraithlorda. W tym momencie było już dla mnie jasne, że koniec jest bliski. Dodatkowo, padł też Egzarcha Avengerów oraz Warlock. Przy życiu były już jedynie resztki drużyny Guardianów (4) oraz Farseer. Ruszyli oni teraz w samobójczym marszu ku pozycjom wroga, raniąc przy okazji Commandera. W piątej turze ściany ognia postawionej przez rybiogłowych nie przekroczyli już Guardiani, do końca służąc swemu Craftworldowi. Dodatkowo jedną ranę zarobił Farseer.

     Właśnie. Tylko jedną.

     Farseer w tym całym swoim sprzęcie trochę przypominał czołg, tym bardziej, że działał przecież jego warlord trait ratujący go na szóstkach przed ranami (w piątej turze na cztery ciosy Drzewca trzy "wyszóstkowałem :D ). Szedł przez obłoki dymu i ognia ku przeznaczeniu, boleśnie przy okazji kąsając przeciwnika. W piątej turze najpierw Smite, a potem rzucona Singing Spear powaliła Commandera T`au. Drzewcowi na chodzie pozostały dwa XV-88 oraz Hammerhead. W turze szóstej dopiero ostatni, rozpaczliwy strzał smsami pozbawił Farseera życia.

     Wynik: 5-1 dla Tau (Tau: pierwsza krew, powalenie warlorda, jeden znacznik; Aeldari: powalenie warlorda).

     Było FANTASTYCZNIE. Ciągłe napięcie, zwroty akcji, mało wertowania zasad... Jestem na gigantyczne TAK! Pierwsze wrażenia zasadowe: mam poważne wrażenie, że siła ognia dystansowego nieco zmalała, kiedyś Drzewiec rozstrzelałby mnie w takim otwartym marszu maksymalnie w trzeciej turze.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Bitwa na Sosnowym Polu

   W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy grać  w bitewniaki zdarzyło mi się ekstremalnie rzadko. Właściwie, to słowo "ekstremalnie" jest niedopowiedzeniem: w okresie tym grałem DWUKROTNIE. Oba te starcia stoczyłem w przeciągu ostatniego miesiąca, w związku z czym łatwo wyliczyć, iż moje siły zbrojne przez prawie cały ostatni rok przeżywały okres Długiego Pokoju. Ale ten czas się chyba powoli kończy i duża w tym zasługa Ostatecznego Zła popełnionego przez zbrodnicze (szalone, głupie, aroganckie: dopasuj sobie sam epitet, drogi czytelniku) Games Workshop: Age of Sigmar. To zamieszanie związane z tym niezwykłym krokiem szeryfów z Nottingham ponownie skierowało moje modele na wojenną ścieżkę. Obie moje bitwy ostatniego miesiąca rządzone były regułami AoS właśnie. Dziś chciałbym podzielić się refleksjami na temat drugiej z nich, stoczonej zaledwie przedwczoraj.

   Grałem z Drzewcem (moim bratem). Ponieważ nasze blaty zaginęły chwilowo w przepastnych lochach lokalnego domu kultury, za pole bitewne posłużył nam mój sosnowy stół. Stół ma niestety nieco niestandardowe wymiary (73x38 cali), co niestety odbiło się na przebiegu rozgrywki. Z uwagi na to, że nie za bardzo jeszcze znaliśmy (nieskomplikowane co prawda) zasady, to bitwa miała mieć kameralne rozmiary: nie przejmując się żadnymi compscorami uznaliśmy, że rzucimy przeciw sobie po siedem warscrolli. Ja wystawiłem swą ukochaną Bretkę, Drzewiec Wysokie Elfy.

Ordre de bataille:

BRETONNIA

Bretonnian Lord
Paladin Standard Bearer
Damsel of the Lady (piesza)
Knights of the Realm (12, FCG)
Grail Knights (5, muzyk)
Peasant Bowmen (16, FCG)
Field Trebuchet


HIGH ELVES

Tyrion
Teclis
High Elf Mage (konny)
High Elf Archers (10)
Silver Helms (12, FCG)
Ellyrian Reavers (8)
White Lion Chariots (2)

   Tereny wylosowaliśmy sprawnie (ten mechanizm losowania terenów jest jedną z lepszych stron AoS imho), doczepiliśmy też do nich magiczne właściwości. Generalnie, to niektóre tereny są istotne dla rozgrywki wyłącznie z uwagi na te magiczne dodatki, bo nie zauważyłem, by na przykład wzgórze wpływało na nią w jakikolwiek inny sposób (my uznaliśmy jedynie, że na jedno z naszych wzgórz nie można wejść z jednej z jego stron, zakończonej klifem). W trakcie samej bitwy zresztą żaden poważny efekt terenowy się nie zdarzył.

   Ustaliliśmy, że nie będziemy strzelać do combatu.

   Podczas rozstawiania stron popełniliśmy poważną gafę, gdyż obaj rozstawiliśmy jeden po drugim całe swoje armie za jednym zamachem, zamiast wystawiać unity naprzemiennie. Koniec końców po krótkiej myślowej symulacji okazało się, że starcie zaczną Bretończycy (poczułem się trochę nieswojo, bo przecież dotąd zawsze oddawałem inicjatywę przeciwnikowi :) ).


   Stół był niestety wąski, elfy wystawiły się wysoko, stąd JUŻ W PIERWSZEJ TURZE doszło do udanych szarż: Lord i Graale wbili się w Tyriona, Realmsi zaatakowali rydwany, zaś samotny paladyn popędził ku Teclisowi. Drzewiec przez chwilę się załamał :) Dodatkowo spadły bodajże dwa Srebrne Hełmy ustrzelone przez moich łuczników i treba. 




   Niestety, żadna z tych szarż nie zakończyła się zniszczeniem wroga. Zarówno Tyrion, jak i rydwany okazali się być ultraodporni na ciosy (Tyriona ostatecznie nawet zabiłem, ale zmartwychwstał :/ ), zaś BSB stał się przerażającym przykładem kostkowej nieudolności (przez kilka tur walki zdołał zadać Teclisowi zaledwie trzy rany). Sytuacja pogorszyła się jeszcze w turze Drzewca, gdy w boki moich lanc (no, prawie lanc) wbili się Ellyrianie (w Realmów) i Srebrne Hełmy (w Graali). Był to początek końca. Mojego końca.


   Były jeszcze dobre momenty. Damselka zdołała ubić wrażego maga, a trebusz dokonał eksterminacji Ellyrianów. To jednak nie mogło już odwrócić fali: w czwartej turze nie żył już mój Lord, Realmsi, Graale, BSB i Damsel (tę ostatnią rozstrzelali elfi łucznicy). Rydwanom zdołałem zadać tylko cztery rany, Teclisowi dwie... Po tej masakrze elfy dokonały zwrotu ku moim pozycjom strzeleckim, te przestały istnieć w piątej turze (przyspieszyła to jeszcze moja przegrana inicjatywa, dzięki której Drzewiec zagrał wtedy dwa razy z rzędu).

Last stand

   Wnioski. Siły nie były chyba zbalansowane: szczególnie dwaj bohaterowie imienni Drzewca siali u mnie śmierć i zniszczenie (w czym dzielnie wtórowały im lwie rydwany), co jednak nie wpłynęło na frajdę z gry; ta była naprawdę spora! Najbardziej szkoda mi formacji: fakt, że oddziały widzą wszystko wokół i mają naprawdę ogromną mobilność sprawia, że walki wręcz uniknąć jest naprawdę trudno, jeśli to w ogóle możliwe. To zdecydowanie ogranicza taktyczność rozgrywki, unity zachowują się jak magnesy, które nieubłaganie dążą do zderzenia. Tym niemniej w tym kostkowym chaosie występują jednak synergie między jednostkami, kolejność wybierania walczących jest ważnym taktycznym wyborem, a odpowiednio użyte tereny też potrafią wpływać na losy starcia. Na razie ciągle więc daję AoS szansę, aczkolwiek zdecydowanie szanse te będą rozgrywane w World That Was... To jednak temat na inną, bardziej fluffową przypowieść.

czwartek, 16 stycznia 2014

A.D. 2013

Na początek roku nowego pozwalam sobie na drobne spojrzenie wstecz, by podsumować rok ubiegły w moim lokalnym hobbystycznym uniwersum. Rok kryzysu i nadziei.

Dla mojej bitewnej frakcji (Chodzieskiego Klubu Gier Bitewnych Battleground) nie był to z pewnością czas łatwy. Po latach tłustych przychodzą chude a koniunktura ścigana jest nieubłaganie przez dekoniunkturę, więc i nasze chodzieskie środowisko wplecione jest w ten cykliczny rytuał. Dwa ostatnie lata to inercja i entropia. Niektórzy odeszli od hobby, innych porwało studenckie życie, jeszcze inni uwikłani w rodzinnych bojach nie mają już/na razie czasu na boje figurkowe. 2013 widział klubowe warsztaty z 3-4 uczestnikami, a te z frekwencją wyższą wywoływały szok i niedowierzanie. Pomalowałem zaledwie kilka modeli, rozegrałem pięć starć w WFB i cztery w WH40k.

Nie składamy jednak broni. W poszukiwaniu świeżej krwi rozpoczęliśmy ofensywę na Facebooku (na razie bezowocnie, aczkolwiek wśród obserwujących są już ludzie spoza klubu). Baza makiet klubowych znowu zaczęła rosnąć dzięki reorganizacji naszych finansów. I co chyba najważniejsze: po dwóch latach znowu zorganizowaliśmy ponadklubowy turniej WFB, XI Malleus z nagrodami o łącznej wartości 500 złotych (dzięki współpracy z Chodzieskim Domem Kultury). Frekwencja nie była może nokautująca (11 graczy plus przygodni widzowie), ale wieści o rezurekcji chodzieskiego Warhammera poszła w Wielkopolskę i mam nadzieję, że to ziarno przyniesie plon.


Zdecydowanie aktywniej było w moich ekskursjach fluffowych. Comiesięczny konkurs "Story of the Month" odbywający się pod auspicjami forum Gloria Victis zdopingował mnie do napisania czterech drobnych nowelek, z których jedna ("Strzał") wygrała 16 edycję SotM (poza tym dwie następne są na etapie "wiecznego tworzenia", nie zgłoszone na Glorii z uwagi na przekroczenie limitu czasowego). Miłym zwieńczeniem tej aktywności było umieszczenie mojego opowiadania z 2012 roku w antologii SotM (chodzi tu o "Parcere subiectis" z edycji "Psionik"), za wydanie której serdecznie dziękuję chłopakom z Gal Vorbak (grono zarządzające konkursem). Poza tym, pod mój czytelniczy nóż poszło kilka pozycji Black Library: Helsreach i Catechism of Hate z serii "Space Marine Battles"; Legion, Battle for the Abyss i Mechanicum spod znaku "Horus Heresy" a także otwierający trylogię o Nocnych Łowcach Soul Hunter. Wszystkie te anglosaskie rzędy liter sprawiły, że królem Czarnej Biblioteki stał się u mnie Aaron Dembski - Bowden, co w przyszłości chciałbym uzasadnić stosownymi recenzjami.

Zaczynający się właśnie rok 2014 budzi we mnie wielkie nadzieje. Plan bojowy jest następujący:
- organizacja czterech Malleusów
- odrodzenie Bolteriady, naszego lokalnego turnieju 40k
- stworzenie zalążku sił wampirzych i skaveńskich do WFB
- delikatne wejście w jeden z tych niszowych systemów, które tak intensywnie i atrakcyjnie Fireant promuje (Infinity szczególnie mnie kręci, ale nie wiem w co by tam zainwestować jeszcze)
- dokończenie tych przeklętych opowiadanek do WH40k, które nie potrafią się sfinalizować.