Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Word Bearers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Word Bearers. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Mark of Calth

     Mark of Calth to kolejna antologia w cyklu Horus Heresy. Jest ona szczególna w całej dotychczasowej serii, gdyż w przeciwieństwie do poprzednich, ta koncentruje się na walkach na jednej, konkretnej planecie. Jest to oczywiście Calth, pole bitewne w najlepszej jak dotąd pełnoskalowej powieści Herezji, czyli Know no Fear Dana Abnetta (ma on oczywiście wkład i w tę antologię).

     Podobnie jak w przypadku poprzednich zbiorów opowiadań, oceniać będę osobno każdą nowelę. Uwaga, możliwe są spoilery, ale tym razem delikatne.



The Shards of Erebus 
     Nowela Guya Haleya przenosi nas chronologicznie jeszcze przed atak na Calth. Nie dzieje się tu szczególnie wiele: znany i lubiany Erebus wyznacza dowódców zbliżającego się uderzenia (w tym Kor Phareona, smutny dowód na degradację tego arcykapłana u którego kiedyś Erebus terminował). Jest też kolejna podróż na Davin, gdzie Erebus nauczył się teleportacyjnej sztuczki, którą już wcześniej zaprezentował w Betrayerze. Generalnie niezły wstęp do antologii.
3+

Calth That Was 

To jest właściwie ciąg dalszy Know No Fear, choć napisany przez MacNeilla. Podobny, reportażowy styl (choć mistrzostwa Abnetta nie osiąga), wielu znajomych bohaterów. Całość ma ponad sto stron i są one w dużych dawkach wypełnione akcją, szaleństwem i umieraniem. Głównymi bohaterami są Remus Ventanus, kapitan Ultramarines i Maloq Kartho, Mroczny Apostoł World Bearers (co do tego drugiego, to nie jestem pewny czy występował we wcześniejszej książce o walkach na Calth) i jak zwykle w serii nie mają wiele charakterologicznej głębi. Jest tu kilka momentów wow, rytualne samobójstwo kilkuset Głosicieli Słowa jest na przykład jednym z nich. Całkiem mocne, choć delikatnie wchodzące w niezamierzony chyba humor zakończenie. Polecam, dobra rzecz.
4+


Dark Heart 
     Anthony Reynolds ma w swoim dorobku obszerną trylogię o Word Bearers, nic dziwnego więc, że zaproszono i jego do tej antologii. Dark Heart jest nowelką krótką, ale treściwą. Dorzuca nam nowe wiadomości na temat przejmowania władzy przez Lorgara nad Colchis: tytułowe Mroczne Serce to sekta zabójców kierowana przez Kor Phaerona torująca Aurelianowi drogę do tronu (czy może ołtarza). Głównym bohaterem jest młody akolita Marduk (który jest we wspomnianej wcześniej trylogii głównym bohaterem). Niestety, nie ma tu w ogóle niuansów: Marduk chce mocy i ją dostaje, nie ma żadnych wątpliwości pomimo strasznych scen które otaczają go z każdej strony. W tle starcia na orbicie Calth. Czyta się dobrze. No i jest Sorot Tchure :)
4-


The Traveller 

     Pierwszy tekst Davida Annandale’a który miałem okazję przeczytać i jest to tekst zdecydowanie na plus. Nie ma tu, poza epizodem w zakończeniu, wspaniałych Space Marines: są jedynie zwykli ludzie wtłoczeni w tryby galaktycznej wojny. Ludzie poddani strachowi, paranoi, narastającemu szaleństwu. Kimś takim jest główny bohater, Jassiq Blanchot, który dzięki nadzwyczajnemu szczęściu przeżył wojnę na Calth od jej orbitalnego początku, aż do podziemnego epilogu. Choć tak naprawdę, to głównym bohaterem jest kto inny: to Osnowa i sposób, w jaki żywi się ona takimi konfliktami. Momentami nużąca, ale jednak ciekawa finalnie nowela.
4


A Deeper Darkness 

     Tu wracamy do Astartes, a w drogę powrotną zabiera nas Rob Sanders. Narracja jest pierwszoosobowa (rzadko to lubię), a historię opowiada nam Hylas Pelion Mniejszy, Ultramarine prowadzący długą wojnę z Ungolem Shaxem, zdradzieckim Dzierżycielem Słowa. Wojna ta zaprowadzi go w tytułową Głębszą Ciemność, dosłownie i w przenośni. Atmosfera jest duszna, co stanowi chyba główną zaletę noweli która generalnie nie powoduje u mnie większych uniesień.
3+


The Underworld War 

     Dembski-Bowden! Mój ulubiony autor warhammerowy wraca z kolejną porcją solidnej lektury. Jerudai Kaurtal, główny bohater z Word Bearers po siedmiu latach podziemnej wojny na Calth ma już dość, zrywa z rozkazami i rusza na swoistą pielgrzymkę na powierzchnię. Już sam pomysł jest kapitalny! Sam bohater należy do Gal Vorbak, wojowników którzy dobrowolnie dali się opętać demonom z Osnowy i jest dużo ciekawszy od większości innych jednowymiarowych herosów tego uniwersum. W dodatku na koniec czeka nas potężny twist fabularny.... No i na chwilę wraca (spoiler) Argel Tal, jeden z najfajniejszych bohaterów tego mało fajnego legionu...
5-


Athame 

     Mam z tym opowiadaniem Johna Frencha drobny kłopot. Ono nie broni się jako samodzielna nowela. Koncept jest ok: tym razem bohaterem jest rytualny sztylet, stworzony jeszcze na prahistorycznej Ziemi. Jego dzieje to monotonny ciąg mordu, mordu popełnianego przez i na jego posiadaczach. Monotonny. Drobnymi błyskami w tej litanii jest pojawienie się starych przyjaciół z Prospero Burns, Kaspara Howsera i Murzy. Gdy athame trafia na Calth, nowela się urywa.
Nowela w tym kształcie się nie broni. Tyle, że tak naprawdę jest częścią dylogii, bo jej naturalną kontynuacją jest ostatnie opowiadanie w antologii. Stąd jednak polecam tę ponurą opowiastkę o zbrodni i zdradzie, koniecznie w pakiecie z Unmarked.
3+


Unmarked 

     Na koniec oczywiście Dan Abnett, autor który wykreował nam pole bitwy na Calth w niezapomnianym Know no Fear. Tyle, że tym razem opowiadanie prawie w ogóle nie dzieje się na Calth.
     Głównym bohaterem jest Oll Persson z owego Calth uciekający. Posługuje się przy tym sztuczką którą poznaliśmy wcześniej w wydaniu Erebusa: rozdzieraniem rzeczywistości. Tyle, że Persson robi to lepiej: on potrafi też cofać się w czasie. Ucieka więc Persson (i pięciu ocaleńców z Calth) ku Ziemi przeszłości, odwiedzając stare pola bitewne ojczyzny ludzkości, ścigany przez nie byle kogo... ściga go M’kar, demon znany nam z czterdziestego tysiąclecia.
     Perssona znamy z innych tytułów Herezji Horusa, to jeden z nieśmiertelnych perpetuali wymykających się z nieznanych powodów śmierci. Tu dowiadujemy się, że ma już 35 tysięcy lat i pochodzi z północnej Mezopotamii. Dowiadujemy się też, że kontaktuje się on z innymi perpetualami, między innymi ze znanym skądinąd Johnem Grammatikusem. Opowiadanie jest świetne, pełne wewnętrznej melancholii, godnie wieńczy tę naprawdę dobra antologię. No i daje odpowiedź, kim naprawdę jest M’kar. (spoiler! Ten demon to znany z "Calth that was" Maloq Kartho).. Polecam!
5-

Ogólnie: 4

Jedna z najlepszych jak dotąd książek cyklu, jakie dane mi było przeczytać. Nawet słabsze pozycje trzymają jakiś tam poziom.

niedziela, 16 grudnia 2018

Betrayer

Daleka już za mną droga w Herezji Horusa. Dwudziesty czwarty tom cyklu, nie licząc jakichś tam miniaturowych spinoffów... flagowy produkt Black Library to już jakiś fenomen w gamingowej niszy literatury popularnej. A wiem przecież, że do przeczytania jest ciągle drugie tyle tytułów... i one ciągle się tworzą!

I dobrze. Seria ma swoje wzloty i upadki, ale czyta się ją dobrze.

Uwaga: jak to czasem u mnie bywa, na końcu będą spoilery (po ostrzeżeniu).

Tym razem oczekiwałem wzlotu. Po pierwsze, napisał ją autor z absolutnego topu wydawnictwa, czyli Aaron Dembski-Bowden. To najrówniejszy pisarz z tej "stajni", porażka była więc mało prawdopodobna... tym bardziej, że i temat był obiecujący. To kolejny z tomów "wprowadzających do legionu", tym razem bohaterami są Astartes z World Eaters, Pożeraczy Światów. Szczególnie Kharn, bo przecież figurkowy świat Games Workshop od trzech dekad już zna Kharna Betrayera z czterdziestego tysiąclecia; ale również Angron, bo i on, jak się w książce okazuje, naznaczony został piętnem Zdrajcy.

Fabuła osnuta jest wokół Krucjaty Cienia, którą World Eaters i Word Bearers prowadzą przeciw Ultramarowi rok po rozpoczęciu rebelii. W tle mamy konflikt na planecie Calth (ach, "Know No Fear" <3 ), ale pod ciosami armii Angrona i Lorgara jęczą inne światy: szczególnie Armatura, inwazja na którą opowiedziana jest przez Dembski-Bowdena po prostu fascynująco. Autor ma szczególny dar do tworzenia przekonujących bohaterów zarówno z postaci głównych, jak i drugoplanowych (z tych wybija się szczególnie Lotara Sarrin, kapitan dowodząca flagowym statkiem kosmicznym Pożeraczy, czyli Conquerorem). Fascynuje sposób, w jaki skonstruowano tu Angrona, prymarchę XII legionu. Nie jest on postacią sympatyczną, ADB nie zastosował tu numeru znanego choćby z poprzedniego tomu (gdzie Perturabo stał się niemal sympatyczny) - nie, tutaj on jest nadal odrażającym, hiperagresywnym typem brutala, który przy okazji nie grzeszy szczególną inteligencją. I tak jednak jest interesujący. Dembski-Bowden rozwija temat tragizmu tego człowieka, który zaczął kreować kiedyś w nowelce "After De`shea": nadczłowieka złamanego przez warunki, w których dorastał i implanty, których nie można usunąć i które stopniowo degradują w nim człowieczeństwo. Co więcej, zmaga się on też z odrzuceniem: cały czas wraca do nas pytanie, czym Angron by się stał, gdyby nie szokujący brak empatii jego ojca, który po odnalezieniu Czerwonego Anioła pozwolił na wymordowanie przyjaciół z jego powstańczej, niewolniczej armii.

To dobra książka również z tego względu, że dodaje trochę głębi do uniwersum trzydziestego tysiąclecia. Chyba pierwszy raz pojawia się Shadow Crusade; powraca Cabal (i pewna dziewczyna :) ); ginie bardzo ważna dla cyklu postać; słyszymy tu o Godzinie Wilka, totalnej nowości (starciu dwóch legionów wieeeeeeeele lat przed Herezją).

Najważniejszy zarzut: za słabo moim zdaniem rozwinięto tu tytułowego protagonistę. Ja do końca nie wiem jednak, kim jest Kharn. Blednie on nie tylko przy Angronie czy Lorgarze (Dembski-Bowden to naprawdę specjalista od Lorgara, znowu (po "First Hereticu") jego fenomenalny występ), on wygląda nieszczególnie również przy Argel Talu (kolejny znakomity fragment książki) czy wspomnianej już wcześniej Lotarze. Ot, znakomity szermierz który gryzie się tym, że ma fatalnego dowódcę (ale nie potrafi się zdobyć na nielojalność).

I trochę spoilerów.

Największe zaskoczenie fabuły, to cel tej całej Krucjaty Cienia: uratowanie Angrona. Nie wiem do końca, czy Lorgar robi to z braterskiej miłości, czy raczej z obawy, że jego śmierć spowoduje upadek Herezji: tak czy inaczej cała ta rzeź, która przy okazji odetnie Ultramar od reszty Imperium Ruinstormem, jest paliwem dla wyniesienia Angrona do rangi demonicznego księcia, co przy okazji ratuje go przed stopniowym umieraniem zafundowanym mu przez Gwoździe. Gwoździe są zresztą chyba najważniejszym aktorem drugoplanowym "Zdrajcy": to one zmieniły Pożeraczy w coraz brutalniejszych morderców (choć to nie są jeszcze berserkerzy z czterdziestego tysiąclecia: Kharn ma skrupuły przed zabijaniem cywilów!), to komplikacje z nimi sprawiły, że legion zmarginalizował swoich librarianów (których ostateczny koniec widzimy w finale książki).

Godzina Wilka to też niezły dodatek do fluffu. Nieokreślony czas przed Herezją doszło do starcia Gwiezdnych Wilków z Pożeraczami, krwawego starcia. Russ miał zakończyć krwawe ekscesy XII Legionu, skończyło się (jak to zwykle u XII Legionu bywa) krwawą masakrą, z której ostatecznie Wilki się wycofały.

Ciekawie snuty jest tu wątek Erebusa. Po raz pierwszy widzimy tego arcyheretyka w wyraźnej defensywie. Owszem, nadal jest śmiertelnie niebezpieczny: ostatecznie zabija nie byle kogo, bo Argel Tala, poza tym ożywia Cyrene (porwaną później przez... CABAL)... ale narastający rozłam między nim a Lorgarem źle Erebusowi wróży. No i mord na Talu zrobił z Kharna arcywroga kapelana Głoszących Słowo...

Jest tu też występ Guillimana... który nie ma na razie szczęścia do wydarzeń Herezji. Najpierw został zaskoczony w Calth, teraz został niemal zabity przez Angrona w starciu na Nucerii (no, wcześniej poważnie obił Lorgara, tyle na plus).

Ogólnie: 5-

poniedziałek, 5 marca 2018

Fear To Tread

To już moje 21. spotkanie z Herezją, więc raczej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. I cóż, dostałem to.

Jest więc tu niemożliwie dużo patosu, ogromne ilości bitewnego zgiełku, są drobne POV zwykłych homo sapiens obserwujących z trwogą Astartes, jest Erebus (nie wiem czy nie najczęściej pojawiający się bohater w przeczytanych dotąd przeze mnie tomach cyklu), jest zdrada i jest poświęcenie. Wszystko, za co można to uniwersum kochać. I ze względu na co można nim gardzić.

Fabuła wraca do początków wojny (znowu! :) ), by przyjrzeć się sytuacji w jakiej znalazły się wtedy Krwawe Anioły. Mi generalnie zresztą wcale ten ciągły chronologiczny restart nie przeszkadza: w całej Herezji Horusa najciekawszy dla mnie jest jej początek, tem delikatny moment, gdy towarzysze broni zaczynają do siebie strzelać. Rolę czarnych charakterów biorą tu na siebie standardowo Głosiciele Słowa z Tanusem Kreedem na czele. Niestety, Swallow nie wysilił się by zrobić z nich cokolwiek więcej, niż tylko zacierających rączki szalonych czarowników/kapłanów. Są jednowymiarowi, standardowi do bólu. Działają na rozkaz Horusa: wciągają siły całego legionu Sanginiusa do systemu Signus, który jest jedną wielką demoniczną pułapką.
Demony są o dziwo ciekawsze od Kreeda i jego ponurej bandy. Szczególnie Ka’Bandha: nie jest bezmyślną, ślepą furią, czego moglibyśmy oczekiwać od sługi Boga Krwi. Lubię szczególnie pierwsze momenty wkraczania Aniołów do systemu Signus, gdy Chaos przejawia naprawdę sporą inwencję w podrywaniu pewności siebie wojowników IX legionu. Później zmienia się to niestety w coraz powszechniejszy jazgot bolterów. Trochę szkoda mi niewykorzystanej moim zdaniem fabularnie bitwy pod Katedrą Znaku. Walczy tam ponad 100 tysięcy Aniołów, początkowo całkiem regularnie, tu aż prosi się o jakiś rzut strategiczny, o jakieś przesuwające się skrzydła... nie, lepiej pisać o dziesiątym rozerwanym demonie.
Krwawe Anioły przedstawione zostały zgrabnie, choć bez uniesień. Jest kilku głównych POV: Meros, Aptekarz rzucony przez los na pierwszą linię walki o ocalenie legionu, Raldoron, kapitan I Kompanii (a więc oficerska szycha w strukturach legionu, aczkolwiek ciągle pomniejszana przez dowódcę Sanguinary Guard), Kano, były Librarian. Standardowo w tych książkach niespecjalnie się od siebie odrożniają, ale... pod koniec książki doceniłem Merosa. Ta jego prostolinijność miała w sobie jednak siłę.
Cóż, niezmiernie rzadko w tych książkach spotkać możemy interesujących bohaterów, tu interesująca bywa historia i świat. Tutaj te elementy nie zawodzą. Nie ma tu może szokujących momentów, które zostawią nas z poczuciem oczyszczenia, ale mamy tu do czynienia z solidną fabułą, która może gdzieniegdzie ma swoje potknięcia, ale w całości prezentuje się dobrze.
Dla fanów uniwersum: polecam.
Dla niefanów: no cóż, może być różnie.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Nie poznają strachu

   I znowu kolmarejska wieża wpuszcza przybyszów. Musi, nie ma innego wyjścia. Dan Abnett na mnie to po prostu wymusił. W pewien sposób.

   Emocje opadają powoli. 

   Know No Fear skończyłem czytać wczoraj (tj. 1 VIII 20216), a nadal jestem na powierzchni umierającej planety, która jest areną dziewiętnastego tomu Herezji Horusa. Calth, jeden z Pięciuset Światów Ultramaru, jedna z pereł miniimperium Roboute Guillimana, jeden z bastionów XIII Legionu, Ultramarines. Zasadniczo, książka snuje opowieść o 24 godzinach tej fikcyjnej planety zawieszonej w uniwersum WH40k. O momencie, w którym Ultramarines dowiadują się o rozpoczynającej się Herezji. Dowiadują się o niej z luf bolterów braci z XVII Legionu, Głosicieli Słowa, Word Bearers. 

   
   Książki osadzone w settingach gier fantasy łączy zazwyczaj fatalny poziom. To rzemiosło w najgorszym tego słowa znaczeniu. Słowne pierze, które ma tworzyć fabularną głębię rozrywce. Czarna Biblioteka również ma przecież na swym koncie takie pozycje, nawet flagowa Herezja Horusa ma swoje liczne upadki. Są jednak takie momenty w których mam wrażenie, że takie książki wybijają się z nerdowskiej niszy. Takie chwile, w których ciekaw byłbym, czy dany tekst spodobałby się komuś spoza warhammerowej sekty. Coś takiego fundował mi dotąd jedynie Aaron Dembski-Bowden. Teraz dołączył do niego Dan Abnett. 

   Tak, wiem, Abnett to nie jest anonimowe nazwisko. Mam wrażenie, że w erze przed epifanią ADB był on uważany za pisarza numer jeden w stajni Black Library. Przecież Gaunt. Przecież Eisenhorn. Nie bez powodów to jego właśnie obdarzono honorem zainaugurowania Herezji Horusa... Ale bądźmy szczerzy: żadna z jego wcześniejszych książek nie była wybitna. Były dobre. Jego wcześniejsza pozycja gwiazdy na czarnobibliotekowym firmamencie jest dla mnie ostatecznym dowodem na generalną słabość warhammerowej literatury. Wczoraj jednak...

   Abnett nie miał tu łatwego zadania. Na warsztacie wylądowali przecież Ultramarines. Smerfy. Jako starszy, niejako dystyngowany już fan uniwersum zdążyłem już nabrać do nich swego rodzaju pogardy przemieszanej z politowaniem. Sympatia do synów Guillimana nie jest w pewnych środowiskach w dobrym tonie. To są przecież ci kanoniczni, idealni Space Marines bez jakiejkolwiek skazy, bez niczego, co ciekawie by ich wyróżniało... w dodatku jeszcze z niepokojącą tendencją do narzucania wszystkim wokół swojego manifest of destiny. Generyczni Astartes z wszczepioną arogancją. Czy z tej mąki może być chleb?

   Może.

   Know No Fear jest fantastyczne. Abnett wbił tę książkę w formę quasireportażu, który informacyjnymi flaszami stara się objąć pierwszy dzień Bitwy o Calth. Wiąże się z tym ważny dla tytułu element stylizacji: bardzo długo dominuje tu czas teraźniejszy. Efekt jest dobry, bardzo dobry. Szczególnie pierwsze 200-250 stron wywołało u mnie szok. Na początek ostatnie godziny przed atakiem sił Lorgara, z coraz duszniejszą atmosferą oczekiwania, z tym narastającym poczuciem zagrożenia, z niepokojącymi śpiewami barbarzyńskich sojuszników Głosicieli Słowa... Już jedna z pierwszych scen książki sprawiła, że się w niej zakochałem: moment, w którym spotykają się dawni towarzysze broni, Sorot Tchure z Word Bearers i Honorius Lucius z Ultramarines. Już wiemy wtedy, że Tchure zabije swojego gospodarza, dowiadujemy się o tym w drugim zdaniu książki... i z tą wiedzą ich powitanie, instynktowna reakcja obronna Luciusa, ich pierwsze do siebie słowa nabierają jakiejś złowrogiej głębi, nadaje mu pewien rys tragizmu, o który dotąd warhammerowej literatury nie posądzałem. 


- Well met - says the warrior of the XVII, stepping forward.
- A long time - says Luciel, coming to meet him. They embrace, forearm guards clattering off backplate panels.
- Tell me, brother - says Luciel. - What new things have you learned to kill since last we met? 

   A dalej jest jeszcze lepiej. Gdy już przemówią działa, gdy plan Lorgara, Kor Phaerona i Erebusa wejdzie w fazę realizacji, zaczyna się batalistyka najwyższych lotów, krzycząca głośno apelem o ekranizację która pewnie niestety nigdy nie nastąpi. Bohaterstwo, fatalizm, strach, niebo w płomieniach, miłość i nienawiść, stalowe kolosy spadające z nieba, patos i mistyka: stężenie warhammera jest na tych stronach naprawdę wysokie. Ten moment, gdy dwudziestokilometrowy Antrodamicus mknie ku powierzchni Calth...Nie ma tu oczywiście wielu bohaterów, którzy szczególnie zapadną nam w pamięć: Ultramarines są tu wykonani na tej samej literackiej taśmie produkcyjnej i nie przejawiają zbytnich odchyleń od kanonu (no, może dreadnoght Telemechrus jest ciekawy). Ciekawsi są bohaterowie spoza legionu: zaskoczył mnie na przykład subtelny związek łączący adeptów Mechanicum, Hessta i Tawren; pamiętający Argonautów i Austerlitz Oll Persson też jest intrygujący (ciekawy dobór imienia i nazwiska swoją drogą), tym niemniej nie oszukujmy się: wielu takich perełek tu nie znajdziemy. Całość jest jednak na tyle porywająca, że ledwo to zauważyłem. Jest bowiem jeszcze jedna cecha tej książki warta podkreślenia: akcja mknie tu do przodu niczym pocisk boltera. I ta oszałamiająca szybkość nie powoduje uczucia znużenia, przeciwnie. Gdy skończył się epilog, coś w środku mnie krzyczało o więcej...

   Obok "Pierwszego heretyka" jest to najlepsza herezyjna książka, jaką dane mi było przeczytać. 

   Aczkolwiek, przede mną kolejne 20 tytułów...


9/10


[mark: -245280999.15.00]

poniedziałek, 3 lutego 2014

Tales of Heresy

Czas na pierwszą czarnobiblioteczną recenzję.

W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.

Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.

Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...

A to jest Angron z mojej bajki

A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian  penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.

Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.

Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.

The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.

Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.

W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!

Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.

Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.