Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chaos Space Marines. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chaos Space Marines. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 kwietnia 2021

Scars



     Scars to pierwsze pełnoskalowe wejście White Scars na scenę Herezji Horusa. Trochę im zeszło, to przecież już 28. tom serii. Tom dobry, może nawet bardzo dobry - to znaczy, byłby bardzo dobry, gdyby nie jedna, poważna skaza: wątek Space Wolves jest tam wepchnięty jakby na siłę, wygląda trochę tak, jakby było to odrębne opowiadanie Chrisa Wraighta które zostało tu włożone dla wierszówki. Postacie są tu jak zwykle płaskie, fabuła nieskomplikowana, ale fani uniwersum są przecież na to przygotowani. Jest honor, krew, batalistyka i bratobójcza wojna. Zawartość grimdarku prawidłowa.

Jest tu kilka ciekawych tematów. Nigdy chyba dotąd nie poruszono na przykład kwestii ewentualnych tarć w legionie między rekrutami z Ziemi a tymi z planety macierzystej Prymarchy. Pogłębiono okoliczności wydarzeń na Nikei: zarysowani frakcje, które wpływały na ostateczny werdykt (obok Magnusa, o utrzymanie Librarium walczyli też Sanguinius i Jaghatai (choć nie osobiście, nie było go tam), przeciw był np Mortarion). Rzadko dotąd występujący w Herezji Mortarion ma tu swoje 5 antypatycznych minut. Naprawdę, gdyby nie ten wtręt z Wilkami, ocena byłaby o pół oceny wyższa. Ale i tak polecam. 
4-

1. Know No Fear (5-)
2. The First Heretic (5-)
3. Legion (5-)
4. A Thousand Sons (5-)
5. Betrayer (5-)
6. Fulgrim (4+)
7. Nemesis (4+)
8. Mark of Calth (4)
9. Tales of Heresy (4)
10. Mechanicum (4)
11. Fear To Tread (4)
12. The Outcast Dead (4)
13. Scars (4-)
14. False Gods (4-)
15. Horus Rising (4-)
16. Shadows of Treachery (4-)
17. Angel Exterminatus (4-)
18. Fallen Angels (4-)
19. Descent of Angels (3+)
20. Prospero Burns (3+)
21. Age of Darkness (3+)
22. Galaxy in Flames (3+)
23. Deliverance Lost (3+)
24. Flight of the Eisenstein (3+)
25. The Unremembered Empire (3)
26. Vulkan Lives (3)
27. Battle for the Abyss (3)
28. The Primarchs (3-)
_________________

piątek, 25 października 2019

The Unremembered Empire

     Kolejny tom cyklu „Herezja Horusa” napisany został przez Dana Abnetta, jasne dla mnie było więc, że poniżej pewnego, solidnego poziomu nie zejdzie... i nie zszedł. Wyżej jednak się nie wzbił.


     Uwaga: tradycyjnie najpierw będzie część bezspoilerowa, później, po ostrzeżeniu, spoilery pójdą w ruch.


     Fabuła przenosi nas do Ultramaru, oddzielonego od reszty Imperium wywołanym przez Lorgara Ruinstormem. Siedzi tam w potrzasku Guilliman, ale też i inni prymarchowie, przeciągnięci niczym ćmy do lampy przez światło sztucznego sygnału nawigacyjnego uruchomionego na rozkaz prymarchy Ultramarinesów na planecie Sotha przez Barnabasa Dantiocha, ostatniego lojalnego Iron Warriora w galaktyce (afaik). Pojawia się więc Lion, pojawia Sanguinis (pręży się zresztą na okładce, więc żadna to niespodzianka, pojawiają się jeszcze dwaj inni, ale ich imiona mogą być dla niektórych niespodzianką (słabą, ale jednak), więc z ich podaniem się wstrzymam.

     Mój największy zarzut do książki dotyczy właśnie fabuły. Rozwijany jest tu wzmiankowany już wcześniej koncept utworzenia przez Guillimana tytułowego Zapomnianego Imperium, Imperium Secundus. To naprawdę była ciekawa idea: wykorzystanie chaosu wojny domowej, by wykroić z państwa ojca oazę spokoju wokół Ultramaru. Abnett pomysł ten kompletnie marnuje. Od pierwszych stron przekonuje nas, że Roboute się waha, absolutnie nie ma nawet cienia złych intencji i tworzenie Imperium Secundus jest mu niemal narzucone przez otoczenie i okoliczności. SZKODA. Szansa na uczynienie tej postaci ciekawszą została zmarnowana.

     Sama argumentacja za utworzeniem Imperium Secundus wydaje mi się naciągana i niespójna. Tworzenie państwa, które ma być natychmiast zapomniane, jeśli okaże się, że Terra jeszcze nie padła? Bo... to wzmocni morale? Herezja wiele już widziała nonsensów, ale ten i tak wygląda dosyć mocno na tym tle.

     Po trzecie: działania głównego villaina „Unremebered Empire” opisane są w sposób, którego nie cierpię. Prowadzi on na Ultramarze wojnę partyzancką i jest nieuchwytny... ale nie pisze się, dlaczego, jak on wymyka się ścigającym. On jest nieuchwytny dlatego, że jest to cecha z jego charakterystyki. Autor nie sugeruje nam nawet, jak to się stało że ów złoczyńca pojawia się po prostu w niektórych lokacjach: on po prostu to robi i tyle. Szkoda.

     Tym niemniej: i tak warto przeczytać, o ile jest się fanem uniwersum. Jest dynamicznie, pojawiają się ciekawe postacie (w tym moi ulubieńcy, John Grammaticus i Eldrad Ulthran), są sceny zapierające dech w piersiach (sposób, w jaki czarny charakter dostaje się na Macrage jest cudowny)... Szkód żadnych z przeczytania „Unremembered Empire” nie będzie.




     Spoiler zone.



     Książka całkiem zgrabnie łączy wątki z kilku poprzednich książek. Mamy więc epilog kampanii Thramas (flota Mrocznych Aniołów z Lionem i Konradem Curze na pokładzie ląduje w Ultramarze), mamy konkluzję Shadow Crusade (Ultramar jest kompletnie odcięty od reszty Imperium przez Ruinstorm wywołany działaniami Lorgara i Angrona), wyjaśnia się, gdzie dotarły Krwawe Anioły po rzezi z Fear to Tread, mamy wreszcie ciąg dalszy wydarzeń rodem z tomu Vulkan Lives (John Grammatikus i Vulkan pojawiają się na Macragge, ten ostatni zresztą w szczególnie spektakularny sposób: spada na niego niczym meteor).

     Guilliman chyba się już otrząsnął po laniu, jakie sprawił mu Angron w Betrayerze, bo niczym nie zdradza pamięci o tamtym upokorzeniu. Stara się uczynić Ultramar ośrodkiem nowego centrum cywilizacyjnego ludzkości, jest bowiem przekonany, że Terra jest już zapewne w rękach Horusa (a Ruinstorm całkiem sprawnie odciął go od wszelkich stamtąd informacji). Utwierdza go w tym przekonaniu Tarasha Euten, szambelan, kobieta która gra u boku prymarchy rolę matki (co całkiem przytomnie zauważa w pewnym momencie Curze). Ten nowy ośrodek to w istocie nowe imperium, Imperium Secundus, choć jak zaznaczyłem już wcześniej, Roboute broni się jak może przed zarzutem secesji.

     Siła Ultramaru w tym okresie gwałtownie rośnie. Główną zasługę ma w tym odkrycie na planecie Sotha przedludzkiej instalacji na górze Pharos, która, uruchomiona przez Dantiocha, służyć może za zapasowy Astronomicon. To jego światło przyciągnie przez rozszalały Ruinstorm kilka zagubionych flot lojalistów. Jedna z nich przysporzy zresztą Guillimanowi ogromnych kłopotów: eskadry Mrocznych Aniołów, tradycyjnie ekstremalnie nieufne, przygotowane będą do otwarcia ognia do swoich braci w ultramarynie, a co gorsza, ukrywać się tam będzie Konrad Curze...

     To jest oś fabularna książki. Curze, przedstawiany tu jak kapryśne dziecko-sadysta (trochę szkoda, że tak płasko), zacznie na Macragge kampanię terroru. Wyżej pisałem już, że mam tę część książki za słabą jej stronę: Night Haunter przemieszcza się jak chce, zabija jak chce i oszukuje wroga jak chce... i praktycznie w żadnym momencie nie jest wyjaśnione, JAK ON TO ROBI. Po prostu to robi. Bo może. Jest w tym tak skuteczny, że prawie udaje mu się zabić dwóch prymarchów za jednym zamachem: najpierw trochę ośmiesza Robouta i Liona skutecznie broniąc się przed nimi jednocześnie, a potem niemal wysadza ich w powietrze (ratuje ich Deus ex Machina: okazuje się, że nadajnik na Pharos potrafi też teleportować).

     Jest tu też wątek Cabalu. Obok Johna Grammaticusa, na Macragge pojawia się inny perpetual, Damon Prytanis. Duet ten ma zabić (ostatecznie) Vulkana, co zapowiedziane zostało już w Vulkan Lives. Pojawia się jednak nowa siłam mój ukochany Eldrad Ulthran zaczyna (chyba) działać niezgodnie z zamierzeniami swoich kolegów z pangalaktycznej konspiracji i sugeruje Johnowi, że jeśli to on wbije w Vulkana naergetyzowaną włócznię (a nie Curze, jak zakładał plan), to Vulkan nie tylko nie zginie, ale zostanie przy okazji uleczony.

     Bo Vulkan zwariował.

     Końcówka książki to jej najlepsza część. Ten cały końcowy szoł jest efektowny i satysfakcjonujący. Vulkan wydaje się być martwy, John znalazł się w rękach Cabalu (który pozbawił go możliwości respawnu przy okazji), a Curze udowodnił, że jest badassem (żałosnym, ale jednak), masakrując pewnego demona w jego warpowej dziedzinie. Imperium Secundus zostało proklamowane, z Sanguinisem jako regentem.

     Przeciętność, ale z potencjałem.

     6,5/10
   

czwartek, 2 maja 2019

Vulkan Lives


     Tradycyjnie już w przypadku recenzji, spoilery umieszczę na końcu.

     26. odsłona serii to swoisty debiut w niej Nicka Kyma. Swoisty, bo miał on już swój w niej nowelkowy udział, ale Vulkan Lives to pierwsza duża powieść tego autora osadzona w realiach Herezji Horusa. Fabuła to tak jakby dwie książki w jednej, spięte dość słabo końcowym zwrotem fabularnym. Jedna z nich omawia los Vulkana, prymarchy zmasakrowanych na Isstvanie V Salamander, który po klęsce dostał się jakoś w ręce swego rebelianckiego brata Konrada Curze. Ta niewola zamienia się w całkiem interesujący, choć niewyszukany psychologiczny pojedynek okraszony opisem makabrycznych pomysłów prymarchy Władców Nocy. Interesujący do czasu, bo ostatecznie nie ma w tym jakiegoś ciekawego twistu, poza pewną rewelacją fabularną którą ujawnię na koniec, by tu nie spoilerować. Druga nitka fabularna książki to starcie grupki ocaleńców z Isstvana V (głównie Salamander dowodzonych przez Numeona Artellusa) z Głosicielami Słowa będącymi podkomendnymi Valdrekka Eliasa, Mrocznego Apostoła służącego samemu Erebusowi. Starcie ma miejsce na planecie Traoris, na której znajduje się też nasz starcy znajomy, John Grammaticus, nieśmiertelny Perpetual na służbie Cabalu.

     To nie jest bardzo zła książka. Jest kilka fabularnych zaskoczeń, dowiadujemy się trochę nowych rzeczy o uniwersum no i jest tu zarysowana ciekawa, niejednoznaczna postać, Barthusa Narek, najbardziej interesujący Word Bearer od czasów Argela Tala. To, co zdecydowanie obniża jej notę, to kilka urągających nieco logice elementów fabuły, o których nie chcę tu pisać by nie spoilerować. Tym niemniej, nie niszczą one zupełnie przyjemności poznawania być może najbardziej ludzkiego ze wszystkich prymarchów, Vulkana.

     SPOILERY

.
.
.
.
.

     No dobrze, za słaby jestem na razie z fluffu Salamander, ale informacja, że Vulkan był Perpetualem mocno mnie zaskoczyła. Owszem, słyszałem wcześniej iż ten chapter kultywuje przekonanie, iż ich przywódcy są bodajże kolejnymi inkarnacjami swojego Prymarchy (afaik), ale jednak Perpetual? Mocny szok. Nasuwa się mi podstawowe pytanie: Imperator zrobił to specjalnie, czy wyszło przypadkowo? Jeśli przy okazji, to czemu nie zastosował tej technologii przy pozostałych synach? A jeśli nie... czy Cabal jakoś na to wpłynął? W książce są sugestie, że to potrafi... Na koniec książki Vulkan teleportuje się w wyższe partie atmosfery jakiejś planety i spadając płonie aż do szkieletu... czy z tego też się zregeneruje? Stawiam na to, że tak, skoro Cabal ciągle chce go zabić.

     No właśnie, bo chce. Prawie zapomniałem, że Cabal chce zwycięstwa Chaosu by go w efekcie zniszczyć. Nie do końca rozumiem, czy Erebus o tym wie. To pierwsza moja wątpliwość: skoro Erebus widzi wiele wersji przyszłości, dlaczego nie rozumie, co stanie się po triumfie Horusa? Chyba, że jednak widzi i będzie to zwycięstwo sabotował...

     I jeszcze jedno: kompletnie nie rozumiem, dlaczego Curze pod koniec książki pozwolił Vulkanowi odnaleźć jego młot. Chciał umrzeć? Dlaczego wiec wcześniej nie pozwolił bratu się dopaść? Nie podoba mi się ten fragment.

Generalnie: 6/10

wtorek, 2 kwietnia 2019

Mark of Calth

     Mark of Calth to kolejna antologia w cyklu Horus Heresy. Jest ona szczególna w całej dotychczasowej serii, gdyż w przeciwieństwie do poprzednich, ta koncentruje się na walkach na jednej, konkretnej planecie. Jest to oczywiście Calth, pole bitewne w najlepszej jak dotąd pełnoskalowej powieści Herezji, czyli Know no Fear Dana Abnetta (ma on oczywiście wkład i w tę antologię).

     Podobnie jak w przypadku poprzednich zbiorów opowiadań, oceniać będę osobno każdą nowelę. Uwaga, możliwe są spoilery, ale tym razem delikatne.



The Shards of Erebus 
     Nowela Guya Haleya przenosi nas chronologicznie jeszcze przed atak na Calth. Nie dzieje się tu szczególnie wiele: znany i lubiany Erebus wyznacza dowódców zbliżającego się uderzenia (w tym Kor Phareona, smutny dowód na degradację tego arcykapłana u którego kiedyś Erebus terminował). Jest też kolejna podróż na Davin, gdzie Erebus nauczył się teleportacyjnej sztuczki, którą już wcześniej zaprezentował w Betrayerze. Generalnie niezły wstęp do antologii.
3+

Calth That Was 

To jest właściwie ciąg dalszy Know No Fear, choć napisany przez MacNeilla. Podobny, reportażowy styl (choć mistrzostwa Abnetta nie osiąga), wielu znajomych bohaterów. Całość ma ponad sto stron i są one w dużych dawkach wypełnione akcją, szaleństwem i umieraniem. Głównymi bohaterami są Remus Ventanus, kapitan Ultramarines i Maloq Kartho, Mroczny Apostoł World Bearers (co do tego drugiego, to nie jestem pewny czy występował we wcześniejszej książce o walkach na Calth) i jak zwykle w serii nie mają wiele charakterologicznej głębi. Jest tu kilka momentów wow, rytualne samobójstwo kilkuset Głosicieli Słowa jest na przykład jednym z nich. Całkiem mocne, choć delikatnie wchodzące w niezamierzony chyba humor zakończenie. Polecam, dobra rzecz.
4+


Dark Heart 
     Anthony Reynolds ma w swoim dorobku obszerną trylogię o Word Bearers, nic dziwnego więc, że zaproszono i jego do tej antologii. Dark Heart jest nowelką krótką, ale treściwą. Dorzuca nam nowe wiadomości na temat przejmowania władzy przez Lorgara nad Colchis: tytułowe Mroczne Serce to sekta zabójców kierowana przez Kor Phaerona torująca Aurelianowi drogę do tronu (czy może ołtarza). Głównym bohaterem jest młody akolita Marduk (który jest we wspomnianej wcześniej trylogii głównym bohaterem). Niestety, nie ma tu w ogóle niuansów: Marduk chce mocy i ją dostaje, nie ma żadnych wątpliwości pomimo strasznych scen które otaczają go z każdej strony. W tle starcia na orbicie Calth. Czyta się dobrze. No i jest Sorot Tchure :)
4-


The Traveller 

     Pierwszy tekst Davida Annandale’a który miałem okazję przeczytać i jest to tekst zdecydowanie na plus. Nie ma tu, poza epizodem w zakończeniu, wspaniałych Space Marines: są jedynie zwykli ludzie wtłoczeni w tryby galaktycznej wojny. Ludzie poddani strachowi, paranoi, narastającemu szaleństwu. Kimś takim jest główny bohater, Jassiq Blanchot, który dzięki nadzwyczajnemu szczęściu przeżył wojnę na Calth od jej orbitalnego początku, aż do podziemnego epilogu. Choć tak naprawdę, to głównym bohaterem jest kto inny: to Osnowa i sposób, w jaki żywi się ona takimi konfliktami. Momentami nużąca, ale jednak ciekawa finalnie nowela.
4


A Deeper Darkness 

     Tu wracamy do Astartes, a w drogę powrotną zabiera nas Rob Sanders. Narracja jest pierwszoosobowa (rzadko to lubię), a historię opowiada nam Hylas Pelion Mniejszy, Ultramarine prowadzący długą wojnę z Ungolem Shaxem, zdradzieckim Dzierżycielem Słowa. Wojna ta zaprowadzi go w tytułową Głębszą Ciemność, dosłownie i w przenośni. Atmosfera jest duszna, co stanowi chyba główną zaletę noweli która generalnie nie powoduje u mnie większych uniesień.
3+


The Underworld War 

     Dembski-Bowden! Mój ulubiony autor warhammerowy wraca z kolejną porcją solidnej lektury. Jerudai Kaurtal, główny bohater z Word Bearers po siedmiu latach podziemnej wojny na Calth ma już dość, zrywa z rozkazami i rusza na swoistą pielgrzymkę na powierzchnię. Już sam pomysł jest kapitalny! Sam bohater należy do Gal Vorbak, wojowników którzy dobrowolnie dali się opętać demonom z Osnowy i jest dużo ciekawszy od większości innych jednowymiarowych herosów tego uniwersum. W dodatku na koniec czeka nas potężny twist fabularny.... No i na chwilę wraca (spoiler) Argel Tal, jeden z najfajniejszych bohaterów tego mało fajnego legionu...
5-


Athame 

     Mam z tym opowiadaniem Johna Frencha drobny kłopot. Ono nie broni się jako samodzielna nowela. Koncept jest ok: tym razem bohaterem jest rytualny sztylet, stworzony jeszcze na prahistorycznej Ziemi. Jego dzieje to monotonny ciąg mordu, mordu popełnianego przez i na jego posiadaczach. Monotonny. Drobnymi błyskami w tej litanii jest pojawienie się starych przyjaciół z Prospero Burns, Kaspara Howsera i Murzy. Gdy athame trafia na Calth, nowela się urywa.
Nowela w tym kształcie się nie broni. Tyle, że tak naprawdę jest częścią dylogii, bo jej naturalną kontynuacją jest ostatnie opowiadanie w antologii. Stąd jednak polecam tę ponurą opowiastkę o zbrodni i zdradzie, koniecznie w pakiecie z Unmarked.
3+


Unmarked 

     Na koniec oczywiście Dan Abnett, autor który wykreował nam pole bitwy na Calth w niezapomnianym Know no Fear. Tyle, że tym razem opowiadanie prawie w ogóle nie dzieje się na Calth.
     Głównym bohaterem jest Oll Persson z owego Calth uciekający. Posługuje się przy tym sztuczką którą poznaliśmy wcześniej w wydaniu Erebusa: rozdzieraniem rzeczywistości. Tyle, że Persson robi to lepiej: on potrafi też cofać się w czasie. Ucieka więc Persson (i pięciu ocaleńców z Calth) ku Ziemi przeszłości, odwiedzając stare pola bitewne ojczyzny ludzkości, ścigany przez nie byle kogo... ściga go M’kar, demon znany nam z czterdziestego tysiąclecia.
     Perssona znamy z innych tytułów Herezji Horusa, to jeden z nieśmiertelnych perpetuali wymykających się z nieznanych powodów śmierci. Tu dowiadujemy się, że ma już 35 tysięcy lat i pochodzi z północnej Mezopotamii. Dowiadujemy się też, że kontaktuje się on z innymi perpetualami, między innymi ze znanym skądinąd Johnem Grammatikusem. Opowiadanie jest świetne, pełne wewnętrznej melancholii, godnie wieńczy tę naprawdę dobra antologię. No i daje odpowiedź, kim naprawdę jest M’kar. (spoiler! Ten demon to znany z "Calth that was" Maloq Kartho).. Polecam!
5-

Ogólnie: 4

Jedna z najlepszych jak dotąd książek cyklu, jakie dane mi było przeczytać. Nawet słabsze pozycje trzymają jakiś tam poziom.

niedziela, 16 grudnia 2018

Betrayer

Daleka już za mną droga w Herezji Horusa. Dwudziesty czwarty tom cyklu, nie licząc jakichś tam miniaturowych spinoffów... flagowy produkt Black Library to już jakiś fenomen w gamingowej niszy literatury popularnej. A wiem przecież, że do przeczytania jest ciągle drugie tyle tytułów... i one ciągle się tworzą!

I dobrze. Seria ma swoje wzloty i upadki, ale czyta się ją dobrze.

Uwaga: jak to czasem u mnie bywa, na końcu będą spoilery (po ostrzeżeniu).

Tym razem oczekiwałem wzlotu. Po pierwsze, napisał ją autor z absolutnego topu wydawnictwa, czyli Aaron Dembski-Bowden. To najrówniejszy pisarz z tej "stajni", porażka była więc mało prawdopodobna... tym bardziej, że i temat był obiecujący. To kolejny z tomów "wprowadzających do legionu", tym razem bohaterami są Astartes z World Eaters, Pożeraczy Światów. Szczególnie Kharn, bo przecież figurkowy świat Games Workshop od trzech dekad już zna Kharna Betrayera z czterdziestego tysiąclecia; ale również Angron, bo i on, jak się w książce okazuje, naznaczony został piętnem Zdrajcy.

Fabuła osnuta jest wokół Krucjaty Cienia, którą World Eaters i Word Bearers prowadzą przeciw Ultramarowi rok po rozpoczęciu rebelii. W tle mamy konflikt na planecie Calth (ach, "Know No Fear" <3 ), ale pod ciosami armii Angrona i Lorgara jęczą inne światy: szczególnie Armatura, inwazja na którą opowiedziana jest przez Dembski-Bowdena po prostu fascynująco. Autor ma szczególny dar do tworzenia przekonujących bohaterów zarówno z postaci głównych, jak i drugoplanowych (z tych wybija się szczególnie Lotara Sarrin, kapitan dowodząca flagowym statkiem kosmicznym Pożeraczy, czyli Conquerorem). Fascynuje sposób, w jaki skonstruowano tu Angrona, prymarchę XII legionu. Nie jest on postacią sympatyczną, ADB nie zastosował tu numeru znanego choćby z poprzedniego tomu (gdzie Perturabo stał się niemal sympatyczny) - nie, tutaj on jest nadal odrażającym, hiperagresywnym typem brutala, który przy okazji nie grzeszy szczególną inteligencją. I tak jednak jest interesujący. Dembski-Bowden rozwija temat tragizmu tego człowieka, który zaczął kreować kiedyś w nowelce "After De`shea": nadczłowieka złamanego przez warunki, w których dorastał i implanty, których nie można usunąć i które stopniowo degradują w nim człowieczeństwo. Co więcej, zmaga się on też z odrzuceniem: cały czas wraca do nas pytanie, czym Angron by się stał, gdyby nie szokujący brak empatii jego ojca, który po odnalezieniu Czerwonego Anioła pozwolił na wymordowanie przyjaciół z jego powstańczej, niewolniczej armii.

To dobra książka również z tego względu, że dodaje trochę głębi do uniwersum trzydziestego tysiąclecia. Chyba pierwszy raz pojawia się Shadow Crusade; powraca Cabal (i pewna dziewczyna :) ); ginie bardzo ważna dla cyklu postać; słyszymy tu o Godzinie Wilka, totalnej nowości (starciu dwóch legionów wieeeeeeeele lat przed Herezją).

Najważniejszy zarzut: za słabo moim zdaniem rozwinięto tu tytułowego protagonistę. Ja do końca nie wiem jednak, kim jest Kharn. Blednie on nie tylko przy Angronie czy Lorgarze (Dembski-Bowden to naprawdę specjalista od Lorgara, znowu (po "First Hereticu") jego fenomenalny występ), on wygląda nieszczególnie również przy Argel Talu (kolejny znakomity fragment książki) czy wspomnianej już wcześniej Lotarze. Ot, znakomity szermierz który gryzie się tym, że ma fatalnego dowódcę (ale nie potrafi się zdobyć na nielojalność).

I trochę spoilerów.

Największe zaskoczenie fabuły, to cel tej całej Krucjaty Cienia: uratowanie Angrona. Nie wiem do końca, czy Lorgar robi to z braterskiej miłości, czy raczej z obawy, że jego śmierć spowoduje upadek Herezji: tak czy inaczej cała ta rzeź, która przy okazji odetnie Ultramar od reszty Imperium Ruinstormem, jest paliwem dla wyniesienia Angrona do rangi demonicznego księcia, co przy okazji ratuje go przed stopniowym umieraniem zafundowanym mu przez Gwoździe. Gwoździe są zresztą chyba najważniejszym aktorem drugoplanowym "Zdrajcy": to one zmieniły Pożeraczy w coraz brutalniejszych morderców (choć to nie są jeszcze berserkerzy z czterdziestego tysiąclecia: Kharn ma skrupuły przed zabijaniem cywilów!), to komplikacje z nimi sprawiły, że legion zmarginalizował swoich librarianów (których ostateczny koniec widzimy w finale książki).

Godzina Wilka to też niezły dodatek do fluffu. Nieokreślony czas przed Herezją doszło do starcia Gwiezdnych Wilków z Pożeraczami, krwawego starcia. Russ miał zakończyć krwawe ekscesy XII Legionu, skończyło się (jak to zwykle u XII Legionu bywa) krwawą masakrą, z której ostatecznie Wilki się wycofały.

Ciekawie snuty jest tu wątek Erebusa. Po raz pierwszy widzimy tego arcyheretyka w wyraźnej defensywie. Owszem, nadal jest śmiertelnie niebezpieczny: ostatecznie zabija nie byle kogo, bo Argel Tala, poza tym ożywia Cyrene (porwaną później przez... CABAL)... ale narastający rozłam między nim a Lorgarem źle Erebusowi wróży. No i mord na Talu zrobił z Kharna arcywroga kapelana Głoszących Słowo...

Jest tu też występ Guillimana... który nie ma na razie szczęścia do wydarzeń Herezji. Najpierw został zaskoczony w Calth, teraz został niemal zabity przez Angrona w starciu na Nucerii (no, wcześniej poważnie obił Lorgara, tyle na plus).

Ogólnie: 5-

wtorek, 11 grudnia 2018

Angel Exterminatus

Dziś budzę Wieżę by podzielić się kilkoma spostrzeżeniami o 23. tomie Herezji. Na początek uwagi luźne, a potem, po ostrzeżeniu, część ze spoilerami.

To nie jest zła książka, ale w cyklu jakością się nie wyróżnia.

Herezja Horusa tym razem rzuca uważniejsze spojrzenie na Iron Warriors, legion znajdujący się w cieniu dotychczasowych tomów serii. Owszem, Perturabo miał już dwa czy trzy swoje epizody... ale były to epizody krótkie, płaskie i nic ciekawego nie wnoszące poza tym, że Pan Żelaza był w nich standardowym, drugoligowym supervillainem. Po incydencie z Berossusem w poprzednim tomie uznałem wręcz, że Perturabo jest zły karykaturalnie... aż Graham McNeill rzucił na niego nowe światło.

I Perturabo stał się nagle jednym z najsympatyczniejszych prymarchów spośród tych, którzy zdradzili (obok Magnusa może). I ja to bardzo doceniam.

Przywódca Żelaznych Wojowników stał się nieco prostolinijnym wojownikiem-inżynierem, który potrafi docenić męstwo przeciwnika, boi się o życie swego brata pomimo tego, że w ogóle mu nie ufa, a jego największym marzeniem jest stworzenie świata, w którym przestanie być wojownikiem (bo w tej perfekcyjnej wizji nie będzie już wojen). Całkiem nieźle, jak na gbura którym wszyscy pogardzają, prawda?

Wrażenie psują Dzieci Imperatora. Są tak przerysowane, że już więcej nie można. Szkoda, że nie ma w nich już w ogóle człowieczeństwa, ci Astartes są już wyłącznie tymi Złymi z uniwersum 40k, bez chwili zawahania i wątpliwości. Fulgrim ciągle jest tym Fulgrimem popsutym przez opowiadanie „Reflection Crack’d” i w obliczu finału powieści, to się już w tym cyklu nie zmieni.

Interesującym elementem sa resztki Iron Hands z Sisypheum. To ciągłe bicie lojalistów w Herezji było już męczące, lojaliści bijący heretyków okazali się być orzeźwiającym doznaniem.

Uwaga, teraz będzie kilka spoilerów.

Osią powieści jest quest Fulgrima i Perturabo do Oka Terroru (i uwaga: TO PERTURABO NADAJE TĘ NAZWĘ). Celem jest antyczna broń (osoba?) z antycznej historii Eldarów, która zapewnić miała rebelii przewagę nad lojalistami. Tylko, że to wszystko bujda: Fulgrimowi chodziło wyłącznie o to, by na planecie wypełnionej eldarskimi duszami dostąpić awansu do statusu demonicznego księcia. Pomóc ma mu w tym nieświadomie sam Perturabo, dzięki złośliwemu artefaktowi kradnącemu siły życiowe Panowi Żelaza. 

No cóż, szczerze mówiąc, to przypomina to scenariusz przecietnego scenariusza RPG. Sytuację ratują wcześniej wspomniani już desperaci z Sisypheum, niedobitki Iron Hands wzmocnione ocaleńcami z Salamanders i Raven Guard. Prowadzą oni partyzancką wojnę na tyłach wroga, żądni zemści za masakrę na Istvaanie V. I nie ograniczają się do małych celów. Na początku książki organizują niemal udany zamach na Fulgrima (dokonuje tego Astartes z Kruczej Straży, Sharrowkyn, który w ogóle okazuje się niesamowitym badassem).

MacNeill rozwija tu temat przyczyn przyłączenia się Perturabo do Herezji. Prymarcha Iron Warriors czuje się niedoceniony, ciągle spychany na drugi plan. Jego rebelia nie pociągnęła jednak za sobą nienawiści do lojalistów: przeciwnie, co najmniej dwukrotnie oszczędza on desperatów z Sisyphaeum, czując do nich nieokreślony szacunek. Chaos budzi w nim dystans i odrazę, jego legion przez większość książki jest również od niego wolny... aż do wydarzeń gwałtownego epilogu, w którym kilku najbliższych mu Warsmithów schodzi na drogę służby Niszczącym Potęgom (on sam jest jeszcze od tego wolny, oddany jedynie Horusowi).

Poza tym, w telegraficznym skrócie:
* Lucjusz przegrywa pierwszy raz nie z prymarchą, w pojedynku pokonuje go ten niesamowity Sharrowkyn; jakimś cudem jednak to przeżywa
* Fulgrim na końcu książki staje się demonicznym księciem znanym choćby z pojedynku z Guillimanem w "Dark Imperium"
* Legion Fulgrima jest najbardziej obrzydliwą, najbardziej godną pogardy siłą na tym etapie Herezji; zostali straceni zaskakująco szybko i gładko; naprawdę, okrucieństwo Synów Horusa, religijny zapał Głosicieli Słowa czy agresja Pożeraczy Światów jakoś przy tym wyglądają lżej;
* Fabius Bile bawi się na całego z mutacjami, inżynierią genetyczną i tworzeniem nowych generacji Space Marines; sekcja przedstawiająca przeobrażanie pojmanych Imperialnych Pięści jest szczególnie obrzydliwą i smutną częścią książki;

Generalnie: 4-

piątek, 14 września 2018

Shadows of Treachery

   Blog w uśpieniu, ale jednak trochę w moim hobbystycznym świecie się dzieje :) Dla ożywienia: słów parę o ostatniej herezyjnej lekturze, antologii "Shadows of Treachery" zredagowanej przez Christophera Dunna i Nicka Kyme`a (no, to akurat nie jest dobra zachęta...). (uwaga, stosuję oceny szkolne)


The Crimson Fist 

   Głównym bohaterm jest tu Alexis Polux, kapitan 405. kompanii Imperial Fists... i, jak łatwo domyślić się po tytule, przyszły założyciel zakonu Crimson Fists. Dowodzi on ogromną Retribution Fleet, która miała wspomóc lojalistów na Istvaanie. Nie wspomogła, dostała się w pułapkę w systemie Phall, gdzie następnie doszło do masywnej bitwy kosmicznej z Iron Warriorami. 

   To chyba pierwszy raz, gdy możemy dłużej spojrzeć na Perturabo, prymarchę Iron Warriorów. Cóż, niewiele nam to opowiadanie o nim mówi poza tym, że najwyraźniej jest zimnym psychopatą (w tej rodzinie to chyba norma). Sam Polux wygląda jak wielu innych Astartes, aczkolwiek wątpliwości które nim targają dodają mu trochę flavoru. Słabo (bardzo) wypada wątek Sigismundusa i focha, którego strzela wobec niego sam Rogal Dorn (oj stracił w moich oczach trochę). Bitwa w Phall pokazana jest za to znakomicie, bez tej nic nie znaczącej gadki o krwawych stratach i męstwie (to znaczy: one tam są, ale jest też opis tego, a jaki sposób działają obie floty). Intrygująco to się wszystko kończy, generalnie jestem na tak.
4-

The Dark King 

   Debiutów ciąg dalszy. Tym razem spotykamy się z Konradem Curze, prymarchą Night Lords którzy dotąd pojawili się bodajże tylko w drobnym epizodzie "Deliverance Lost". McNeill bierze na warsztat chwilę szczególną: moment, gdy Curze wpada w szał i jak rozumiem decyduje o zdradzie. "Jak rozumiem", gdyż w ogóle to opowiadanie jest niejasne, motywacje Night Huntera nonsensowne, a jego nagły napad szału w którym atakuje Dorna powoduje u mnie jeden, nieustający WTF. Niby to wszystko jest fajnie napisane, ale kompletnie mi się nie klei. I jedno pytanie: jak siły lecące na Istvaan mogły po tym wszystkim zaufać Władcom Nocy?!?
2+


The Lightning Tower 
   Abnett w wysokiej formie. To właściwie druga część „The Dark King” która sporo wyjaśnia, choć nie wszystko. Znowu Imperial Fists w rolach głównych, początek antologii został przez nich zdecydowanie zdominowany, łącznie z okładką (i dobrze, byli zaniedbywani).
4


The Kaban Project 
   Ta nowela odchodzi od Imperial Fists i przenosi się na Marsa, niedługo przed wydarzeniami „Mechanicum”. Fabuła jest do bólu prosta: adept pracujący nad maszyną Kaban odkrywa jej samoświadomość i wpada w panikę, nie rozumiejąc, że jego skorumpowanym przełożonym właśnie o to chodzi. Konkluzja tej historii jest dla każdego znającego fabułę Mechanicum oczywista, ale mimo to prowadzona jest zgrabnie, a smaczek Mechanicum jest wyraźny. Polecam.
4-


Raven’s Flight 
   Opowiadanie Gava Thorpe’a jest prequelem do „Deliverance Lost” i jest niejako uzupełnieniem noweli „Face of Treachery” z tomiku „Age of Darkness”. Głównym bohaterem jest Marcus Valerius, zwykły (no, nie do końca taki zwykły) gwardzista z Imperial Army, który jest prześladowany przez wizje masakry Kruczej Straży na Isstvanie. Wizje, które w efekcie uruchomią misję ratunkową dla Coraxa. Czyta się dobrze, całkiem zgrabne są refleksje Coraxa na temat tego, jak bardzo zawiedli Astartes w godzinie próby. No i przedstawiono niezwykły feature tego prymarchy, umiejętność unikania uwagi widzących go wrogów.
4-


Death of the Silversmith 
   W tej miniaturce wracamy na pokład flagowej jednostki Horusa Luperkala. Ma to opowiadanko w sobie nieodparty czar, pomimo nieskomplikowanej fabuły, która jest prequelem do „Horus Rising”. Najważniejsza myśl tego tekstu: zepsucie dotarło do Wilków Luny na długo przed działaniami Erebusa.
4


Prince of Crows 
   Antologię zwieńcza mój ulubiony Aaron Dembski-Bowden. I oczywiście się nie zawiodłem: znowu jest to znakomite operowanie zdaniem, znowu są wyraziści bohaterowie (rzadkość w tym uniwersum), znowu fabuła jest o CZYMŚ. Jeden drobiazg jednak obniża ocenę: nowela wydaje się być ucięta w pół, zdecydowanie wymaga ciągu dalszego. Bohaterem jest Jago Sevatar, często wspominany w trylogii Night Lords i spotkany już w Herezji choćby w "Deliverance Lost". Sevatar desperacko próbujący ratować resztki floty Night Lords z katastrofalnej klęski zadanej im przez Dark Angels jest, co normalne w tym legionie, mieszaniną brutalności i elementów dziwnej szlachetności. Pod tym względem zdecydowanie przewyższa drugiego z bohaterów, samego Konrada Curze, który dzielnie tu walczy w nieoficjalnym konkursie na najbardziej porąbanego prymarchę z Angronem i Lionem.
4-

Ogólnie: 4-

poniedziałek, 5 marca 2018

Fear To Tread

To już moje 21. spotkanie z Herezją, więc raczej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. I cóż, dostałem to.

Jest więc tu niemożliwie dużo patosu, ogromne ilości bitewnego zgiełku, są drobne POV zwykłych homo sapiens obserwujących z trwogą Astartes, jest Erebus (nie wiem czy nie najczęściej pojawiający się bohater w przeczytanych dotąd przeze mnie tomach cyklu), jest zdrada i jest poświęcenie. Wszystko, za co można to uniwersum kochać. I ze względu na co można nim gardzić.

Fabuła wraca do początków wojny (znowu! :) ), by przyjrzeć się sytuacji w jakiej znalazły się wtedy Krwawe Anioły. Mi generalnie zresztą wcale ten ciągły chronologiczny restart nie przeszkadza: w całej Herezji Horusa najciekawszy dla mnie jest jej początek, tem delikatny moment, gdy towarzysze broni zaczynają do siebie strzelać. Rolę czarnych charakterów biorą tu na siebie standardowo Głosiciele Słowa z Tanusem Kreedem na czele. Niestety, Swallow nie wysilił się by zrobić z nich cokolwiek więcej, niż tylko zacierających rączki szalonych czarowników/kapłanów. Są jednowymiarowi, standardowi do bólu. Działają na rozkaz Horusa: wciągają siły całego legionu Sanginiusa do systemu Signus, który jest jedną wielką demoniczną pułapką.
Demony są o dziwo ciekawsze od Kreeda i jego ponurej bandy. Szczególnie Ka’Bandha: nie jest bezmyślną, ślepą furią, czego moglibyśmy oczekiwać od sługi Boga Krwi. Lubię szczególnie pierwsze momenty wkraczania Aniołów do systemu Signus, gdy Chaos przejawia naprawdę sporą inwencję w podrywaniu pewności siebie wojowników IX legionu. Później zmienia się to niestety w coraz powszechniejszy jazgot bolterów. Trochę szkoda mi niewykorzystanej moim zdaniem fabularnie bitwy pod Katedrą Znaku. Walczy tam ponad 100 tysięcy Aniołów, początkowo całkiem regularnie, tu aż prosi się o jakiś rzut strategiczny, o jakieś przesuwające się skrzydła... nie, lepiej pisać o dziesiątym rozerwanym demonie.
Krwawe Anioły przedstawione zostały zgrabnie, choć bez uniesień. Jest kilku głównych POV: Meros, Aptekarz rzucony przez los na pierwszą linię walki o ocalenie legionu, Raldoron, kapitan I Kompanii (a więc oficerska szycha w strukturach legionu, aczkolwiek ciągle pomniejszana przez dowódcę Sanguinary Guard), Kano, były Librarian. Standardowo w tych książkach niespecjalnie się od siebie odrożniają, ale... pod koniec książki doceniłem Merosa. Ta jego prostolinijność miała w sobie jednak siłę.
Cóż, niezmiernie rzadko w tych książkach spotkać możemy interesujących bohaterów, tu interesująca bywa historia i świat. Tutaj te elementy nie zawodzą. Nie ma tu może szokujących momentów, które zostawią nas z poczuciem oczyszczenia, ale mamy tu do czynienia z solidną fabułą, która może gdzieniegdzie ma swoje potknięcia, ale w całości prezentuje się dobrze.
Dla fanów uniwersum: polecam.
Dla niefanów: no cóż, może być różnie.

piątek, 30 czerwca 2017

M42

     Kurz powoli opada, ósma edycja na dobre już zdążyła się z nami przywitać, gracze obadali związany z nią crunch, poodnajdywali jego zalety i wady, zdążyli już podzielić się na zwolenników i przeciwników zmian... ale ja nie o tym. Ja, jak zwykle u mnie, o fluffie. W jakim kierunku pchnęła go nowa edycja? Co mi się w nim podoba, a co nie bardzo? O tych właśnie kompletnie nieważnych kwestiach traktować ma poniższa notka.

Zegar ruszył

     I to jak ruszył! Przez dziesięciolecia już gracze jęczeli, że fluff utknął w stazie, że nic się nie zmienia, że mogliby pchnąć coś w czasowym continuum... Gdy już kiedyś GW zrobiło taką nieśmiałą próbę (uruchamiając kampanię Eye of Terror),  to zmieniła się ona w wojnę pozycyjną, której wyniki ostatecznie niemal całkowicie zostały obecnie odrzucone, łącznie z tym najbardziej wstrząsającym, czyli śmiercią Eldrada Ulthrana (nie wiem, czy nie jedynym jej elementem obecnym w ósmoedycyjnym fluffie jest zniszczenie planety St. Josmane`s Hope; ta w obecnym podręczniku nadal opatrzona jest opisem "destroyed"). Data 999.M41 wydawała się święta i nienaruszalna (no, może zniszczenie Medusa V delikatnie ją jeszcze naruszyło).

     To się jednak zmieniło.

     Ósma edycja pchnęła fabułę o co najmniej kilka dziesięcioleci. Być może nawet o stulecie, jak się przyjęło w fandomie uważać. Piszę "być może", bo w najnowszym podręczniku nie ma najmniejszej informacji o tym, w którym konkretnie roku zatrzymał się teraz kanon (być może spekulacje oparte są o "Dark Imperium" Guya Haleya, której to książki jeszcze nie czytałem). Co więcej, ustalenie jednej daty może być obecnie niemożliwe, gdyż erupcja Cicatrix Maledictum sprawiła, że w całej Drodze Mlecznej wystąpiły zaburzenia temporalne i czas w różnych sektorach zaczął biec z różną prędkością (choć nigdzie nie wyjaśniono, jak duże są te czasowe dylatacje). Tak czy inaczej, z pewnością jesteśmy już w 42 tysiącleciu. Tysiącleciu wypełnionym, jak niemal wszystkie poprzednie, niekończącą się wojną.

The Great Rift

     No cóż, o Cicatrix Maledictum pisałem już jakiś czas temu... i zdania nie zmieniłem. IMHO to całkiem fajne, dynamizujące uniwersum rozwiązanie narracyjne. W 999.M41 kolosalny sztorm Osnowy podzielił galaktykę na pół, radykalnie zmieniając sytuację strategiczną Imperium (prawdopodobnie po tym, jak Abaddon zniszczył pylony na Cadii). Po pierwsze, nie ma już obecnie żadnego zaworu bezpieczeństwa, który powstrzymywałby siły Chaosu przed zupełnie dowolnym wdzieraniem się do imperialnej  realspace. Po drugie, Imperium straciło efektywną kontrolę nad swymi wschodnimi sektorami. Po trzecie, owe utracone sektory (czyli Imperium Nihilus) pogrążać zaczęły się w pogłębiającej się anarchii ze względu na to, iż przez Cicatrix nie przechodzi światło Astronomiconu, co kompletnie zdezintegrowało sieć połączeń międzysystemowych. Takiego ciosu ludzkość nie otrzymała od czasów Herezji Horusa. W efekcie większość Ultima Segmentum i Segmentum Obscurus została cofnięta do statusu znanego z Age of Strife.


     Cicatrix nie jest do końca szczelna. Ma na przykład dwie szczeliny. Jedna z nich jest chyba jednak niestabilna, na co wskazuje jej nazwa: Temporary Rift Corridor. Znajduje się na galaktycznym południowym-wsxhodzie, w pobliżu ogromnego gwiezdnego mocarstwa, które w międzyczasie zdołała stworzyć nekrońska dynastia Sautekh (co swoją drogą nie musi być przypadkiem). Druga szczelina jest trwalsza, ale również trudna do sforsowania: nazywa się Nachmund Gauntlet i kontrolowany jest przez lokalnego renegackiego kacyka Kaligiusa dysponującego szwadronami Rycerzy. Pomimo znajdujących się w pobliżu potężnych baz wojskowych (Cypra Mundi, Belis Corona, Agripinaa) Imperium jakoś nie potrafi w pełni udrożnić tego arcyważnego szlaku. Można też ewentualnie galaktyczną bliznę oblecieć. Nie znamy niestety jej "szerokości" w płaszczyźnie Drogi Mlecznej, nie będę więc spekulował możliwości lotu "nad" lub "pod" galaktycznym dyskiem. Istnieje jednak z pewnością możliwość ominięcia Cicatrix Maledictum mijając jej północny lub południowy koniec. Obejście krańca północnego wiedzie przez Sektor Calixis, znanym dobrze z RPG Dark Heresy. Kraniec południowy jest gorszą opcją z dwóch względów: to naprawdę ekstremalnie, ekstremalnie daleka trasa (wiodąca przez Eastern Fringe), a po drugie jest tam aż gęsto od wrogów ludzkości: T'au, nekrońscy poddani dynastii Sautekh i Scourge Stars kontrolowane przez siły Nurgla. Imperium od czasu do czasu używa jednak tych dróg, o czym świadczy dajmy na to pojawienie się Guillimana podczas walk na Baalu...

Powrót Prymarchy

     To z kolei najsłabszy, zdecydowanie najsłabszy moim zdaniem element nowego fluffu. Z dwóch względów. 

     Zanim wyjaśnię swoje stanowisko, disclaimer: nie jestem przeciwnikiem samej idei powrotu Robouta. To całkiem ciekawy twist akcji, zresztą sugerowany w ostatnich latach. Zresztą, ogromny sukces Horus Heresy musiał do tego doprowadzić. Tyle, że sposób jego wprowadzenia mógł być zdecydowanie lepszy. 

     Po pierwsze: operacja Primaris. No to się nie trzyma kupy. Dziesięć tysięcy lat pracy Belisariusa Cawla kończy się akurat wtedy, gdy następuje rezurekcja Prymarchy? Razem z całym gotowym osprzętem, technologicznie wyprzedzającym o generację dotychczasowe zabawki Imperium (grav-tanki!)? Albo to jest bardzo głupie, albo trochę racji mają ci, którzy węszą w tym spisek Xenos. Raczej jednak jest to po prostu głupie. W ogóle zresztą cały koncept tych Super Space Marines jest moim zdaniem słaby, to taka trochę inflacja heroiczności. 

     Po drugie, ważniejsze: Guilliman obecnie coraz bardziej przypomina Karla Franza z jego ostatnich wcieleń. Genialny dowódca który samotnie powstrzymuje wrogów Imperium. W katalogu konfliktów 42 tysiąclecia ludzkość wygrywa wyłącznie te, w które zaangażowany był Roboute (Terran Crusade, Indomitus Crusade, Plague Wars, Baal). Tam gdzie Prymarchy zabrakło, Imperium się cofa (Stygius Crusade, Blood Crusade). Bardzo to jest słabe. Ani to grim, ani dark.

     BTW, jest we fluffowej części podręcznika takie zdanie: "And roumors of Primarchs returned to the galaxy gave many a sliver of hope - for his truest sons might yet bring victory as they had in days of legend". Primarchs. Sons. Czyli raczej będą następni. Russ? Czy ktoś taki zaakceptuje autorytarne rządy Guillimana nad Imperium? Rodzi to interesujące możliwości...

Noctis Aeterna

     Przez nieokreślony okres czasu światło Astronomiconu przestało być widzialne (wzmiankowana już bodajże w podręczniku szóstej edycji awaria Złotego Tronu?), co pogrążyło całą zamieszkaną przez ludzi część Drogi Mlecznej w chaosie. W tym czasie całe terrańskie mocarstwo było Imperium Nihilus. I siły Chaosu mające teraz tak wiele możliwych dróg inwazji postarały się to wykorzystać, choć nie sposób powiedzieć, że zrobiły to skutecznie.

     Czym innym bowiem jak nieudolnością należy tłumaczyć fakt, że tak potworne osłabienie Imperium nie doprowadziło do upadku Bramy Cadii? Owszem, sama Cadia została stracona, ale dwa pozostałe kluczowe systemy (Agripinaa i Belis Corona) nadal są w rękach ludzi... co więcej, Cadiańczycy rozzuchwalili się na tyle, że planują już odbicie swojej macierzy. I nie można tego usprawiedliwiać faktem, że po powstaniu Cicatrix Maledictum Brama nie jest już tak ważna: te systemy znajdują się w pobliżu niebywale ważnego przejścia Nachmund Gauntlet... Nurgle zdołał stworzyć sobie w realnej przestrzeni bastion w postaci trzech systemów zwanych Scourge Stars (Noxias, Rottgrave, Verminox), ale już atak na Ultramar, choć prowadzony przez najjaśniejsze gwiazdy w stajni (ogrodzie) Papy (Mortarion, Typhus i Wielki Nieczysty Ku`Gath Plaguefather) zakończył się odwrotem. Uderzenie na samą Terrę zakończyło się tak apokaliptyczną klęską, że Khorne uniesiony szałem unicestwił wszystkie uczestniczące w niej Bloodthirstery...


     Zdecydowanie najlepiej wiedzie się w tym wszystkim siłom Tzeentcha. Jego najważniejszy pupil, Magnus, przeniósł Planetę Czarodziejów z Oka Terroru do normalnej przestrzeni (z sentymentu chyba osadził ją tuż przy martwym Prospero). Tysiąc Synów wzięło potem udział w zwycięskich walkach w Sektorze Stygius, w których przed totalną anihilacją siły Imperium uchroniła jedynie interwencja Aeldarów (w Sektorze znajduje się Mordia, co oznacza chyba koniec zasłużonej i efektownie wyglądającej Mordian Iron Guard).  Drobna wzmianka w rozdziale dotyczącym tego heretyckiego legionu sugeruje też, że Magnus znowu działa ręka w rękę z Ahrimanem, co nie wróży nic dobrego słabnącemu Imperium.

     Tak czy inaczej, gdy Astronomicon zalśnił ponownie, pomimo całego grimdarkowego biadolenia rulebooka, Imperium stało nadal zaskakująco stabilnie.

Varia

     Biedne Iyanden znowu doznało abordażu. Nie dość zniszczeń wywołanych atakiem Krakena. Nie dość rozwałki z lądującymi na światostatku orkami Rekkfista. Nie dość śluzu pozostawionego przez oddziały Gara`gugul`gora. Teraz do polowania na Iyanden dołączyły siły Arcywroga Eldarów: Slaanesha. I tym razem nieszczęsny craftworld ocalał, dzięki pomocy innych Eldarów a także Dark Eldarów (Drukhari), Arlekinów, Eksodytów i Ynnari.

     Blood Angels przetrwali bezpośredni atak Tyranidów na Baal dzięki interwencji Guillimana (a jakże!) i... wymordowaniu floty-roju Leviathan przez siły demona Khorna, Ka`Bandhę. TAK, KA`BANDHĘ. Kiedyś necroni, teraz demony, Krwawe Anioły nie mają uprzedzeń w dobieraniu sobie sojuszników... Nawiasem mówiąc, dla zasłużonego dla fluffu Leviathana oznacza to chyba definitywny koniec, bo jego resztkami zaczęła pożywiać się nowa tyranidzka flota, Hydra (prócz niej są jeszcze trzy nowe: Scylla, Charybdis i Kronus).

     Trzecia wojna o Armageddon płynnie przeszła w czwartą, gdy na planecie znowu pojawiły się siły Khorna.

     Nowi, lepsi Space Marines Primaris zostali przez Guillimana transferowani do niemal wszystkich ocalałych zakonów. Niemal, bo drobna część odmówiła. Cholera, dużo bym dał za listę tych dumnych chapterów.

     Już na koniec drobnostka, przepiękna drobnostka. Na marginesach stron 50 i 51 są dwa cytaty. Pierwszy pochodzi od marszałka Gideona z Black Templars i brzmi: 
Those, who are pure of heart and strong of faith have nothing to fear from the Black Templars, this is true. But who then, amongst the heaving, sinful masses of humanity, can truly count themselves as safe from our wrath? 
     Na stronie sąsiedniej z kolei jest cytat z Haakora, członka Black Legion. Czytamy tam: 
Butcher your enemy`s warriors without mercy. Crush his armies and leave none alive. But do not stop there.  Burn his cities. Bomb his worlds from orbit. Slaughter everything and everyone until he kneels in the ashes of those he sought to protect. Only then will he understand the true fury of the Dark Gods!
     Oto między jakie siły wciśnięta jest ludzkość. Oto jest grimdark. To lubię.


czwartek, 25 sierpnia 2016

The Primarchs: The Serpent Beneath

   Czekajcie, a będzie wam dane.

   Koniec antologii przynosi nam wszystko to, co ten zbiorek zawiera w sobie dobrego. Rob Sanders w cyklu herezyjnym debiutował bodajże bardzo dobrą nowelką "The Iron Within"... i w "The Primarchs" kontynuuje dobrą passę. Opowiadanie koncentruje się wokół tajnej (a jakże) operacji prowadzonej przez Omegona, jednego z Prymarchów Legionu Alfa. Jest nieźle pomyślany xenoartefakt (Pylon Array), są tajemnice, są kłamstwa i zdrady, są (pośrednio) quasikrasnoludzcy demiurgowie, jest trochę napięcia... Wszystko, co powinno wiązać się z tekstem o tym sekretnym legionie. Dobra robota, szkoda, że w tak słabym towarzystwie...

   Mały spoiler.

   Jedyna poważniejsza rysa na tym obrazie polega na tym, że zakończenie jest zbyt przewidywalne. Atak Omegona na bazę Tenebrae ma za zadanie wymazanie wszelkiej informacji o istnieniu Pylon Array, xenoartefaktu wyciszającego burze w Osnowie w pewnym promieniu wokół siebie... i w rezultacie powodującego silne zaburzenia wokół tego promienia. W związku z tym Omegon nie waha się zabijać własnych legionistów tylko za to, że posiedli wiedzę o tej instalacji. Co się więc stanie z oddziałem czyścicieli dowodzonych przez Sheeda Ranko po zakończeniu operacji? Tu pan Sanders mógł bardziej się postarać, ocena byłaby wyższa. A wystarczyłoby moim zdaniem przekonfigurować początkową scenę z Ranko, bo ona mocno, bardzo mocno zapowiada zakończenie. Tak czy inaczej: polecam.

7/10

wtorek, 16 sierpnia 2016

The Primarchs: The Lion

   Coraz większej determinacji wymaga ode mnie brnięcie przez Prymarchów. Coraz większej, gdyż poziom nie rośnie. Zdecydowanie nie rośnie.

   Trzecia nowela w antologii wraca do wątku Lwa Calibanu, Liona El'Jonsona. Jej akcję Gav Thorpe umieścił 2 lata po rozpoczęciu Herezji i prawie trzy miesiące po pojedynku Liona z Konradem Kurze na Tsagualsie. Wojna z Nocnymi Łowcami nadal trwa, ale Lew robi sobie w niej urlop po dotarciu do niego wieści o tym, że Gwardia Śmierci i Żelazne Dłonie urządziły sobie sparing na planecie Perditus. A Perditus to planeta, która miała w sercu prymarchy specjalne miejsce...

   Nadchodzą spoilery.

   Fabuła "The Lion" jest moim zdaniem największą słabością tego opowiadania. Na początek, jeszcze podczas podróży do Perditus, pokład Invincible Reason atakują demony z Osnowy. W trakcie starcia (nudnego jak flaki z olejem btw) El'Jonson dowiaduje się, że całkiem skuteczni w niszczeniu tego wroga są legionowi psionicy. Sugestia, by wobec tego zapomnieć o edykcie nicejskim i reaktywować Librarius wywołuje sprzeciw Redemptora Nemiela, jednego z głównych bohaterów "Descent of Angels" (Herezji nr 6). W związku z tym jego Prymarcha... ścina mu głowę.

   Tak dosłownie.

   Dekapituje.

   Swojego genetycznego syna.

   Za to, że ten sądził, iż Nikaea nadal obowiązuje.

   O kurwa, pardon my french.

   Ta scena jest tak gigantycznym absurdem, że przeczytałem ją trzykrotnie by upewnić się, że dobrze zrozumiałem. A potem zajrzałem jeszcze na Lexicanum, by się upewnić.

   Ja wiem, że Lion El'Jonson kreowany jest w Herezji na dupka z tendencjami psychopatycznymi, tu jednak Thorpe pojechał tak bardzo po bandzie, że zrobił w niej wielką wyrwę. Prymarcha pozwolił żyć nawet Lutherowi po wydarzeniach na Sarosh, tymczasem tu... Co ciekawe, reszty legionistów również scena jakoś nie wzruszyła...

   Później nie jest dużo lepiej. Rozgrywka z Typhonem z Death Guard i Midoą z Iron Hands jest bardzo słaba i jedynie tajemnica związana z Tuchulchą, dziwnym AI mającym chyba rodowód w Osnowie, zdolnym do precyzyjnych i szybkich skoków przez tę Osnowę, nieco końcówkę tego opowiadania ratuje. Końcowy monolog Liona w którym sugeruje, że najlepiej byłoby gdyby obie strony wojny zanihilowały się nawzajem jest nieco sztuczny, choć sam pomysł ma pewien potencjał.

   Duże, bardzo duże rozczarowanie.

3/10

sobota, 6 sierpnia 2016

The Primarchs: The Reflection Crack'd

   Ta niesympatyczna twarz po lewej należy oczywiście do Luciusa, głównego bohatera pierwszego opowiadania z antologii "The Primarchs", dwudziestego tomu Herezji Horusa za który właśnie się wziąłem. Opowiadanie nazywa się "The Reflection Crack'd" i pochodzi spod pióra jednego z moim zdaniem trzech najzdolniejszych autorów tworzących w uniwersum WH40k, Grahama McNeilla, twórcy znakomitego "Fulgrima", żeby wspomnieć jego najlepsze przeczytane przeze mnie dzieło.

   Zanim napiszę coś o samym opowiadaniu, uwaga ogólna. Gdy wiele lat temu zaczynałem wgryzać się w grimdarkowy świat, kupiłem sobie katalog GW z 2004 roku (wersja dla Europy Północnej). Pamiętam jak dziś tę ekscytację towarzyszącą mi przy oglądaniu cudów tam zawartych. Niektóre figurki wydawały mi się skończonym pięknem, przecież piszący te słowa wychował się na surowych, nieco topornych bryłach spod znaku Warzone...

   Wśród tych, które zafascynowały mnie najbardziej, był Fabius Bile. Ten model (dodam, że razem z Cypherem) wyróżniał się wśród tej groteskowej chaośnickiej czeredy. Żadnych mutacji, żadnych trofeów, żadnych kolców, czaszek i kręgosłupów, tylko fikuśny płaszcz ze smutną twarzą. Nie żyłem wtedy jeszcze w erze łatwo dostępnej informacji, więc ta odmienność Fabiusa sprawiła, że (razem z Cypherem again) stał się on postacią, która mnie zaintrygowała. Ów grimdarkowy Dr. Octopus pojawił się kilkukrotnie w herezyjnym cyklu i to jest jedna z tych rzeczy, za które ten cykl kocham. Zbliża mnie do tajemnic mojej młodości. A jeśli jeszcze kiedyś dotknie sprawy zaginionych legionów...

   Bile pojawia się w przeczytanym przeze mnie opowiadaniu w dosyć niezwykłej roli (uwaga: za chwilę mocne spoilery). Torturuje Fulgrima... Cała ta beznamiętna scena, w której Lucius, Fabius, Kaesoron i Vairosean zadają ból swemu genetycznemu ojcu by egzorcyzmować więżącego go demona jest przerażająca... i nieco męcząca zarazem. Tym bardziej, że torturowany przyjmuje to ze stoicyzmem, który zawstydziłby Marka Aureliusza. To w ogóle jest jeden z moich dwóch zarzutów do tej noweli: ani razu nie wywołała we mnie dreszczu ekscytacji (trochę to ironiczne w kontekście tekstu o legionie Fulgrima). Drugi zarzut jest poważniejszy: McNeill w ostatnich stronach "The Reflection Crack'd" kompletnie niszczy ten wspaniały tragizm, który towarzyszył losowi Fulgrima w końcówce poświęconego mu piątego tomu Herezji. Może przebolałbym to jeszcze, gdyby dusza Prymarchy uwolniła się z mentalnego więzienia po jakichś dramatycznych wydarzeniach, po poświęceniu... Tu jednak...

In time, it was a simple matter to reclaim my body and cast it into the prison it had crafted for me.

   I tyle.

   Nie tak to powinno wyglądać, nie tak.

5/10 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Nie poznają strachu

   I znowu kolmarejska wieża wpuszcza przybyszów. Musi, nie ma innego wyjścia. Dan Abnett na mnie to po prostu wymusił. W pewien sposób.

   Emocje opadają powoli. 

   Know No Fear skończyłem czytać wczoraj (tj. 1 VIII 20216), a nadal jestem na powierzchni umierającej planety, która jest areną dziewiętnastego tomu Herezji Horusa. Calth, jeden z Pięciuset Światów Ultramaru, jedna z pereł miniimperium Roboute Guillimana, jeden z bastionów XIII Legionu, Ultramarines. Zasadniczo, książka snuje opowieść o 24 godzinach tej fikcyjnej planety zawieszonej w uniwersum WH40k. O momencie, w którym Ultramarines dowiadują się o rozpoczynającej się Herezji. Dowiadują się o niej z luf bolterów braci z XVII Legionu, Głosicieli Słowa, Word Bearers. 

   
   Książki osadzone w settingach gier fantasy łączy zazwyczaj fatalny poziom. To rzemiosło w najgorszym tego słowa znaczeniu. Słowne pierze, które ma tworzyć fabularną głębię rozrywce. Czarna Biblioteka również ma przecież na swym koncie takie pozycje, nawet flagowa Herezja Horusa ma swoje liczne upadki. Są jednak takie momenty w których mam wrażenie, że takie książki wybijają się z nerdowskiej niszy. Takie chwile, w których ciekaw byłbym, czy dany tekst spodobałby się komuś spoza warhammerowej sekty. Coś takiego fundował mi dotąd jedynie Aaron Dembski-Bowden. Teraz dołączył do niego Dan Abnett. 

   Tak, wiem, Abnett to nie jest anonimowe nazwisko. Mam wrażenie, że w erze przed epifanią ADB był on uważany za pisarza numer jeden w stajni Black Library. Przecież Gaunt. Przecież Eisenhorn. Nie bez powodów to jego właśnie obdarzono honorem zainaugurowania Herezji Horusa... Ale bądźmy szczerzy: żadna z jego wcześniejszych książek nie była wybitna. Były dobre. Jego wcześniejsza pozycja gwiazdy na czarnobibliotekowym firmamencie jest dla mnie ostatecznym dowodem na generalną słabość warhammerowej literatury. Wczoraj jednak...

   Abnett nie miał tu łatwego zadania. Na warsztacie wylądowali przecież Ultramarines. Smerfy. Jako starszy, niejako dystyngowany już fan uniwersum zdążyłem już nabrać do nich swego rodzaju pogardy przemieszanej z politowaniem. Sympatia do synów Guillimana nie jest w pewnych środowiskach w dobrym tonie. To są przecież ci kanoniczni, idealni Space Marines bez jakiejkolwiek skazy, bez niczego, co ciekawie by ich wyróżniało... w dodatku jeszcze z niepokojącą tendencją do narzucania wszystkim wokół swojego manifest of destiny. Generyczni Astartes z wszczepioną arogancją. Czy z tej mąki może być chleb?

   Może.

   Know No Fear jest fantastyczne. Abnett wbił tę książkę w formę quasireportażu, który informacyjnymi flaszami stara się objąć pierwszy dzień Bitwy o Calth. Wiąże się z tym ważny dla tytułu element stylizacji: bardzo długo dominuje tu czas teraźniejszy. Efekt jest dobry, bardzo dobry. Szczególnie pierwsze 200-250 stron wywołało u mnie szok. Na początek ostatnie godziny przed atakiem sił Lorgara, z coraz duszniejszą atmosferą oczekiwania, z tym narastającym poczuciem zagrożenia, z niepokojącymi śpiewami barbarzyńskich sojuszników Głosicieli Słowa... Już jedna z pierwszych scen książki sprawiła, że się w niej zakochałem: moment, w którym spotykają się dawni towarzysze broni, Sorot Tchure z Word Bearers i Honorius Lucius z Ultramarines. Już wiemy wtedy, że Tchure zabije swojego gospodarza, dowiadujemy się o tym w drugim zdaniu książki... i z tą wiedzą ich powitanie, instynktowna reakcja obronna Luciusa, ich pierwsze do siebie słowa nabierają jakiejś złowrogiej głębi, nadaje mu pewien rys tragizmu, o który dotąd warhammerowej literatury nie posądzałem. 


- Well met - says the warrior of the XVII, stepping forward.
- A long time - says Luciel, coming to meet him. They embrace, forearm guards clattering off backplate panels.
- Tell me, brother - says Luciel. - What new things have you learned to kill since last we met? 

   A dalej jest jeszcze lepiej. Gdy już przemówią działa, gdy plan Lorgara, Kor Phaerona i Erebusa wejdzie w fazę realizacji, zaczyna się batalistyka najwyższych lotów, krzycząca głośno apelem o ekranizację która pewnie niestety nigdy nie nastąpi. Bohaterstwo, fatalizm, strach, niebo w płomieniach, miłość i nienawiść, stalowe kolosy spadające z nieba, patos i mistyka: stężenie warhammera jest na tych stronach naprawdę wysokie. Ten moment, gdy dwudziestokilometrowy Antrodamicus mknie ku powierzchni Calth...Nie ma tu oczywiście wielu bohaterów, którzy szczególnie zapadną nam w pamięć: Ultramarines są tu wykonani na tej samej literackiej taśmie produkcyjnej i nie przejawiają zbytnich odchyleń od kanonu (no, może dreadnoght Telemechrus jest ciekawy). Ciekawsi są bohaterowie spoza legionu: zaskoczył mnie na przykład subtelny związek łączący adeptów Mechanicum, Hessta i Tawren; pamiętający Argonautów i Austerlitz Oll Persson też jest intrygujący (ciekawy dobór imienia i nazwiska swoją drogą), tym niemniej nie oszukujmy się: wielu takich perełek tu nie znajdziemy. Całość jest jednak na tyle porywająca, że ledwo to zauważyłem. Jest bowiem jeszcze jedna cecha tej książki warta podkreślenia: akcja mknie tu do przodu niczym pocisk boltera. I ta oszałamiająca szybkość nie powoduje uczucia znużenia, przeciwnie. Gdy skończył się epilog, coś w środku mnie krzyczało o więcej...

   Obok "Pierwszego heretyka" jest to najlepsza herezyjna książka, jaką dane mi było przeczytać. 

   Aczkolwiek, przede mną kolejne 20 tytułów...


9/10


[mark: -245280999.15.00]

niedziela, 3 stycznia 2016

Age of Darkness

Znowu długo mnie nie było :)

Aby udowodnić, że w kazamatach Wieży nadal coś się dzieje, podzielę się z Wami (jeśli jeszcze ktoś tu zagląda ;) ) moimi odczuciami na temat ostatnio przeczytanej przeze mnie pozycji spod znaku Horus Heresy. Szesnasty tom cyklu jest antologią i nosi niewyszukaną, w pewnym sensie klasyczną dla uniwersum nazwę Age of Darkness.

Książka jest swego rodzaju oddechem po wielkich wydarzeniach poprzednich tomów. Nie ma tu kolosalnych bitew lądowych ani majestatycznych konfrontacji w próżni kosmosu. Generalnie fabuły tych nowelek rozgrywają się w drugim - trzecim roku wojny domowej, już po dropsite massacre ale jeszcze zanim to wszystko nabierze najbardziej monumentalnego rozmiaru. Jedynym elementem jakoś tam spinającym całość (prócz samej Herezji rzecz jasna) jest rodzące się Imperium Secundus, o którym czytamy tu chyba po raz pierwszy (wspomina się o tym projekcie szefa ultramarynów w pierwszym i ostatnim opowiadaniu zbioru). Poniżej moje luźne spostrzeżenia na temat wszystkich nowel należących do tego zbioru, do każdego dołączyłem ocenę w skali szkolnej. Na koniec jeszcze ogólne zestawienie przeczytanych przeze mnie herezyjnych tomików.



Rules of Engagement - Graham McNeill
Cóż, wielkie "horusowe" nazwisko, ale samo opowiadanie na kolana nie rzuca. Głównym bohaterem jest Remus Ventanus, dowódca 4 Kompanii Ultramarines, który prowadzi zacięte walki odwrotowe na planetach Ultramaru. Wojownicy Guillimana atakowani są zarówno przez siły Horusa Lupercala, jak i lojalistów wstrząśniętych secesją XIII Legionu (w związku ze wspomnianym przeze mnie wcześniej konceptem Imperium Secundus). Cała ta seria kolejnych starć (Ventanusowi przyszło tu walczyć po kolei z byłymi braćmi ze Straży Śmierci, Pożeraczy Światów, Salamander (!) i Synów Horusa) jest mocno nużąca, a taktyczne zagrywki rodem z Codex Astartes niezbyt wysublimowane. Na końcu jest mocny zwrot akcji... ale dla mnie jest on nieco przekombinowany i słaby.
Ocena: 3

Liar`s Due - James Swallow
Tu z kolei jest znakomicie. Swallowa poznałem ze średnio udanego Eisensteina i całkiem udanego Nemesis, tutaj jest zdecydowanie najlepszy. Akcja noweli toczy się na totalnej prowincji Imperium, na rolniczym świecie Virger-Mos II, a dokładniej w miejscowości o malowniczej nazwie 44. Forty-Four rozrosło się wokół stacji windy orbitalnej i jest niewielką, odizolowaną osadą w której żyje między innymi młody bohater tej historii, Leon Kyyter. Senny rytm życia zakłóca wiadomość, iż siły Horusa Lupercala właśnie zdobyły Terrę... No znakomita miniaturka, naprawdę. Nastrój zapomnianej przez wszystkich dziury zderzającej się nagle z Historią robi tu znakomitą robotę.
Ocena: 4+

Forgotten Sons - Nick Kyme
Tu jestem trochę rozdarty, bo znakomity początek został mocno popsuty przez słaby koniec. Opowiadanie traktuje o dwóch równoległych misjach dyplomatycznych, które równocześnie przybywają na przemysłową planetę Bastion. Obie strony galaktycznej wojny chcą, by Bastionici stanęli po jednej ze stron, Imperium reprezentują dwaj Astartes: Salamandra Heka`Tan i Ultramarine Arcadese. Zaczyna się intrygująco, potem jednak akcja staje się nielogiczna i kulawa. Koncept dziwnego asasyna, przedziwne działania sił Horusa... Jakoś mnie to nie przekonało.
Ocena: 3




The Last Remembrancer - John French
Krótka nowelka o Solomonie Voss, spamiętywaczu samego Horusa Lupercala. Protagonista został przechwycony przez siły imperialne i został osadzony w tajnej fortecy ulokowanej na Tytanie (dla grających w WH40k nie jest ona taka znowu tajna ). Niemal całe opowiadanie traktuje o przesłuchaniu, w którym Voss konfrontuje się z prymarchą Imperialnych Pięści i Iactonem Qruze, starym, znajomym Wilkiem Luny z pierwszych części cyklu. Tekst jest poprawny, zakończenie niegłupie.
Ocena: 4-

Rebirth - Chris Wraight
To był mój pierwszy kontakt z tym autorem i jestem bardzo mile zaskoczony! Moim zdaniem to najmocniejszy punkt antologii, choć ma wielu silnych rywali. Fabuła prezentuje nam grupę Tysiąca Synów, która podczas masakry na Prospero podróżowała przez Osnowę. Powrót na ojczystą planetę jest więc dla nich małym zaskoczeniem...
Nowela jest rewelacyjna. Ma smakowity, fabularny twist, nie obraża mojej inteligencji no i zawiera kolejne mocne mrugnięcie okiem dla fanów pewnej gry komputerowej i chapteru się z niej wywodzącego...
Ocena: 5-

The Face of Treachery - Gav Thorpe
A tu obniżenie lotów, choć nie dramatyczne. Odwiedzamy znowu system Isstvan, tym razem z grupą Kruczej Straży która tak jakby spóźniła się na starcie i zderza się z Pożeraczami Światów. Przeczytałem i ledwo pamiętam treść, choć jest tam ważny dla uniwersum epizod dotyczący jednego z prymarchów.
Ocena: 3+

Little Horus - Dan Abnett
To jest opowiadanie jakby wprost skierowane do tych, którzy są fanami przede wszystkim początkowej tetralogii cyklu. Horus Aximand prowadzi tu kampanię na planecie Dwell i zmierzyć się musi z nowym obliczem Legionu oraz pewną niemiłą niespodzianką. Cóż, napisane jest sprawnie... ale tak jakby nie do końca wiem po co, gdyż nic ważnego mi o Małym Horusie ono nie mówi.
Ocena: 3+

The Iron Within - Rob Sanders
A tu jest znakomicie. Głównym bohaterem jest Warsmith Żelaznych Wojowników Barabas Dantioch, ciężko poraniony podczas walk z hrudami i pozostawiony z małą załogą na świecie Mniejsza Damantyne. Wieści o Herezji nadciągają do niego niemal równocześnie z flotą jego Legionu... i Dantioch musi dokonać wyboru swej przynależności. Mocna batalistyka, mocne zakończenie, Warhammer w swej esencji.
Ocena: 4+

Savage Weapons - Aaron Dembski - Bowden
Mój czterdziestkowy ulubieniec nie zawodzi. Odwiedzamy Mroczne Anioły, które na początku trzeciego roku wojny domowej walczą (a jakże!) z Władcami Nocy. Opowiadanie przez jego większość wydawało mi się dobre, lecz nie wybitne... aż do zakończenia, które jest prawdziwą perełką. ADB nie zwalnia!
Ocena: 4+


Ocena całości: 3+

wtorek, 14 lipca 2015

Warsztat odżył

   ...podobnie jak Minas Kolmar. Przynajmniej na jakiś czas.

   Wysadzenie w powietrze Starego Świata obudziło we mnie chęć dokończenia "Epitafium dla Bretonnii", gdyż wreszcie temat stał się aktualny; nie tylko dla rycerzy Pani zresztą. Czas mi sprzyjał, gdyż nieubłagany czas przyniósł mi wakacje, zanim jednak usiadłem do podręcznika trzeciej edycji WFB (RIP), powróciłem do mojego Parszywego Warsztatu. I na razie tak wsiąkłem, że Bretka będzie musiała poczekać.

   Jak już kiedyś wspomniałem, malarzem jestem kiepskim. Nigdy mi jednak to nie przeszkadzało w epatowaniu bliźnich efektami tego mojego braku talentu. Jeślibym chciał to epatowanie ubrać jednak w jakiś sens, to może taki: partacze, nie zrażajcie się. Znośne efekty można w tym hobby uzyskać nawet bez malarskiego mistrzostwa.

   Wbrew temu, co kiedyś radził Fireant, nie potrafię malować tylko 2-3 figur jednocześnie. Nudzi mnie to. Malowanie regimentów to najgorsza strona wargamingu jaką znam. Rozumiem, dlaczego jest to nieprofesjonalne (trudno uzyskać wtedy spójność estetyczną oddziałów no i malowanie pojedynczego modelu przedłuża się w nieskończoność), ale po prostu ciężko mi się skupić na jednym celu przez dłuższy czas (bo speedpainting nie jest dla mnie). W związku z tym, moja obecna gromadka wygląda tak:


   Dosłownie wczoraj dwie figurki zostały ukończone. Obie z nich prezentowałem w poprzednim odcinku PW: to imperialny mag i chaośnicki Space Marine.


   Model pochodzi oczywiście z zestawu Dark Vengeance, który kupiłem na spółkę z moim kolegą preferującym lojalistycznych gwiezdnych marynarzy. Jakość modeli z nowych (powiedzmy od Island of Blood) zestawów startowych GW jest oszałamiająca. Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia. CSM z mrocznej zemsty byli zwiastunem odświeżenia stylistyki tej armii: słabo już przypominają swoich imperialnych byłych kolegów, korupcja i mutacje przeobraziły ich w monstra. Wyróżniają się już nie tylko rogami i kolcami, wyróżniają się licznymi deformacjami, piętnami Chaosu na ich sponiewieranych duszach. Jedynie Hellbrute jest tu słabszym punktem. Jakość DV sprawia, że aż kusi mnie by kupić podstawkę Age of Sigmar, choć stylistyka nowych sigmarytów absolutnie mi nie pasuje...

   Jak już kiedyś zaznaczyłem, postanowiłem nie iść z malowaniem w stronę Crimson Slaughter. Czerwonych CSM i SM jest od groma, poza tym fluff tego warbandu jakoś mnie nie porwał. Przez chwilę zastanawiałem się nad jakimś legionem rodem z Horus Heresy, ale ostatecznie poszedłem w stronę Synów Złośliwości (tfu, po polsku brzmi to beznadziejnie, może lepiej: Synów Złej Woli), motywację już na Minas Kolmar przedstawiałem. W pewnym momencie jednak stanąłem wobec dylematu: fluff fluffem, ale czarno - biały schemat kolorystyczny jakoś do mnie nie przemawiał... Tym bardziej, że jak każdy hobbystyczny partacz, mam problemy z cieniowaniem jasnych przestrzeni. Na szczęście takim jak ja z pomocą przychodzą washe... Postanowiłem zrobić pustynną wersję Synów, traktując ich kolorkiem Gryphonne Sepia (wash Citadel jeszcze sprzed powstania tych wszystkich shadów) i podkolorowując Bleached Bone. Okucia pokryłem kolorem Tin Bitz (to już citadelowy antyk, ale trochę mi jeszcze tych antyków zostało :) ) podbity na brzegach bodajże Auric Goldem. Wyszło imho naprawdę dobrze, więc umieszczony wyżej marynarz będzie wzorcowy dla mojej powstającej powoli bandy (poza podstawką, która jest jeszcze do poprawy) :)


   Drugi dżentelmen to mag ognia z Imperium (RIP). Przez kilka ostatnich lat kupiłem sobie trochę imperialnych modeli, choć nie dane mi było jeszcze nimi zagrać :) Mag jest naprawdę uroczym modelem, szczególnie w powyższej wersji. Przy jego sklejaniu pierwszy raz w mojej partackiej karierze użyłem na dużą skalę green stuffu łącząc trzy części, z których składał się płaszcz czarodzieja. Mam nadzieję, że widać iż nie widać łączeń :)

   I już na koniec: tworzy mi się też załoga do Malifaux. Poziom szczegółowości modeli Wyrd jest po prostu niesamowity. Szalony. Niebywały. Poniższa ręka Samaela Hopkinsa niech przekona niedowiarków. Zwróćcie uwagę na pistolet: rozmazanie grafiki ulotki na której leży najlepiej chyba pokazuje, jak małe jest to cudo...


poniedziałek, 3 lutego 2014

Tales of Heresy

Czas na pierwszą czarnobiblioteczną recenzję.

W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.

Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.

Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...

A to jest Angron z mojej bajki

A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian  penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.

Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.

Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.

The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.

Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.

W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!

Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.

Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.