Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imperial Guard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imperial Guard. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2019

36

     36: to liczba określająca dni szalonej rewolucji, która ogarnęła mój Parszywy Warsztat. Ona nadal trwa i na razie nie zamierza wyhamować.

Oni rozpoczęli rewolucję
     Czynnikiem rewolucjogennym był zakup ośmiu Contrastów, które postawiły moje malowanie na głowie. Dotąd rzadki, bardzo powolny rytuał, stał się teraz codziennością. Maluję tak szybko, że pierwszy, absolutnie pierwszy raz w mojej wargamingowej karierze pojawiła mi się w głowie myśl, że za jakiś (odległy) czas być może pomaluję wszystkie moje szare zastępy. Do dziś demonochromatyzacji poddałem już 40 modeli, jak na mnie, to szybkość mordercza... choć jak na ilości szarości do przemielenia, to chyba wciąż za mała :) Nie byłoby tak ekstremalnych pomysłów bez linii Contrast. Nie jestem na usługach GW (choć chciałbym się tak sprzedać), do dotychczasowych farb Citadel miałem stosunek różny i przerywany, ale w przypadku Contrastów stałem się delikatnym fanbojem. Chyba nie tylko ja: wiele sklepów ma obecnie problemy z realizacją zamówień, gdyż części farb nowej linii po prostu nie ma już w magazynach (kto wykupił mojego Black Templara, no kto?). I cieszy mnie to przy okazji, Games Workshop bowiem raczej nie zrezygnuje szybko z tego nowego pomysłu.

Tak, tak, moje statystyczne dewiacje produkują czasem takie wykresy; część szara przeznaczona jest do eksterminacji

Miałem rację?
     Maluję po kilka modeli naraz, bo produkcja ciągle tego samego wzoru zawsze prędzej czy później mnie nużyła. Całość rozpędzona została modelami z LotR (przy okazji dowiedziałem się, że teraz nazywa się to Middle-Earth Strategy Battle Game). W piwnicy zalega mi wciąż mnóstwo ramek z "gazetki", obecnie w to nie gram, więc modele stały się idealnymi królikami doświadczalnymi. Początkowo masowo malowałem orki - ich niechlujne emploi wydawało mi się być stworzone do contrastowych eksperymentów... i chyba miałem rację. Ośmielony tymi sukcesami zacząłem grzebać głębiej w szufladach i sięgnąłem po dwie kolejne armie: Rohan i Harad. Nie miałem co prawda contrastowej zieleni, ale Gryph-Charger Grey wbrew swej nazwie dość udatnie posłużył za zieleń rohirrimskich płaszczy. Trochę gorzej było z Haradem: na szatach tych sojuszników Mordoru występuje fiolet, ale Shyish Purple spełnił swoje zadanie słabo: to farbka bardzo ciemna i w związku z tym akurat w jej przypadku nie wystarczył one thick coat: musiałem rozjaśniać przez Genestealer Purple. Generalnie jednak tempo nie spadało.




     Pod nóż zaczęły iść zaległości z WFB. Kilku halabardników i handgunnerów przybrało barwy Averlandu... i tu akurat nie jestem do końca zadowolony, tym niemniej będę pewnie mimo wszystko kontynuował tę linię. Nazdreg Yellow mający tu grać averlandzkie złoto wygląda trochę zbyt niechlujnie, może popróbuję jeszcze z Iyanden Yellow. Tym niemniej nie jestem niezadowolony z efektu: po prostu tutaj Contrast spisał się u mnie najsłabiej.



     Jakieś dwa tygodnie temu przyszedł czas na mieszanie Contrastów z farbami z wcześniejszych linii. I myślę, że to będzie kierunek, który ostatecznie wybiorę w przyszłości. Pierwszymi figurkami poddanymi takiemu miksowi byli Poxwalkerzy z Dark Imperium: prócz robiącego za skórę Skeleton Horde, do boju poszły też produkty tradycyjne (choćby Nurgle Rot czy Blood for the Blood God). Jeszcze lepiej wyszło to mi chyba z Chainraspami: tu contrastowy jest jedynie czarny płaszcz (za to strasznie pomocny, bo mam od zawsze kłopoty z rozjaśnianiem czerni). Z drugiej strony: tak śliczne modele trudno jest zepsuć, tu po prostu wspaniałość formy stanowi dla hobbysty dodatkowy doping (serio, armia Nighthaunt stanowi moim zdaniem najlepszą obecnie spuściznę, którą pozostawi po sobie Age of Sigmar; chociażby dla tej linii figurek warto było robić tę całą uśmiercającą Stary Świat rewolucję). Reszta duszka to Nighthaunt Gloom, Coelia Greenshade i Warp Lightning.



     No i wreszcie wczoraj przeżyłem prawdziwy powrót do przeszłości, antycznej przeszłości. W szufladzie wygrzebałem to ciężkie, toporne, piękne, wprowadzające mnie ponad 20 lat temu w bitewne hobby cudeńko. Bez kontrastowej rewolucji nigdy by się pewnie taka rezurekcja nie odbyła.

Bractwo na straży zagrożonej ludzkości

wtorek, 2 lipca 2019

Kontrasty prędkości

     No więc tak: w ciągu ostatnich dwunastu dni zrobiłem sobie powrót do malowania. Długo już tego nie robiłem, bo brak czasu, bo ostatnio nie grałem, bo miałem inne zajęcia... Hajp związany z linią Contrast dopadł mnie jednak znienacka, kupiłem osiem pozycji i... No cóż, tak bardzo wróciłem do paćkania farbami, że zrobiłem swój prywatny rekord szybkości. Bo ja zazwyczaj malarskim ślamazarą jestem: nie dość, że skilla jakiegoś szczególnego nie mam, to jeszcze figurki maluję po kilka dni, albo i dłużej. Tym razem jednak trakcie 12 dni, z co najmniej czterema dniami przerwy w trakcie, pomalowałem taką gromadkę:


     Prawie wszyscy zrobieni są w tym samym schemacie: czarny podkład od Army Paintera, potem Wraith Bone rzucane z góry na kształt prymitywnego zenithal highlightingu, contrasty, stary Graveyard Earth i textury na podstawki. Jedynie u dwóch orków użyłem epizodycznie Boltgun Metalu i Nurgle Corrosion, Rohirrim dostał klasyczny piasek i statyczną trawę (bo tak mam u wszystkich z Rohanu), a u Pielgrzyma Graala klasycznymi barwami pomalowałem tarczę. Czternaście figsów w dwanaście dni. Nigdy nie malowałem tak szybko. Moja ósemka contrastów to:

  • Aethermatic Blue
  • Basilicanum Grey
  • Fyreslayer Flesh
  • Gryph-Charger Grey
  • Nazdreg Yellow
  • Shyish Purple
  • Skeleton Horde








wtorek, 18 czerwca 2019

Guardsman w Contraście

     Rok szkolny się kończy, GW wypuściło nową linię farb dla malarskich lamerów... Parszywy Warsztat znowu się otwiera! Ponieważ Contrast wydaje się być skrojony dokładnie dla moich miernych zdolności malarskich, kupiłem kilka kolorków, dedykowany do nich podkład Wraith Bone i odkopałem moje malarskie narzędzia.

     Królikiem doświadczalnym został plątający mi się od niepamiętnych czasów w szufladzie żołnierz Imperialnej Gwardii (chyba nie taki zwykły do końca, ale ja się tam nie znam na szarżach u mon-keigh). Najpierw potraktowałem go takim prymitywnym zenithal shadingiem: z braku aerografu zaatakowałem figurkę czarnym podkładem Army Paintera, po czym z góry poszedł wspomniany wcześniej Wraith Bone.

Guardsman albinos
     Od tego momentu zaczął tykać mój stoper, bo cały ten eksperyment miał mi sprawdzić, czy contrastami faktycznie da się pomalować szybko i na zadowalającym poziomie taką standardową figurkę. Ponieważ powyższy dżentelmen miał początkowo służyć mojemu bratu jako Gue’vesa, gwardzista który przeszedł na służbę Tau, wybrałem schemat kolorystyczny idący w stronę Tau’n. Konkretnie w ruch poszły następujące farby:



     Żadnego wspomagania tradycyjnymi farbami. Contrast only. No i cóż, nie zajęło mi to 5 minut (a widuję w sieci takie przechwałki), ale 32 minuty to też wynik całkiem znośny (myślę, że mógłbym to zmieścić w dwudziestu przy wprawie). A nawet imho bardzo dobry :) Co do jakości modelu wypowiadać się nie będę, poza tym może, że widywałem gorsze rzeczy na stole. Chrzest ognia wypadł u mnie dla Contrastów dobrze. Niby nic, troszkę gęstszy wash...






poniedziałek, 6 maja 2019

Strzał

     Nagle uświadomiłem sobie, że prezentowałem tu swoje dokonania z nieodżałowanego, martwego już konkursu Story of the Month. No to zaprezentuję dziś „Strzał”, mojego drugiego (i ostatniego) laureata tego konkursu :)

     „Strzał” napisany został na potrzeby szesnastej edycji SotM, edycji której patronowało hasło „Bohater”. Początkowo średnio mnie ono fascynowało... aż przyszedł mi do głowy pomysł wykorzystania Valhallan Ice Warriors w nietypowych dla nich warunkach. Początkowo narrator miał być jedynie biernym świadkiem rozwijających się wydarzeń, ale w trakcie pisania idea „Strzału” się zmieniła... i chyba dobrze się stało. Ostatecznie nowelka otrzymała 14 punktów, o 3 więcej niż wicemistrz tej edycji.



Strzał


     Nie jestem z tego dumny. Nie jestem.

     Od dwudziestu dni trzy regimenty z Valhalli desperacko walczyły o utrzymanie kontroli nad półwyspem Gaon, wypełnionym ropą naftową skalistym paluchem wymierzonym w środkowy akwen Morza Strachu. Nie wiodło nam się szczególnie dobrze.

     Właściwie, to wiodło się nam zupełnie źle. Istniał pewien dysonans w ocenie przyczyn tych kłopotów. Dowodzący operacjami na zachodzie Rustan Predov sądził na przykład, że istotnym czynnikiem utrudniającym nam gładkie zniszczenie rebeliantów była odziedziczona po naszych matkach kurwach wrodzona niezdolność do jakiegokolwiek wysiłku i poświęcenia. Z opinią tą rywalizowała teza, że Valhallańczycy słabo sprawdzają się w walkach na gorącej półpustyni. Wysłanie tu specjalistów od walki w mrozie było dziełem jakiegoś niedocenianego geniusza z Munitorum, który zasugerował się chyba nazwą tej przeklętej planety.

     Nazywa się Śnieg.

     Mój 1213. regiment zrzucono wzdłuż zachodniej krawędzi płaskowyżu, który niczym kręgosłup przechodził przez półwysep Gaon. Gwardia miała tu powstrzymać ofensywę szaleńców z kultu Króla Nocy, idola lokalnej młodzieży i kilku ambitnych polityków. Pomagać miały nam brygady piechoty z lokalnych sił samoobrony... ale w międzyczasie gubernator przystąpił do rebelii i owe brygady tak jakby zrobiły to samo. Tak przynajmniej zwyczajowo przyjęło się określać strzelanie w sojusznicze plecy. Zanim uporaliśmy się z tym bałaganem, z południa nadciągnęli heretycy i nasze trzy regimenty znalazły się w pułapce. Względnie, jak wolał nasz nowy porucznik, w "szlachetnym bastionie, w którym możemy wiązać znaczne siły plugawego wroga".

     Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow był chyba największym nieszczęściem z tych wszystkich licznych plag, jakie ostatnio na nas spadły. Wysoki, blondwłosy młodzian o pociągłej, kościstej twarzy dowódcą mojego batalionu został na dwa dni przed odlotem na Śnieg. Nie wiem za co Imperator postanowił ukarać nas aż tak brutalnie. Jakaś złośliwa istota głowę Krasnozwiezdowa wypełniła wizją Gwardii, która zwycięża zawsze i każdego wyłącznie dzięki swej Woli. Nie dzięki przewadze ognia. Lepszej manewrowalności. Błyskotliwości dowódców. Nie, tego rodzaju drobiazgi nie były w stanie odwrócić uwagi Krasnozwiezdowa od najważniejszego elementu przynoszącego triumfy: woli zwycięstwa tak dużej, że należy pisać ją wielką literą.



     I perorował o tym zupełnie nie przejmując się, że kampania na Śniegu była jego chrztem bojowym.

     Na szczęście początkowo jego zapał hamowany był przez naszego komisarza, Czerwonego Feliksa. Feliks Grylo był zimnym sukinsynem odcinającym żołnierzom palce za niesubordynację, ale był przynajmniej żołnierzem z krwi i kości, był człowiekiem który rozumiał wojnę. To on pozwolił na zrzucenie przez nas regulaminowych mundurów, on też powstrzymał porucznika przed rozpoczęciem ataku na wroga dwie godziny po przybyciu na nasze pozycje. A jeżeli Czerwony Feliks zaczął być przez nas traktowany niczym opiekuńczy anioł, to świadczy to wyraźnie o gwałtownej dewaluacji zła.

     Dziewiętnastego dnia bitwy ów anioł stracił osłaniające nas skrzydła. Odstrzelił mu je pierdolony snajper wroga. Trafiony w skroń Grylo co prawda przeżył, ale przejęły go siostry szpitalniczki. Powinienem powiedzieć: ZABRAŁY go nam siostry szpitalniczki. Wraz z jego nieprzytomnym ciałem zniknęła ostatnia bariera między nami a szaleństwem. Na dowód czekać musieliśmy tylko jeden dzień. Jeden cholerny dzień.

     Następnego dnia przyjechał pociąg z mięsem. Co kilka dni pozycje wroga zasilane były stadami cywilnych kultystów uzbrojonych zazwyczaj jedynie we własną krwiożerczość. Regularne siły rebeliantów traktowały ich chyba jak niechciany balast, formowały w kilka chaotycznych kolumn zwanych przez nas pociągami z mięsem i pozwalały na szalony bieg w górę skarpy, gdzie nasz ogień zmieniał ich w mięso bez pociągów. Tego dnia było podobnie. Około pięciuset młodzieńców zaczęło gramolić się w stronę naszych pozycji z ustami pełnymi hołdów dla niejakiego Malala, Króla Nocy i Patrona Odtrąconych. My też byliśmy wspominani, aczkolwiek w mniej korzystnym świetle. Generalnie była to znakomita rozrywka, odprężenie po wymianie ognia z poważniejszymi przeciwnikami, okazja do wyładowania nadmiaru stresu. Strzelanie do przeciwnika który zazwyczaj nie odpowiada ogniem to jest ten rodzaj przyjemności, przy którym blednie nawet seks.

     Przecież dlatego właśnie zostałem snajperem.

     Tego dnia pociąg z mięsem rozmontowany został szczególnie szybko. Obserwowałem to wszystko z odległej o jakieś dwieście metrów od naszych linii skalnej ostrogi, wynurzającej się z szarego piasku planety brudnymi, postrzępionymi wapieniami. Tym razem nie psułem chłopcom zabawy, wyłuskiwałem jedynie lunetą pojedyńczych kultystów bawiąc się w myślach pytaniem: jak umrą. Blady, pryszczaty młodzieniec z pociągłą twarzą wykrzywioną w grymasie uniesienia oberwał prosto w przykrytą zieloną flanelą pierś. Wysoki, czarnowłosy brodacz śmiał się, biegnąc w górę z szeroko rozpostartymi ramionami... do chwili, gdy jaskrawa iskierka nie wypaliła mu czarnego krateru w lewym oczodole. Piegowatej okularnicy z tatuażami gangu na łysej głowie pocisk oderwał wzniesioną w górę pięść. Pękaty grubasek z ustami zaciętymi w wyrazie komicznej determinacji po prostu się przewrócił, reszty dokonali gramolący się w górę koledzy... Śmierć ma tak wiele twarzy, spektakularnych i banalnych, efektownych i ohydnych, heroicznych i podszytych tchórzem. Szkoda, że ten różnobarwny festiwal agonii docenić mogą jedynie nieliczni, jedynie odlegli obserwatorzy, jedynie ci, którzy znajdowali się po właściwej stronie lufy. Niemal współczułem aktorom mego niemego spektaklu braku świadomości tego, w jak wspaniałym widowisku grają pierwsze role. Może zresztą heretycka żarliwość im to rekompensowała?

     Pociąg z mięsem tym razem nie dojechał nawet do połowy stoku. Kolumny rozpadły się w kilka grupek systematycznie dorzynanych naszym ogniem. Na koniec, świadomość beznadziejności zadania dotarła chyba do niektórych oczadzonych herezją umysłów, bo pojawili się i uciekinierzy. Wtedy do radosnego strzelania dołączyła się i druga strona.

     Oderwałem oko od wizjera lunety i starłem pot z czoła. Było po wszystkim.

     Nie, nie było.

     Usłyszałem stłumiony gwar. Jeszcze jeden pociąg? Dwa tego samego dnia?

     Gwar pochodził z naszych stanowisk. Porucznik Hemdal Krasnozwiezdow stał na szczycie szańca i krzyczał coś do Valhallan wymachując szablą skierowaną w stronę wroga. Nie wiem, co krzyczał, ale z pewnością dużo tam było chwały i nieśmiertelności. A potem zaczął biec w dół. Ku heretykom.

     Patrzyłem na ten absurdalny spektakl i nie dowierzałem własnym zmysłom. Krasnozwiezdow próbował szturmu na pięciokrotnie liczniejsze, regularne siły rebeliantów. Bez wsparcia artylerii, sił powietrznych, sąsiednich batalionów. On konstruował pociąg z mięsem jadący w drugą stronę.

     Nikt jednak za nim nie pobiegł. Nikt. Krasnozwiezdow biegł sam. I heretycy zaczęli strzelać.

     Nikt w niego nie trafiał. Po kilkunastu sekundach w biegnącego szaleńca strzelali już chyba wszyscy niekochani przez matki kultyści, ale potrafili jedynie dodawać temu straceńcowi malowniczego pejzażu z eksplodującego wszędzie szarego miału. Im dłużej to trwało, tym większe czułem dreszcze. Ja pierdolę, jakie kurwa dreszcze: miałem ochotę wrzeszczeć i ruszyć tam razem z nim. Po chwałę.

     Kurwa mać, po chwałę. A najgorsze było to, że moi bracia siedzący w szańcach pierwszej linii zaczęli czuć to samo. Oglądali się na siebie niepewnie, sięgali po broń... Za chwilę na śnieżnych heretyków spaść miała lodowa lawina z Valhalli.

     Wtedy Krasnozwiezdow został trafiony. Prosto w kark. Kula przyniosła mu czystą, szybką śmierć. Nie zdążył przestać myśleć o szlachetności chwili, jeśli naprawdę o niej wtedy myślał. Jego ciało runęło w tutejszy pseudośnieg a ja zwolniłem palec ze spustu. Heretycy strzelali jeszcze prawie minutę, nieświadomi że następny bohater Imperium padł. Batalion B 1213 regimentu Lodowych Wojowników Valhalli nie zaatakował.

     Byłem bardzo, bardzo zmęczony.

środa, 2 sierpnia 2017

SotM: Hasta Prima

     Oto czwarta już część moich zmagań w ramach Story of the Month. Tym razem związana z XIV edycją konkursu. Zanim jednak o tym...

     Zaczynał się chyba najlepszy czas dla SotM. Do ekipy zarządzającej projektem dołączył Fireant, którego dziełem była naprawdę znakomita, niestety nieistniejąca już strona domowa konkursu. Co więcej, fandom zdobył się na wydanie antologii sześciu wybranych opowiadań (znalazł się w nim i mój debiut, "Parcere Subiectis"). Jego okładkę widać obok, a recenzję można przeczytać u Inkuba. Jeden z pięciuset egzemplarzy spoczywa na mojej półce :)

     Tematem czternastej edycji SotM był "Uczeń i mistrz". Kontynuowałem tu eksplorację Sektora Artakserkses, po raz drugi przyglądając się postaci Uzurpatora, heretyka który wymyślił sobie, że zbuduje tam nowe, lepsze Imperium. Szybko się zorientujecie, że jest on tu jedynie tłem, choć jest tu jednym z tematycznych "uczniów". Niestety, fabułka nie zdobyła szczególnego uznania u jurorów i nie znalazła się nawet na podium (aczkolwiek jakieś tam punkty zebrała :) ). Mój pech polegał na tym, że była to naprawdę niebywale silna jakościowo edycja... (tutaj znajdziecie zwycięzcę, "Niesłyszalną pieśń" Razielusa).

Hasta Prima


Ziemia drżała, kwitnąc czerwonymi kwiatami przemocy. Pozycje rebeliantów w Hasta Prima dogorywały, mielone na pył trwającą już kwadrans straszliwą artyleryjską nawałą XI Kohorty Uderzeniowej XXXII Regimentu Lazzańskich Bersalierów. Umęczona ziemia podnoszona raz za razem potężnymi eksplozjami w powietrze niosła się szarym tumanem w kierunku czekających w gotowości sił imperialnych. Aelfryd Piano powstrzymał z trudem grymas uniesienia, szarpnął krótko za swą siwiejącą już brodę i odwrócił się do stojącej obok Vodosian. Wyrazu twarzy adiutantki nie sposób było odczytać, skrywał się w cieniach nocy. Szkoda.
Generał Piano stał na płaskim dachu betonowego, czteropiętrowego bloku, który na Vieux Beziers uchodził za drapacz chmur. Południowa Hasta była od miesiąca w rękach Lazzańczyków, szef sztabu Aelfryda miał sporo czasu by wybrać lokację, która by go zadowoliła. Piano uwielbiał oglądać z bliska początki swoich ofensyw, ten budynek był do tego celu idealny. Loża triumfatora dawno zaplanowanego triumfu. Po tym przełamaniu frontu kultyści Ramessu Casslehorna zostaną odepchnięci aż do Amaloth. Sic semper traditor.
- Zostały dwie minuty, generale - powiedziała Vodosian. Głos miała zupełnie wyprany z emocji. - Drużyny pionierów ruszyły.
Piano był na tym dachu tylko z nią. Cóż, był tam jeszcze Wulfhere, ale o istnieniu tego strażniczego psa generała łatwo było zapomnieć, stary bersalier siedział oparty plecami o komin wentylacyjny i półdrzemał. Tylko Aelfryd i jego adiutantka. Piano uwielbiał kumulować sukcesy.
I skowyt adrenaliny w głowie, to uwielbiał jeszcze bardziej.
Piętro niżej narastał brzęczący jazgot jego sztabu. Zgodnie ze swym starym zwyczajem, Piano przerzucił go tutaj dopiero kilka godzin temu, co przysporzyło mu wśród oficerów przydomek "Raptownego Fryca" (lub "Szybkiego Skurwysyna", gdy nie było go w pobliżu). Rozpędzający się wolno do ofensywy XXXII Regiment generował w sztabie hałas, który docierał na dach nawet pomimo artyleryjskiej nawały miażdżącej resztki heretyckich pozycji na popiół. Jaki piękny moment. Jaka wspaniała chwila.
- Nie zrozumiem ich. Nie potrafię.
Vodosian spojrzała na niego z błyskiem zaskoczenia w oczach.
- Sir?
- Heretyków, Vodosian. Szaleństwo jest jednostkowe, a oni zbiorowo ulegli tej halucynacji.
- Halucynacji, sir?
- Temu dziecinnemu absurdowi o kosmicznej miłości, Vodosian. O sile przebaczania. Ten ich Uzurpator zdołał im jakimś cudem wmówić, że litość i miłosierdzie jest istotą człowieczeństwa. Jego sensem. Cóż za stek bzdur! Jak obłęd tego rodzaju mógł zwieść całą planetę?!
- Nie wiem, sir. Ktoś im za słabo wytłumaczył, jak wygląda prawda.
Adiutantka już na niego nie patrzyła, w jej oczach płonęła pożoga znad stanowisk rebeliantów. Generał uśmiechnął się drapieżnie.
- Masz rację, Vodosian, ktoś zawiódł. To jednak żadne usprawiedliwienie. Nawet bez Administratum, bez Eklezjarchii i Gwardii powinni rozumieć, jakim najwspanialszym darem obdarzył nas Imperator.
Ogniowa nawała cichła. Bersalierscy pionierzy powinni już docierać do pozycji Uzurpatora.
- Co jest tym darem, sir? - spytała cicho adiutantka, ciągle patrząc na zmiażdżoną imperialną pięścią Hasta Prima.
- Ależ nienawiść, Vodosian, nienawiść - odparł Aelfryd, nadal się uśmiechając. - To nienawiść jest kręgosłupem ludzkości, jej tarczą i jej mieczem.
- Ale... Czy Imperator nie kocha swego ludu? Czy to nie miłość popchnęła go do ostatecznego poświęcenia?
Jej głos zadrżał delikatnie. W ciszy, która teraz zapadła generał usłyszał to aż nadto wyraźnie. Wszechświat wstrzymał oddech. Znowu.
- Vodosian, głębia błędu, w którym tkwią ci heretycy polega właśnie na tym, że do takiego czynu zdolna jest jedynie nadistota. Tylko Imperator. My, ludzie, zdolni jesteśmy jedynie do miłości małej, egocentrycznej, skupionej na naszych marnych życiach, na naszych ułomnych pragnieniach. Nasza miłość to pył w obliczu majestatu galaktyki. Taka miłość umiera wraz z nami, nasi wnukowie nie będą o niej już nawet pamiętać. Imperator wiedząc o tym dał nam dar nienawiści. Prawdziwa, czysta nienawiść nie ma nic z egoizmu, jej jasny płomień potrafi strawić cię do kości, a ty i tak będziesz go podtrzymywać. Trwamy tylko dzięki niej, ona napędza nasze dłonie podczas wojny, ona otacza nasze serca pancerzem chroniącym jej przed fałszywym miłosierdziem. Nawet miłość Imperatora wynikała z nienawiści do wrogów jego ludu.
Cisza była już niemal absolutna, nawet sztab zamilkł w oczekiwaniu na pierwsze meldunki.
- Szkoda, że nie potraficie tego zrozumieć, Vodosian.
Drgnęła.
Wyprowadził cios lewą pięścią w jej brzuch. Była zbyt zaskoczona, by reagować, zgięła się z cichym stęknięciem, przyczepione do mundury fetysze zagrzechotały. Uderzenie kolanem w twarz odrzuciło ją w drugą stronę, upadła bezwładnie niczym kukiełka po oberwaniu sznurków. Aelfrydowi przed oczami zamigotały czerwone plamy. Kopnął ją jeszcze cztery razy zanim furia pozwoliła mu znowu myśleć.
- Ty kurwo... - wystękał dysząc. - Byłaś dla mnie jak córka... Pierdolona suko...
Wulfhere podszedł do niej i beznamiętnie zaczął ją przeszukiwać. Ciągle była przytomna, patrzyła na niego... ze smutkiem?
Dowiedział się dziesięć dni temu. Jej zdrada była tak absurdalna, tak abstrakcyjna, że w pierwszej chwili chciał rozstrzelać oficera Bezpieczeństwa który przyszedł z dowodami. Przecież ona... przecież Vodosian...
- Wszystkie twoje meldunki... zostały przechwycone. I zmienione... Hasta Prima... to również twoje dzieło, kurwo. Wczorajszy atak... to wasze zwycięstwo pod Tarchesion... to tylko gra. Moja gra.
Verum Imperator zawsze cię podziwiał, Fryc.
W głowie Piano znowu zaczęła wrzeć furia, ale nadbiegający łącznik sztabu odwrócił jego uwagę.
- Pilnuj jej - warknął do Wulfhere i zerknął na płonące pozycje wroga. W powietrzu zaczął narastać ryk tysięcy bersalierów, którzy właśnie rozpoczynali swoją szarżę.
- Byłeś dla nas jak nauczyciel. Mistrz.
Zamknij się, kurwo.
- Wszystko w porządku, poruczniku? - zagadnął do łącznika, niedbale odpowiadając na salut. Młody chłopak, z pewnością z ostatniego zaciągu. Rzadki zarost nie zakrywał grymasu zmieszania na jego twarzy.
- Pionierzy przejmują szaniec po szańcu, generale. Bez oporu. Nie znajdują prawie żadnych ciał wroga.
Gardło Aelfryda nagle ściśnięte zostało przez strach.
- Imperator Ramessu Casslehorn każe nam uczyć się od najzdolniejszych wrogów.
Odwrócił się do niej. Ciągle na niego patrzyła. Ze smutkem, ale nie złamana.
- Fryc, pokazałeś nam już kilkukrotnie, jaką siłę daje zaskoczenie. Mistyfikacja. Unik. Gra pozorów.
- Biegnij na dół, poruczniku - warknął Piano. - Natychmiast zatrzymajcie tyle batalionów, ile zdołacie. JUŻ!
- Pozwoliłam się zdemaskować. W geście miłości. Byś mógł zagrać po raz kolejny.
Wyszarpnął pistolet. Wulfhere odsunął się od niej, patrząc na niego pytająco. Nie powinien jej jeszcze zabijać... nie powinien...
- Zagraliśmy w twoją grę, nauczycielu. Myślę, choć nie mogę być pewna, że Verum Imperator zrozumiał, jaką lekcją miał być dla nas Tarchesion.
Palec na spuście drżał.
- Czy jesteś z nas dumny?
Hasta Prima znowu zakwitła czerwonym, gorącym kwieciem. 

środa, 5 lipca 2017

SotM: Dotyk Uzurpatora

     Dla wyjaśnienia: to trzecia już część opowieści o moich występach na Story of the Month. Pierwszą i drugą można znaleźć nieco wcześniej na tym blogu... lub pod wrzuconymi tuż obok linkami :)

     Po sukcesach w dwóch poprzednich edycjach dałem sobie trochę oddechu i ominąłem temat "Demon" którego zresztą kompletnie nie czułem. W edycji dziesiątej (Pościg) trochę sobie poeksperymentowałem i zakończyło się to kompletną porażką :) Mój zamysł wyjaśnię na koniec notki, dodam tylko, że tylko jeden użytkownik Gloria Victis dał mi jakiekolwiek punkty. Po raz kolejny historyjka dziać się miała w Sektorze Artakserkses w Ultima Segmentum (cholera, dziś to Imperium Nihilus), gdzie ludzkość zmagać się musiała między innymi z groźną rebelią psionika znanego jako Uzurpator Casslehorn, dżentelmen którego bezczelnie sobie skserowałem z Muła Isaaka Asimova :)

     Doszedł pod bramę Bastionu, uważnie omijając dopalające się barykady. Stojący za nią Pretorianin zatrzymał go, z wystudiowanym spokojem sięgając po broń.
- Jestem Kasjusz Skorne - powiedział do ubranego w czerwień gwardzisty, pokazując przy okazji emblemat swego urzędu. - Wpuść mnie, mam dla was niezwykłe wieści.

     - Witaj, inkwizytorze. Witaj w objęciach prawdy.
     Otworzył oczy. Zamrugał. Zaczerpnął powietrza i skrzywił się. Żebra krzyczały bólem przy każdym ruchu.
     Ktoś go wcześniej rozebrał do naga i przywiązał do stołu, rzemienie wbijały mu się teraz boleśnie w nadgarstki. Przelotne uczucie wstydu szybko ustąpiło narastającej furii. Był inkwizytorem! Inkwizytorem!
     Pomieszczenie było małe i duszne, kopcące świece dawały jedynie namiastkę drżącego światła dzięki czemu w kątach czaiły się cienie. Pokój był pozbawiony okien, brudne ściany bialymi plamami prostokątów zdradzały miejsca, z których zerwano wiszące tu wcześniej obrazy. Obecnie stół na którym leżał stanowił jedyny mebel sali. Na zamkniętych drewnianych drzwiach ktoś wyskrobał literę R zamkniętą w drapieżnych objęciach większej litery C, symbol Uzurpacji. Symbol zdrady.
     Stojący nad nim heretyk był wysokim, szpakowatym mężczyzną o małych, głęboko osadzonych oczach. Miał na sobie długą do kolan, charakterystyczną dla bezierskiej szlachty szarą koszulę przepasaną czarną szarfą ze złotymi haftami określającymi ród posiadacza. Kasjusz przez chwilę próbował się skoncentrować i je rozpoznać, bez sukcesu jednak. Rebeliant patrzył na niego z ciekawością i czymś jeszcze... litością?
Litością?!
     Kasjusz Skorne warknął i szarpnął rękami w bezradnej próbie zerwania się z więzów. Warkot szybko przerodził się w jęk.
     - Zostaw swoje prawdy dla swych zaprzańskich śmieci, heretyku! Tracisz czas. Jest tylko Imperator. Tylko!
     Kasjusza ogarnęło pragnienie śmierci. Nie miał szans na ucieczkę, teraz to wiedział. W Amaloth rządziła zdrada, nawet jeśli oficjalnie miasto uznawało jeszcze władzę gubernatora. Jeśli uda mu się uciec, na zewnątrz czeka go jedynie polowanie i kolejne upokorzenia. Oddanie życia za Imperatora, tylko to mogłoby nacycić jego ostatnie chwile odrobiną sensu. Pełnią sensu.
     Tyle, że heretyk nie chciał go zabijać.
     - Kasjuszu Skorne, nawet nie wiesz jak bardzo się z tobą zgadzam. Jest tylko Imperator, tylko on. Codziennie mnie o tym przekonuje.
     Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł Uzurpator.
     Nie musiał być przedstawiany. Jego zakrywający całą twarz dzwonowy hełm znał niemal każdy na tej planecie. Ramessu Casslehorn nigdy nie pokazał swej twarzy publicznie, co propaganda imperialna zawsze starała się wykorzystać. Uzurpator najwyraźniej się tym nie przejmował. Jego hełm stał się niemal równie rozpoznawalnym znakiem herezji, jak jego monogram. Kasjusz mimowolnie wyszczerzył zęby w grymasie nienawiści.
     Uzurpator zatrzymał się, pobłogosławił heretyka który zadrżał w widocznej ekstazie i usiadł na skraju stołu przyglądając się Skornowi przez wizury hełmu. Przekrzywił głowę niczym ptak oglądający dżdżownicę. Kasjusz drżał w wewnętrznej furii. Tak blisko!
     Lewa dłoń Casslehorna spoczęła na czole inkwizytora. Dłoń była gorąca, niemal parzyła.
     Spokój.
     Ciągle trzymając go za czoło, Uzurpator sięgnął po swój hełm. Resztkami świadomości Kasjusz Skorn zauważył burzę rudych loków wysypujących się spod żeliwnej maski wroga.
     Imperatorze...

     Kasjusz strzelił heretykowi w twarz, odepchnął jego umierające ciało i splunął. Myśliwi znowu byli blisko.
     Przeskoczył metalowy płot oddzielający go od niewielkiego sadu i puścił się biegiem między zwartymi szeregami młodych jabłoni. Pociski wroga wywoływały eksplozje dojrzewających owoców, inkwizytor zaklął i przyspieszył. Furtka. Wąska uliczka. Otwarta kamieniczna brama. Dziedziniec.
     W głowie gorzał mu płomień gniewu. Stracił całą kadrę, a sam żył chyba jedynie dzięki łasce Imperatora. Karyn zginął jeszcze w miejscu zasadzki, łysą czaszkę szpiega rozbiły okute pałki wbiegających do sali zgromadzenia heretyków. Stary, cyniczny Mangaz padł przeszyty karabinową serią podczas nieudanej próby wejścia do astroportu. Cornelius...
     Wbiegający z prawej bramy rebeliant niemal go zaskoczył. Czterdziestolatek w zgrzebnym robotniczym stroju ochronnym miał w oczach słodki obłęd fanatyzmu. Zaatakował Kasjusza gołymi pięściami, co nie bywa zdrowe w przypadku wroga uzbrojonego w pistolet. Napastnik próbował walczyć z inkwizytorem nawet po postrzale w brzuch, ale Kasjusz z łatwością uchylił się przed jego nieporadnym ciosem, odczekał aż przeciwnik upadnie na kolana i przeszedł obok niego nawet się nie oglądając. Bastion, musi dotrzeć do Bastionu, tam nie mogli jeszcze przejąć kontroli, Laurencjusz by na to nie pozwolił. Ponownie wybiegł na ulicę.
     Tym razem zauważył ich dopiero wtedy, gdy było już za późno.

     Rozejrzał się, byli już prawie wszyscy. Czterech członków kadry rozsiadło się na jego flankach, z drugiej strony miejsca zajęli dwaj z trzech przywódców Kręgu Wiernych, tajnej organizacji która w Amaloth była ostatnim pewnym filarem imperialnej władzy. Poza na wpół oblężoną przez zamieszki kohortą Pretorian siedzących w Bastionie oczywiście.
     Kasjusz przyjrzał im się uważnie. Wysoki, ospowaty mężczyzna z lewej miał na sobie granatowy garnitur, ale coś w jego sztywnej, prostej postawie, żelaznej twardości rysów i chłodzie stalowobłękitnych oczu podpowiadało mu, że to Gair Vardanes, wyjęty spod prawa konfesor zniesławiony przez Ramessu Casslehorna w czasach, gdy ten nie był jeszcze Uzurpatorem. Siedzący obok niego w nonszalanckiej pozie młodzik musiał być Dedrykiem Kordem, dziedzicem jednego z trzech największych na Vieux Beziers banków kredytowych. Nie było zatem Karla Rochbacha z miejscowych sił policyjnych.
Nie mógł ufać nikomu. Zrozumiał to jeszcze tego samego dnia, gdy wylądował w Amaloth, mieście gnijącym od zdrady. Od dwóch lat szaleniec mieniący się być inkarnacją Imperatora grał na nosie miejscowej władzy. Jego emblematy były wszędzie, na murach, samochodach, ludzie ośmielali się nosić takie zawieszki... Gdy gubernator wezwał na pomoc przebywających akurat na Artakserksesie Pretorian, na ulicach wybuchła przemoc, która ucichła dopiero wtedy, gdy Gwardziści zamknęli się w Bastionie. Kolejne miasteczka ogłaszały swą lojalność wobec heretyckiej sprawy, kolejne katedry ogłaszały zaprzańską doktrynę jako oficjalną i kanoniczną... Kasjuszowi Skorne pozostał Krąg Wiernych.
     Ciszę przerwał wchodzący do pokoju trzeci konspirator, niski, pękaty mężczyzna po pięćdziesiątce z twarzą przeciętą kilkoma starymi bliznami. Rochbach nie przyszedł sam, więc kadra inkwizytora zerwała się na nogi sięgając po broń. Policjant uśmiechnął się ponuro i podniósł uspokajająco rękę.
     - Concordia cum veritate - wypowiedział hasło i dodał - ten człowiek jest ze mną. Ma dla nas niebywałe, zupełnie niebywałe informacje.
     Wysoki, rudy mężczyzna wyszedł zza jego pleców i uśmiechnął się. I chociaż było to absurdalne, zaskoczony Kasjusz odpowiedział mu tym samym.


     A zamysł był taki: aby oddać trochę chaos w głowie towarzyszący ucieczce, rozbiłem chronologię. Po pierwszym fragmencie akcja ruszyła do tyłu na osi czasu. Ostatnia sekcja tekstu, ta z kręgiem wiernych, jest chronologicznie najwcześniejsza :) Taki tam bezsensowny hipsteryzm literacki ;)

     Dla porządku: wątek z dyskusją nad 10. edycją na Gloria Victis.

niedziela, 21 maja 2017

SotM: Nefryt

   Z drugim występem w SotM nie czekałem długo: wystartowałem od razu w następnej edycji, czyli "The last stand". I znowu nie poszło mi źle. Absolutnie najlepszym opowiadaniem była tym razem kreacja Xzanu "I poleje się krew" z naprawdę dobrym motywem transformacji legionisty w chaośnickiego legionistę... i tylko z nim przegrał mój Nefryt :) Oto moje jądro ciemności.

   (BTW: opowiadanie ma swój ciąg dalszy, wtedy wyjaśnię ococho z tym całym nefrytem ;) )
NEFRYT

Niebo płakało popiołem.
k***a, jak ja kiedyś lubiłem takie metafory. Smakowałem każdą sylabę, narkotyzowałem się każdym pustym literackim odniesieniem, każdą wydumaną parafrazą. Kiedyś. W życiu przed branką.
Z nieba faktycznie spadała sadza, wokół dogasały pożary lasów, ale w żadnym pierdolonym momencie nie widziałem w tym zachęty do snucia poetyckich metafor. Ani ja, ani żaden pozostały bersalier kulący się w murach Fortu Lester. Chociaż za Hortona i Kwandeliusza wypowiadać się nie chcę, głowy porucznika i komisarza od dawna opanowało szaleństwo i stali się dla mnie równie nieodgadnieni jak futrzaki kłębiące się pod murami.
Tygrydzi... Trzy standardowe lata temu arcykról Ransar III, autokratyczny gubernator planety Omala zaczął wysyłać coraz bardziej rozpaczliwe apele o pomoc, tradycyjnie zignorowane początkowo przez władze subsektora. Imperium znało tygrydów, porośniętych żółtym futrem humanoidalnych xenos zamieszkujących trzy zindustrializowane systemy za Zawirowaniem Stendara. Ciągnąca się całymi dekadami Uzurpacja Casslehorna sprawiła, że planowana od niepamiętnych czasów krucjata przeciw tygrydzkiemu dominium ciągle miała odległy priorytet w planach władz z Artakserksesa. Zresztą xenos z Tigris, Boaris i Frygidus, choć silnie uzbrojeni, nie przejawiali wobec Imperium żadnych agresywnych zamierzeń, sądzono więc, że nałożenie interdyktu całkowicie wystarczy.
Nie wystarczyło, k***a. Nie wystarczyło.
- Betonowy Cyrk cię wzywa, Sul.
Berengar Soln, wzorcowy przykład gwardzisty z 34 pułku bersalierów lazzańskich szarpnął mnie za ramię, wykrzywiając swą zarośniętą gębę w paskudnym uśmiechu. Miał typową dla bersalierów wąską, kościstą twarz, z rysami wyostrzonymi jeszcze przez wychudzenie. Do jego stalowobłękitnego munduru podoczepiane były drewniane fetysze, pozostałość przedimperialnych wierzeń Lazzy których nie udało się dotąd wyplenić kapłanom Eklezjarchii. Berengar nigdy się nimi nie przejmował, czym przysparzał mi ciągłych trosk. Cały nasz pluton brał z niego przykład. I kto za to odpowie, psia jego mać? Dowódca plutonu zapewne, chociaż jego mundur był pozbawiony jakichkolwiek drewnianych dodatków. Ja.
Bersalierzy wysłani zostali na Omalę rok temu. Raportami Ransara III zainteresowano się dopiero wtedy, gdy się urwały. Piętnaście regimentów zajęło najważniejsze miasta pankontynentu Host, bez walki zresztą praktycznie gdyż tygrydzi po prostu wycofali się na pokrytą puszczą północ. Najwyraźniej na Artakserksesie uznano wtedy, że wysłanie regimentów drugiego rzutu jest już niepotrzebne, tym bardziej że Casslehorn znowu zaczął sprawiać kłopoty, tym razem na Cefeuszu.
Zawsze uważałem, że gwiazdki na pagonach trawią ludziom rozum.
Westchnąłem, sięgnąłem po przyozdobiony białymi piórami hełm i wstałem.
- To nie jest żart, Soln? - upewniłem się jeszcze. - Wiesz przecież, jak lubię się mścić.
- Nie ośmieliłbym się, Sul. Przecież wiesz, jak cię szanuję.
Skurwysyn nie szanował mnie wcale, ale jak ktoś trzy razy ratuje ci życie, to nie będziesz raczej strofował go za braki w dyscyplinie. Znowu westchnąłem, zaczynało wchodzić mi to w nawyk.
Pierwszy raz tygrydów zobaczyłem dopiero tutaj, w Forcie Lester. Wcześniej mój batalion jakoś omijały starcia, zajęcie wyludnionej Umbry obyło się bez jednego strzału, a gdy zaczęliśmy penetrować obrzeża północnych lasów to znajdowaliśmy tam jedynie trupy ludzkich zakładników. Pół roku temu przydzielono nas do zadań garnizonowych, mojej kompanii przypadło osadzenie w kontrolującym drogę kolejową do lokalnej kopalni Forcie Lester. Horton był wściekły, ten pierdziel rwał się do walki dopingowany jeszcze przez zjadliwe drwiny Aulusa Kwandeliusza, naszego komisarza, ta furia wylała się więc na nas serią rozkazów nakazujących karczunek okolicznych drzew. Porucznik Boemund Horton lubił nadzorować te prace stojąc na zrąbanych sągach drewna i wrzeszcząc na nas plując wszędzie mieszanką śliny i zielonej flegmy. Gdy pojawiły się pierwsze oddziały futrzaków, stosy zwalonych drzew stały się dla nich naturalną osłoną przed naszym ostrzałem.
Bo w końcu się pojawiły.
Pociągnąłem łyk wody z manierki, bezskutecznie próbując oszukać głód. Ostatni raz jadłem wczoraj rano, dzisiaj wodne zupy mistrza kuchni Fredegara Sangora jeszcze nie zostały wydane i żołądek słał ciągłe, bolesne przypomnienia o swym istnieniu. Po powstaniu musiałem przez chwilę oprzeć się o szary, betonowy mur fortu by pokonać nagłą słabość.
- Potnij pas i żuj kawałki - powiedział Berengar, już bez kpiarskiej ironii w głosie. - To dobra, lazzańska skóra.
- Chybabym umarł z przejedzenia. No i Sangor się obrazi. Zresztą, za chwilę po nas przylecą i jak będę wtedy wyglądał? Sierżant z opadającymi spodniami?
- Kto niby po nas przyleci?
- No jak to kto. Odsiecz oczywiście. Cały subsektor kombinuje właśnie jak by nas stąd wyrwać.
Berengar skrzywił się, zasalutował i usiadł pod murem.
Naszym losem nie przejmował się nikt prócz tygrydów.
Pojawili się trzy miesiące temu i całkowicie nas zaskoczyli. Co prawda dzień wcześniej doszła nas wieść o katastrofie na Czarnym Uroczysku, ale to było przecież 300 mil na wschód, nie poczuliśmy zagrożenia, tym bardziej, że nie znaliśmy jeszcze skali tamtej rzezi. Rankiem Horton jak zwykle wypędził nas na teren wyrębu nie dbając nawet o rozesłanie patroli. Tego dnia zginęła ponad połowa naszych ludzi.
Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć o tygrydach to to, że są szybcy. Kurewsko szybcy. Futrzak na pozór nie sprawia groźnego wrażenia. Jest niższy od człowieka, raczej wątły, a ta cała sierść i długi ogon sprawiają, że odruchowo bierzesz go za miłe zwierzątko, tym bardziej, że nie noszą żadnych ubrań, nawet wyposażenia ochronnego. Ich okrutnych, czerwonych oczu prawie nie widać, giną w głębokich oczodołach zwieńczonych szerokimi wałami brwi.
Zaatakowali krótko przed południem. Najpierw kilkadziesiąt sekund prowadzili ogień ze swej głośnej, wielkokalibrowej broni palnej po czym ruszyli do szarży z kilku miejsc jednocześnie. Byli niczym żółta fala przelewająca się przez słupy falochronu, biegli tak szybko, że na dobrą sprawę nie zdążyłem nawet dobrze wystrzelić, gdy byli już wokół nas. Śmierć zadawali trzymając w jednej dłoni średniej wielkości miecz, w drugiej zaś wymachując długim ostrzem przypominającym sierp. Nie mieliśmy żadnych szans. Bersalier strzela lub umiera. Nie mieliśmy nawet bagnetów, jedynie porucznik dysponował mieczem lecz Horton zaczął się wycofywać jako jeden z pierwszych. Na szczęście było nas zbyt wielu, by xenos mogli zmieść nas jednym uderzeniem, więc prawie setce gwardzistów udało dotrzeć do fortu. Fort Lester też był atakowany, ale tu skoncentrowany ogień karabinów laserowych sprawił, że tutaj to tygrydzi ponieśli ciężkie straty i zdołaliśmy się przedrzeć do zbawczych murów twierdzy. Zbawcze mury, tak wtedy o nich myśleliśmy.
Następnego dnia dostaliśmy komunikat, że nasze siły są w pełnym odwrocie. Desperacki ton meldunku sugerował zresztą nie odwrót, lecz ucieczkę. Później eter opanowali tygrydzi i zostaliśmy zupełnie odcięci od świata. Mury zmienily się w granice naszego grobu. Przez jakiś czas łudziliśmy się, że odsiecz jest kwestią tygodni, jeśli nawet nie dni, ale gdy zaczął się drugi miesiąc oblężenia zrozumieliśmy, że nikt po nas nie przyjdzie. Tygrydzi nie próbowali nawet nas atakować, wystarczała im blokada i okazjonalny ostrzał artyleryjski. Bardziej niż oni prześladował nas głód i rosnące szaleństwo Betonowego Cyrku.
Skrzywiłem się, poprawiłem hełm i ruszyłem na skos przez środek fortowego dziedzińca. W jego centrum klęczał Stary Brzydal, starożytny posąg z dziwnego, zielonego metalu którego dotknięcie przynosiło podobno szczęście. Szczęście było mi potrzebne, cholernie potrzebne, wezwanie do Cyrku oznaczało sąd dyscyplinarny, choć nie miałem pojęcia z jakiego powodu. Horton i Kwandeliusz byli bardzo szczodrzy w rozdawaniu oskarżeń, była to jedyna forma hojności jaką znali.
Gdy po miesiącu oblężenia dla wszystkich stało się jasne, że jesteśmy zdani sami na siebie, nasi dowódcy zaczęli zanurzać się w odmętach szaleństwa. Wraz z kilkoma najbardziej zaufanymi gwardzistami zamknęli się w Cyrku i zaczęli codziennie raczyć nas coraz bardziej paranoicznymi przemówieniami o wierności, honorze i czujności. Ich spotęgowane przez megafony głosy budziły w nas strach niemal równie silny jak xenos poza murami. Bersalierzy którzy nie stali wtedy na baczność byli później zabierani do umieszczonego w Betonowym Cyrku aresztu, by boleśnie przekonać się, jak się żyje z ograniczonymi do połowy racjami żywnościowymi. Co oznaczało chyba, że z wodnej zupy mistrza Sangora dostawali jedynie wodę. Sensu zamykania w ciemnicy żołnierzy w sytuacji, w której byliśmy otoczeni przez przeważających liczebnie tygrydów nikt nie ośmielił się podważać.
Przesunąłem nagą dłoń po szorstkiej powierzchni Brzydala. Posąg przedstawiał wysokiego na trzy metry, klęczącego mężczyznę w hełmie zasłaniającym górną część twarzy (obecnie do hełmu przyczepione były dwa białe, bersalierskie pióra). Brzydala kilkukrotnie trafiły tygrydzkie pociski artyleryjskie, nie wyrządziły mu jednak widocznej krzywdy. Być może dlatego zaczęliśmy traktować go jak swój amulet. Dotknięcie zielonego metalu zapewniało nieśmiertelność.
Fort Lester powstawał w dwóch fazach. Na początku powstał Betonowy Cyrk, masywny kwadratowy bunkier z otworami strzelniczymi wyszczerzonymi w cztery strony świata. Powstał kilkaset lat temu, gdy najpotężniejsza na Omali korporacja Hawkins pacyfikowała ukrywających się w północnych lasach zbuntowanych robotników. Sto lat temu w okresie zamieszek głodowych arcykról Omali przejął bunkier i nakazał dobudować do niego owal "doczepionego" do niego muru, wewnątrz którego znalazły się budynki magazynowe i koszary na zwiększony garnizon. W ten sposób Fort Lester przyjął dzisiejszą formę: brunatna bryła Cyrku w której siedział Horton z obstawą i pięciokrotnie większa reszta okolona betonowym wieńcem fortyfikacji w której powoli dogorywało czterdziestu pozostałych bersalierów.
A może olać rozkaz? Od dwóch tygodni nikt z wezwanych do Cyrku jeszcze nie wrócił, każdy został "tymczasowo zatrzymany" do czasu "wyjaśnienia wątpliwości co do jego bojowej postawy". Po forcie krążyły plotki, że wszyscy zamknięci zostali już skazani na śmierć a Kwandeliusz nie wykonuje wyroków jedynie z obawy przed rebelią. Gdybym odważył się na taki gest, nie byłoby chyba nikogo, kto by mnie wydał...
Gwałtownie otwarte metalowe wrota Cyrku brutalnie przerwały moje rozważania. U wylotu oświetlonego mdłym światłem korytarza stał sierżant Grans. Teodoryk Grans wydawał się być zupełnie odpornym na trudy oblężenia, jego sylwetka nie straciła nic ze swej zwalistości. Krzaczasta, czarna broda skutecznie maskowała mu usta a ciemne oczy nigdy nie zdradzały nastroju. Grans niby pochodził z Lazzy, ale naszą impulsywność i legendarne poczucie humoru stracił chyba we wczesnym dzieciństwie. Tym prenatalnym.
- Wejdź, czekają na ciebie.
Korytarz Cyrku tuż za wejściem ostro zakręcał, mijając obecnie puste stanowisko ogniowe. Kilkanaście metrów dalej przechodził w obszerną salę w której widać było wyloty trzech kolejnych korytarzy. W sali znajdowały się metalowe szafy które obłożono obecnie siennikami i kocami. Za dużym, nitowanym stołem siedział Boemund Horton, pyszniąc się złotymi galonami swego granatowego munduru. Dwaj bersalierzy drużyny dowodzenia stali obok, uśmiechając się paskudnie.
Między łopatkami poczułem karabinową lufę.
W narożniku sali dojrzałem kości. Dużo kości. I kilka czaszek. Ludzkich.
Jak oni wszyscy dobrze wyglądali, jak znakomicie byli odżywieni...
- Przydasz się Imperium, kapralu Sul - powiedział komisarz Kwandeliusz, który siedział niedbale na jednej z szaf. - Bardzo się przydasz.
Eksplozja rzuciła nas wszystkich na podłogę, z przeciwległego korytarza wyleciała chmura pyłu. Mgnienie oka później wysypali się z niego tygrydzi i salę ogarnęła przemoc.
Nawet nie wiem, jak znalazłem się ponownie przy wyjściu. Zadziałał instynkt i szaleńczy strach. Wiem, że próbujący wstać Grans próbował mnie zatrzymać... ale ja miałem już w dłoni pistolet. W kolejnym mgnieniu oszalałej rzeczywistości byłem już przy końcowym zakręcie korytarza, tuż przed wrotami wejściowymi. Obejrzałem się.
Trzej tygrydzi mknęli ku mnie w oszałamiającym tempie. Jakimś cudem zdążyłem strzelić...
Jeden z nich upadł, pozostali nawet się nie zatrzymali przy mijaniu. Lewe udo eksplodowało bólem, jakaś siła wyrwała mnie w powietrze, upadłem z ciężkim stęknięciem. Xenos już wysypywali się na dziedziniec fortu, nieskoordynowany ogień moich kolegów nie potrafił ich zatrzymać...
Nie uczyniłeś mnie nieśmiertelnym, Brzydalu.
I wtedy to się stało, och jak bardzo się stało, jak intensywnie, tak cudowne w swej nieskomplikowanej grozie. Wizury hełmu Brzydala zalśniły zielenią, posąg zaczął wstawać, jego metalowa skorupa zajęczała w proteście... a gdy już wstał...
Obrońcy i napastnicy zaczęli umierać, zawieszeni w nefrytowym huraganie.
A ja uśmiechnąłem się uśmiechem uczepionym wieczności.