wtorek, 11 grudnia 2018

Angel Exterminatus

Dziś budzę Wieżę by podzielić się kilkoma spostrzeżeniami o 23. tomie Herezji. Na początek uwagi luźne, a potem, po ostrzeżeniu, część ze spoilerami.

To nie jest zła książka, ale w cyklu jakością się nie wyróżnia.

Herezja Horusa tym razem rzuca uważniejsze spojrzenie na Iron Warriors, legion znajdujący się w cieniu dotychczasowych tomów serii. Owszem, Perturabo miał już dwa czy trzy swoje epizody... ale były to epizody krótkie, płaskie i nic ciekawego nie wnoszące poza tym, że Pan Żelaza był w nich standardowym, drugoligowym supervillainem. Po incydencie z Berossusem w poprzednim tomie uznałem wręcz, że Perturabo jest zły karykaturalnie... aż Graham McNeill rzucił na niego nowe światło.

I Perturabo stał się nagle jednym z najsympatyczniejszych prymarchów spośród tych, którzy zdradzili (obok Magnusa może). I ja to bardzo doceniam.

Przywódca Żelaznych Wojowników stał się nieco prostolinijnym wojownikiem-inżynierem, który potrafi docenić męstwo przeciwnika, boi się o życie swego brata pomimo tego, że w ogóle mu nie ufa, a jego największym marzeniem jest stworzenie świata, w którym przestanie być wojownikiem (bo w tej perfekcyjnej wizji nie będzie już wojen). Całkiem nieźle, jak na gbura którym wszyscy pogardzają, prawda?

Wrażenie psują Dzieci Imperatora. Są tak przerysowane, że już więcej nie można. Szkoda, że nie ma w nich już w ogóle człowieczeństwa, ci Astartes są już wyłącznie tymi Złymi z uniwersum 40k, bez chwili zawahania i wątpliwości. Fulgrim ciągle jest tym Fulgrimem popsutym przez opowiadanie „Reflection Crack’d” i w obliczu finału powieści, to się już w tym cyklu nie zmieni.

Interesującym elementem sa resztki Iron Hands z Sisypheum. To ciągłe bicie lojalistów w Herezji było już męczące, lojaliści bijący heretyków okazali się być orzeźwiającym doznaniem.

Uwaga, teraz będzie kilka spoilerów.

Osią powieści jest quest Fulgrima i Perturabo do Oka Terroru (i uwaga: TO PERTURABO NADAJE TĘ NAZWĘ). Celem jest antyczna broń (osoba?) z antycznej historii Eldarów, która zapewnić miała rebelii przewagę nad lojalistami. Tylko, że to wszystko bujda: Fulgrimowi chodziło wyłącznie o to, by na planecie wypełnionej eldarskimi duszami dostąpić awansu do statusu demonicznego księcia. Pomóc ma mu w tym nieświadomie sam Perturabo, dzięki złośliwemu artefaktowi kradnącemu siły życiowe Panowi Żelaza. 

No cóż, szczerze mówiąc, to przypomina to scenariusz przecietnego scenariusza RPG. Sytuację ratują wcześniej wspomniani już desperaci z Sisypheum, niedobitki Iron Hands wzmocnione ocaleńcami z Salamanders i Raven Guard. Prowadzą oni partyzancką wojnę na tyłach wroga, żądni zemści za masakrę na Istvaanie V. I nie ograniczają się do małych celów. Na początku książki organizują niemal udany zamach na Fulgrima (dokonuje tego Astartes z Kruczej Straży, Sharrowkyn, który w ogóle okazuje się niesamowitym badassem).

MacNeill rozwija tu temat przyczyn przyłączenia się Perturabo do Herezji. Prymarcha Iron Warriors czuje się niedoceniony, ciągle spychany na drugi plan. Jego rebelia nie pociągnęła jednak za sobą nienawiści do lojalistów: przeciwnie, co najmniej dwukrotnie oszczędza on desperatów z Sisyphaeum, czując do nich nieokreślony szacunek. Chaos budzi w nim dystans i odrazę, jego legion przez większość książki jest również od niego wolny... aż do wydarzeń gwałtownego epilogu, w którym kilku najbliższych mu Warsmithów schodzi na drogę służby Niszczącym Potęgom (on sam jest jeszcze od tego wolny, oddany jedynie Horusowi).

Poza tym, w telegraficznym skrócie:
* Lucjusz przegrywa pierwszy raz nie z prymarchą, w pojedynku pokonuje go ten niesamowity Sharrowkyn; jakimś cudem jednak to przeżywa
* Fulgrim na końcu książki staje się demonicznym księciem znanym choćby z pojedynku z Guillimanem w "Dark Imperium"
* Legion Fulgrima jest najbardziej obrzydliwą, najbardziej godną pogardy siłą na tym etapie Herezji; zostali straceni zaskakująco szybko i gładko; naprawdę, okrucieństwo Synów Horusa, religijny zapał Głosicieli Słowa czy agresja Pożeraczy Światów jakoś przy tym wyglądają lżej;
* Fabius Bile bawi się na całego z mutacjami, inżynierią genetyczną i tworzeniem nowych generacji Space Marines; sekcja przedstawiająca przeobrażanie pojmanych Imperialnych Pięści jest szczególnie obrzydliwą i smutną częścią książki;

Generalnie: 4-

piątek, 14 września 2018

Shadows of Treachery

   Blog w uśpieniu, ale jednak trochę w moim hobbystycznym świecie się dzieje :) Dla ożywienia: słów parę o ostatniej herezyjnej lekturze, antologii "Shadows of Treachery" zredagowanej przez Christophera Dunna i Nicka Kyme`a (no, to akurat nie jest dobra zachęta...). (uwaga, stosuję oceny szkolne)


The Crimson Fist 

   Głównym bohaterm jest tu Alexis Polux, kapitan 405. kompanii Imperial Fists... i, jak łatwo domyślić się po tytule, przyszły założyciel zakonu Crimson Fists. Dowodzi on ogromną Retribution Fleet, która miała wspomóc lojalistów na Istvaanie. Nie wspomogła, dostała się w pułapkę w systemie Phall, gdzie następnie doszło do masywnej bitwy kosmicznej z Iron Warriorami. 

   To chyba pierwszy raz, gdy możemy dłużej spojrzeć na Perturabo, prymarchę Iron Warriorów. Cóż, niewiele nam to opowiadanie o nim mówi poza tym, że najwyraźniej jest zimnym psychopatą (w tej rodzinie to chyba norma). Sam Polux wygląda jak wielu innych Astartes, aczkolwiek wątpliwości które nim targają dodają mu trochę flavoru. Słabo (bardzo) wypada wątek Sigismundusa i focha, którego strzela wobec niego sam Rogal Dorn (oj stracił w moich oczach trochę). Bitwa w Phall pokazana jest za to znakomicie, bez tej nic nie znaczącej gadki o krwawych stratach i męstwie (to znaczy: one tam są, ale jest też opis tego, a jaki sposób działają obie floty). Intrygująco to się wszystko kończy, generalnie jestem na tak.
4-

The Dark King 

   Debiutów ciąg dalszy. Tym razem spotykamy się z Konradem Curze, prymarchą Night Lords którzy dotąd pojawili się bodajże tylko w drobnym epizodzie "Deliverance Lost". McNeill bierze na warsztat chwilę szczególną: moment, gdy Curze wpada w szał i jak rozumiem decyduje o zdradzie. "Jak rozumiem", gdyż w ogóle to opowiadanie jest niejasne, motywacje Night Huntera nonsensowne, a jego nagły napad szału w którym atakuje Dorna powoduje u mnie jeden, nieustający WTF. Niby to wszystko jest fajnie napisane, ale kompletnie mi się nie klei. I jedno pytanie: jak siły lecące na Istvaan mogły po tym wszystkim zaufać Władcom Nocy?!?
2+


The Lightning Tower 
   Abnett w wysokiej formie. To właściwie druga część „The Dark King” która sporo wyjaśnia, choć nie wszystko. Znowu Imperial Fists w rolach głównych, początek antologii został przez nich zdecydowanie zdominowany, łącznie z okładką (i dobrze, byli zaniedbywani).
4


The Kaban Project 
   Ta nowela odchodzi od Imperial Fists i przenosi się na Marsa, niedługo przed wydarzeniami „Mechanicum”. Fabuła jest do bólu prosta: adept pracujący nad maszyną Kaban odkrywa jej samoświadomość i wpada w panikę, nie rozumiejąc, że jego skorumpowanym przełożonym właśnie o to chodzi. Konkluzja tej historii jest dla każdego znającego fabułę Mechanicum oczywista, ale mimo to prowadzona jest zgrabnie, a smaczek Mechanicum jest wyraźny. Polecam.
4-


Raven’s Flight 
   Opowiadanie Gava Thorpe’a jest prequelem do „Deliverance Lost” i jest niejako uzupełnieniem noweli „Face of Treachery” z tomiku „Age of Darkness”. Głównym bohaterem jest Marcus Valerius, zwykły (no, nie do końca taki zwykły) gwardzista z Imperial Army, który jest prześladowany przez wizje masakry Kruczej Straży na Isstvanie. Wizje, które w efekcie uruchomią misję ratunkową dla Coraxa. Czyta się dobrze, całkiem zgrabne są refleksje Coraxa na temat tego, jak bardzo zawiedli Astartes w godzinie próby. No i przedstawiono niezwykły feature tego prymarchy, umiejętność unikania uwagi widzących go wrogów.
4-


Death of the Silversmith 
   W tej miniaturce wracamy na pokład flagowej jednostki Horusa Luperkala. Ma to opowiadanko w sobie nieodparty czar, pomimo nieskomplikowanej fabuły, która jest prequelem do „Horus Rising”. Najważniejsza myśl tego tekstu: zepsucie dotarło do Wilków Luny na długo przed działaniami Erebusa.
4


Prince of Crows 
   Antologię zwieńcza mój ulubiony Aaron Dembski-Bowden. I oczywiście się nie zawiodłem: znowu jest to znakomite operowanie zdaniem, znowu są wyraziści bohaterowie (rzadkość w tym uniwersum), znowu fabuła jest o CZYMŚ. Jeden drobiazg jednak obniża ocenę: nowela wydaje się być ucięta w pół, zdecydowanie wymaga ciągu dalszego. Bohaterem jest Jago Sevatar, często wspominany w trylogii Night Lords i spotkany już w Herezji choćby w "Deliverance Lost". Sevatar desperacko próbujący ratować resztki floty Night Lords z katastrofalnej klęski zadanej im przez Dark Angels jest, co normalne w tym legionie, mieszaniną brutalności i elementów dziwnej szlachetności. Pod tym względem zdecydowanie przewyższa drugiego z bohaterów, samego Konrada Curze, który dzielnie tu walczy w nieoficjalnym konkursie na najbardziej porąbanego prymarchę z Angronem i Lionem.
4-

Ogólnie: 4-

poniedziałek, 5 marca 2018

Fear To Tread

To już moje 21. spotkanie z Herezją, więc raczej wiedziałem, czego mogę się spodziewać. I cóż, dostałem to.

Jest więc tu niemożliwie dużo patosu, ogromne ilości bitewnego zgiełku, są drobne POV zwykłych homo sapiens obserwujących z trwogą Astartes, jest Erebus (nie wiem czy nie najczęściej pojawiający się bohater w przeczytanych dotąd przeze mnie tomach cyklu), jest zdrada i jest poświęcenie. Wszystko, za co można to uniwersum kochać. I ze względu na co można nim gardzić.

Fabuła wraca do początków wojny (znowu! :) ), by przyjrzeć się sytuacji w jakiej znalazły się wtedy Krwawe Anioły. Mi generalnie zresztą wcale ten ciągły chronologiczny restart nie przeszkadza: w całej Herezji Horusa najciekawszy dla mnie jest jej początek, tem delikatny moment, gdy towarzysze broni zaczynają do siebie strzelać. Rolę czarnych charakterów biorą tu na siebie standardowo Głosiciele Słowa z Tanusem Kreedem na czele. Niestety, Swallow nie wysilił się by zrobić z nich cokolwiek więcej, niż tylko zacierających rączki szalonych czarowników/kapłanów. Są jednowymiarowi, standardowi do bólu. Działają na rozkaz Horusa: wciągają siły całego legionu Sanginiusa do systemu Signus, który jest jedną wielką demoniczną pułapką.
Demony są o dziwo ciekawsze od Kreeda i jego ponurej bandy. Szczególnie Ka’Bandha: nie jest bezmyślną, ślepą furią, czego moglibyśmy oczekiwać od sługi Boga Krwi. Lubię szczególnie pierwsze momenty wkraczania Aniołów do systemu Signus, gdy Chaos przejawia naprawdę sporą inwencję w podrywaniu pewności siebie wojowników IX legionu. Później zmienia się to niestety w coraz powszechniejszy jazgot bolterów. Trochę szkoda mi niewykorzystanej moim zdaniem fabularnie bitwy pod Katedrą Znaku. Walczy tam ponad 100 tysięcy Aniołów, początkowo całkiem regularnie, tu aż prosi się o jakiś rzut strategiczny, o jakieś przesuwające się skrzydła... nie, lepiej pisać o dziesiątym rozerwanym demonie.
Krwawe Anioły przedstawione zostały zgrabnie, choć bez uniesień. Jest kilku głównych POV: Meros, Aptekarz rzucony przez los na pierwszą linię walki o ocalenie legionu, Raldoron, kapitan I Kompanii (a więc oficerska szycha w strukturach legionu, aczkolwiek ciągle pomniejszana przez dowódcę Sanguinary Guard), Kano, były Librarian. Standardowo w tych książkach niespecjalnie się od siebie odrożniają, ale... pod koniec książki doceniłem Merosa. Ta jego prostolinijność miała w sobie jednak siłę.
Cóż, niezmiernie rzadko w tych książkach spotkać możemy interesujących bohaterów, tu interesująca bywa historia i świat. Tutaj te elementy nie zawodzą. Nie ma tu może szokujących momentów, które zostawią nas z poczuciem oczyszczenia, ale mamy tu do czynienia z solidną fabułą, która może gdzieniegdzie ma swoje potknięcia, ale w całości prezentuje się dobrze.
Dla fanów uniwersum: polecam.
Dla niefanów: no cóż, może być różnie.

piątek, 1 września 2017

Tau po raz trzeci

     Jedna z dwóch bitew, które miały miejsce na 147. warsztatach bitewnych (taka lokalna chodzieska inicjatywa), ta, w której byłem aktywnym graczem. Bitwa z Drzewcem :) Wieloletnia bratnia saga znalazła wczoraj swą kolejną kontynuację.

     Starcie obliczone było na 1500 punktów. Po ostatnich dramatycznych doświadczenia z moją piechotą, tym razem postanowiłem zaeksperymentować i w ogóle z niej zrezygnować. W efekcie powstała następująca rozpiska:

Spearhead Detachment

Farseer (Singing Spear)

5 Fire Dragons

3 Dark Reapers

Falcon (wyrzutnia rakiet, Shuriken Cannon, targeting matrix)

Falcon (Bright Lance, targeting matrix)

Wraithlord (Bright Lance)

Super-heavy Auxiliary Detachment

Wraithknight (Suncannon, Scatter Laser, Starcannon)

     Założenie: KAŻDA moja jednostka ma mieć zdolność zrobienia krzywdy tym wszystkim suitom. Poza tym, dwa Falcony ze względu na swą przestrzeń transportową miały pomóc Dragonom i ich żałosnym zasięgom dotarcie do wroga (i ewentualnie Reaperom również, choć akurat oni rażą na budzące szacunek 48 cali).

Drzewiec przeciwstawił mi również dwa detaczmenty.

Patrol Detachment

Commander (2 drony)

Commander (2 drony)

Riptide

5 Fire Warriors

5 Fire Warriors

Hammerhead

Super-heavy Auxiliary Detachment

Stormsurge


     Rozstawienie: Dawn of War. Scenariusz: Secure and Control (dwa znaczniki, po jednym w każdej ze stref rozstawienia).






     Całość moich sił skupiła się na prawym skrzydle, między kamiennym obeliskiem a ruinami, gdzie leżał też jeden z dwóch znaczników. Drzewiec rozmieścił niebieskoskórych bardziej równomiernie, od ruin na moim lewym skrzydle (tam był drugi znacznik) do wzgórza naprzeciw ruin zajmowanych przez Ulthwe. Tam też pojawiły się najgroźniejsze jednostki Tau: Riptide i debiutujący na polu walki Stormsurge.

     Początek był dla mnie dramatyczny. Miałem zaczynać, ale Drzewiec użył swojej ZŁOTEJ KOSTKI i wyrzucił 6. Przejęcie inicjatywy. Byłem tak załamany, że mignęła mi myśl o natychmiastowej kapitulacji. Tau w typowej dla siebie postawie stand&shoot. Nawała ogniowa która trwała, trwała i trwała...

     Moi żołnierze wyglądali trochę jak bramkarze ostrzeliwani laserami przez kibiców-idiotów. Sześć markerów co rundę. Potem salwy bogatego arsenału Drzewca. W pierwszej rundzie jego siły zachowywały się trochę jak piechota liniowa z XVIII wieku: stały i strzelały (poza delikatnymi ruchami Commanderów, którzy nie mieli pola widzenia). Efekty: zraniony Wraithlord (chyba 2 woundy), Wraithknight (też 2), jeden z Falconów (1 wound) i wybity do nogi oddział Dark Reaperów, którzy nie zdołali dzięki temu zrobić w tej bitwie absolutnie nic (poza ściągnięciem na siebie ognia, co w sumie też powinienem docenić).

     Szczerze mówiąc, doznawałem już cięższych strat po takich kanonadach.



     Eldarzy rzecz jasna preferują wojnę manewrową. Dragoni załadowali się w związku z tym do Falcona "z rakietami" i pomknęli ku ruinom eldarskim. Falcon "z lancą" ruszył ku skrajnej prawej flance i ustawił się przy wieży. Farseer wszedł do ruin, obok niego stanął Wraithknight. Wraithlord jako jedyny nie poruszył się wcale, kryjąc się pod coverem danym przez obelisk. W fazie psioniki zdecydowałem, co będę robił w fazie strzelania: rzuciłem Doom na Riptida (i Guide na Rycerza). Tak, Riptide musiał umrzeć.


     W mojej pierwszej turze strzeleckiej wypaliłem do niego ze wszystkiego co miałem. Riptide DOWN!

     Druga tura. Drzewiec nieco załamany, aczkolwiek nadal najpotężniejszy zawodnik w kolorach Ta`un nadal przecież stał. Stormsurge... Ogień poddanych eterali skoncentrował się tym razem przede wszystkim na Falconie "z rakietami" (czyli tym transportującym Dragonów) oraz Wraithknighcie. Rycerz ustał stosunkowo nietknięty, natomiast potężnie poturbowany został Falcon: sześć ran i realne zagrożenie zniszczeniem. Fire Warriorzy ukryci w północnych ruinach skaleczyli też Wraithlorda, który stał już jedynie na bodaj 5 ranach... Tym niemniej: żadna jednostka mi nie spadła!


     Ponieważ Falcon transportowy był mocno pokiereszowany nie ryzykowałem już dalszej podwózki. Dragoni w drugiej turze wyskoczyli i znaleźli się w upragnionych 12 calach od Stormsurga. Uwielbiam zapach melty o poranku... 10 ran wypłaconych gigantowi mocno podkopało morale Drzewca. Kolejne ciosy zadane przez Wraithknighta, Wraithlorda i Falcony ostatecznie powaliły kolosa. Stormsurge DOWN!

     Trzecia tura. Siły Tau opanował duch banzai. Dwaj Commanderzy rozpoczęli marsz ku załamującemu się prawemu skrzydłu. Ofiarami ich ostrzału padli Dragoni (swoje trzy grosze dorzucili jeszcze Fire Warriorzy), wybici do nogi przez ostrzał. Tyle, że to był koniec moich strat... Kombinacja słabych rzutów Drzewca i dobrych moich sprawiła, że to były jedyne eldarskie ofiary tej tury.

     W mojej trzeciej turze Falcon "z lancą" dokonał głębokiego zagonu na tyły Tau, wchodząc w ich strefę rozstawienia i prując ogniem do Fire Warriorów na kamiennym wzgórzu (którzy okazali się być zaskakująco odporni, bo dwóch przetrwało tę rundę). Poobijany Falcon "z rakietami" wycofał się kontrolować znacznik. Dwóch maszerujących ku mnie Commanderów Tau spotkało się z kontrreakcją Wraithknighta i Wraithlorda. Ten pierwszy spalił niestety szarżę (na 4 cale wyrzucił 3...), ten drugi wszedł w walkę wręcz, ale niestety nie zdołał jeszcze powalić przeciwnika, który przeżył z jedną raną.


     Koniec był już bliski. Niezwiązany walką Commander z nieznanych dla mnie przyczyn ograniczył się do strzelania (mógł szarżować i pomóc swemu walczącemu z Wraithlordem koledze). Ostrzał Commandera i Hammerheada mocno poturbował Wraithknighta, który spadł do 13 punktów życia (z 24). Tym niemniej, w walce wręcz drugi z Commanderów uległ wreszcie Wraithlordowi. W mojej rundzie zmasowany ogień zniszczył drugiego Commandera, Hammerheada i resztkę Fire Warriorów na wzgórzu. W tym momencie w armii Tau żył już tylko JEDEN z Fire Warriorów ukrywający się w ruinach na północy....

     Przeżył piątą turę, bo ukrył się tak, że go po prostu nie widziałem. Drzewiec desperacko chciał, by przeżył chociaż on.



     Ale ZŁOTA KOSTKA nie zadziałała po raz drugi. Zamiast wyrzucić 1 lub 2, co skończyłoby grę już po piątej turze, wyrzuciła chyba 3... W efekcie...



     Wynik: 8-1 (slay the warlord, dwa znaczniki, linebreaker - first blood).

     Wnioski? Ogień Tau nie jest już tak straszny, jak niegdyś. Co więcej, te wielkie machiny niebieskoskórych są stosunkowo miękkie (ich Lord of War ma tylko 20 woundów, nie wiem, czy jest inny który ma równie mało). Falcony nie są już tak niezniszczalne jak kiedyś, ale nadal potrafią sporo na siebie przyjąć.


sobota, 26 sierpnia 2017

Rycerze

     Było tak.

     Łzy Ishy wycofywały się już z nieszczęsnej planety Urartu, gdy nadleciały Kruki. Eldarzy zrobili tu już prawie wszystko, co chcieli zrobić. Sanktuarium Khorna było zniszczone. Czarnoksiężnik zabity. Pozbawione dowództwa Szkarłatne Kohorty pogrążone w bratobójczych walkach. Potencjał przemysłowy unicestwiony. Astroporty w płomieniach. Pajęczy Zwój z koordynantami portalów Drogi przejęty i zabezpieczony. Faeril Adhesaan, autarcha Łez, był zadowolony. Uznając, że nie można dłużej już czekać, zarządził ewakuację.

     Jak już wspomniałem, wtedy właśnie nadleciały Kruki. Krwawe Kruki.

     Z sojusznikami z rodu Terryn.

     Pierwsze ciosy Astartes spadły na Szkarłatne Kohorty, autarcha wiedział jednak, że siłom Ulthwe nie zostało już dużo czasu. Eldarzy nie przewidują takich rzeczy. Oni o nich wiedzą. Mon-keigh musiały być odciągnięte od miejsca translacji do Pajęczej Drogi, bo ich jednostki uderzeniowe znajdowały się zdecydowanie zbyt blisko. By odciągnąć ludzi od portalu, autarcha wysłał im na spotkanie naprawdę dużą przynętę.


***

     Bitwa na 1000 punktów, Aeldari kontra Space Marines wspierani przez imperialnego Rycerza. Bitwa olbrzymów, bo z mojej strony wyszedł Wraithknight :)

     Jak widać, Julek wystawił przeciw mnie dwie drużyny tacticali podzielone na dwa pięcioosobowe składy. Prócz tego Knight oraz Librarian w terminatorce, który na polu bitwy pojawił się w pierwszej turze z deep striku. Ja z kolei postanowiłem za wszelką cenę wystawić się w batalionie... i udało się. Niestety, w związku z tym wszyscy moi Avengerzy i Guardiani byli absolutnie goli. I średnio weseli.
     Misja Big Guns Never Tire. Rozstawienie Dawn of War. Imperium uderzyło pierwsze.

***

     Toril wiedział, że umrze i przestało go to już obchodzić.
     Z jego drużyny Mścicieli żył już tylko on i Bras, dwa granatowe cienie na ścianie baszty w ruinach Ut Szar. Ogień mon-keigh z pobliskiego wzgórza zabił pozostałych i niedługo już zabije ich.
     To nic. Mon-keigh ginęli również. 
     - Kolejna małpa nie żyje - krzyknął Bras wychylając się za róg wieży. - Khaine!
     Bras był młody i agresywny i Toril często myślał, że powinien wybrać świątynię Skorpiona na swej Drodze Wojownika. Ta agresja była dobra, ukierunkowana przez świątynię Asuryana dawała pewność i determinację, obie dalekie od zdradliwych podszeptów Niewysłowionego. Teraz jednak zamykały mu oczy na prawdę. A prawda była taka, że nie mieli już szans. Nie po tym, jak pod ogniem kroczącego ku nim monstrum oraz zwykłych mon-keigh obleczonych w czerwone pancerze legł Prorok. Obecnie kupowali jedynie czas reszcie uciekającej z Urartu armii.
     Ziemia zadrżała pod stopami biegnącego Upiornego Rycerza, szarżującego na stalowego lewiatana Imperium. Ziemia zadrżała, ale dreszcz który przeszedł Torila nie wynikał tylko z jej drgań.

***


     Bitwa skończyła się oczywiście moją klęską, jak zawsze w 2017 roku :) Jak widać na powyższej mapce, ja starałem się raczej bronić przy znacznikach, a Julek agresywnie dążył do zwary. Do takowej doszło na przełomie 2 i 3 tury... i było to starcie niemal tytaniczne. Dwie szarże Knighta i dwie Wraithknighta, efekt darmowego fall backu przyniosły nam furę emocji i funu. Ostatecznie z tego tytanicznego (niemal) starcia zwycięsko wyszedł Wraithknight, powalając swego imperialnego rywala mając zaledwie 4 woundy w zapasie. Za mało... Mój rycerz zdążył jeszcze zadeptać librariana przeciwnika, gdy ostatnią ranę (3 wcześniej odebrała mu melta bomba) zabrał mu... bolter jednego z Astartes koczujących przy stawku na lewej flance.

***

     Nie zauważył śmierci Brasa. Po prostu kątem oka zobaczył jakąś czerwoną plamę na ścianie tuż obok niego i już wiedział. Nie obejrzał się nawet. Młodzieńczy entuzjazm tego aeldari wyciekł wraz z jego płynem mózgowym na szare, zerodowane kamienie baszty Ut Szar, karmazynowa inskrypcja w tajemnym, nieznanym języku. Chwilę wcześniej na ziemię runął Upiorny Rycerz i Toril przysiągłby, że w jego końcowym jęku słychać było ulgę. Małpy w czerwonych pancerzach były wszędzie. Znikąd nie dobiegały go już strzały.
     Grupa mon-keigh zaszła go od tyłu. Szli w swoich prymitywnych, grubo ciosanych pancerzach z bronią, która samym swoim kształtem krzyczała swą brutalnością. Szumiał wiatr, gnany wznieconymi przez wojnę pożarami.
 - Poddaj się, lub giń - warknął gardłowo, zwierzęco jeden z napastników.
     Toril za miesiąc miał zejść z Drogi Wojownika. Chciał tego i się tego bał. Dziś nie było już strachu. Tylko wiatr.
     Podniósł katapultę i zamknął oczy.
     Tylko wiatr.

***



     Przegrałem jak sądzę z kilku powodów. Po pierwsze: za wszelką cenę chciałem mieć batalion i +3 do command pointów... no i miałem, tyle że w przeciwieństwie do Julka, u którego każdy oddział coś znaczył, u mnie cokolwiek znaczyli jedynie psionicy i Wraithknight. Najbardziej fatalnie wyglądało to u Guardianów, którzy byli pozbawieni swojego działka i w związku z tym ich broń strzelecka miała 12 cali zasięgu... 
     Po drugie: fatalnym błędem było obsadzenie mojej lewej flanki pojedynczą piątką Avengerów. No chciałem kontrolować znacznik, ale... w starciu z Astartes nie mieli wielkich szans, tym bardziej, że to oni startowali w tej bitwie pierwsi. Tym samym trochę za darmo straciłem 1/3 troopsów.
     Po trzecie: niepotrzebnie szarżowałem na Knighta. Pół biedy, że od czasu do czasu oberwałem z overwatcha. Najgorsze było jednak to, że nie zdawałem sobie sprawy z absurdalnej wartości bojowej w melee właśnie tego julkowego Wardena. Jego łapa bije z siłą 16 i zadaje D6 obrażeń. Gdy raz dwa takie ciosy przedarły się przez moją obronę, to zainkasowałem tuzin ran i nagle mój Wraithknight znalazł się na krawędzi przeżycia (a wcześniej absolutnie kontrolował to starcie i zmasakrował Wardena ogniem swego SunCannona.
     Tak czy inaczej, było wspaniale :)

sobota, 19 sierpnia 2017

Rzeź


   Różnie sobie dawniej radziłem z bitwami, w których mnie masakrowano. To w ogóle problem, który mogłoby sobie przepracować wielu wśród nas. Nie piszę tu zresztą wyłącznie o starciach o jakąkolwiek stawkę: nawet zupełnie towarzyskie starcia potrafią budzić demony wojny. Kiedy bawisz się w wojnę, ona czasem bawi się tobą.

     Gdy podczas mojego wczorajszego drugiego już spotkania z ósmą edycją WH40k siły Tau metodycznie wdeptywały mnie w ziemię stwierdziłem, że jednak w jakiś sposób wygrałem. Zracjonalizowałem tę klęskę i wyciągnąłem tyle z niej radości, ile było możliwe. A nie było to łatwe.

     Moi Eldarzy zmierzyli się z Tau, tym razem dowodzonymi przez Grubego. Niestety tylko na 500 punktów, a nie potrafię się odnajdywać w takich mikroskopijnych formatach. W dodatku w ogóle nie myślałem nad tym, kogo włożę do tej małej rozpiski. No, przesadziłem. Wiedziałem, że chcę tam mieć Skorpiony, by od razu na początku starcia wyeliminować Fire Warriorów. Poza tym bez sensu chyba umieściłem dwa oddziały Troops: Guardianów i Avengerów (Guardians ze Starcannonem). I wreszcie kluczowa sprawa dla mojej katastrofalnej pomyłki rozpiskowej: ponieważ od lat mam forgowego Wraithseera, a nigdy jeszcze nim nie zagrałem w jego właściwej roli... to tym razem umieściłem go jako dowódcę. Nie zwróciłem przy tym uwagi na to, że niemal wszystkie jego moce psioniczne dotyczą jednostek, których w mojej armii nie było :)


     Przeciw mnie stanęły siły bardzo szczupłe liczebnie, acz takie same punktowo. Prócz standardowych Warriorów i Commandera, nad polem bitwy górował masywny Ghostkeel. Wylosowaliśmy misję Relic, aczkolwiek nikt się tym znacznikiem w trakcie bitwy nie zainteresował...

     Bitwa była jedną wielką brutalną rzezią.

     Jedna rzecz mi się w niej udała, na samym początku. Przejąłem inicjatywę. Och, miłe złego początki! Skorpiony wyskoczyły na tyłach niebieskich komunistów, szykując się do szarży, a cała reszta moich sił ruszyła ku linii ruin, gdzie krył się wysunięty w infiltracji Ghostkeel. To był kolejny z moich kilku błędów, bo moja piechota nie miała przecież żadnych szans by zapestkować tego brutala, który w dodatku obniżał jej BS. W efekcie... strąciłem jego drona. Dysponujący silnym działem Wraithseer oczywiście nie trafił...  Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że szarża mojego walkera spaliła. Szarża moich Skorpionów spaliła. A potem Tau zajęło się tym, co umie najlepiej. Strzelaniem. Wybili mnie do zera do połowy IV tury, w zamian tracąc cztery drony i jednego Warriora :D Z pięciu moich szarż do skutku doszła jedna (wszystkie jeśli dobrze pamiętam paliły o...... JEDEN CAL). Ta jedna jedyna sprawiła, że Ghostkeel dostał jedną ranę od mojego nieumarłego walkera. W swojej turze niebieski gnojek w białym pancerzu po prostu sobie poszedł. Zresztą, po drugiej turze grałem już tylko po to, by zniszczyć Tau jakąś jednostkę. Nie udało się :)

     Ale chcę więcej! Ósemka mi się naprawdę podoba, jest dynamiczna i łatwa do zapamiętania, choć nie pozbawiona chyba wad (mieliśmy sporą zagwozdkę z tym, jak woundować jednostkę z różnymi wytrzymałościami, skoro alokacja ran jest później; okazaliśmy się na to za głupi, gdyż ostatecznie nie doszliśmy do zadowalających nas wniosków). Chcę więcej. I chcę wreszcie w to wygrać :)


środa, 2 sierpnia 2017

SotM: Hasta Prima

     Oto czwarta już część moich zmagań w ramach Story of the Month. Tym razem związana z XIV edycją konkursu. Zanim jednak o tym...

     Zaczynał się chyba najlepszy czas dla SotM. Do ekipy zarządzającej projektem dołączył Fireant, którego dziełem była naprawdę znakomita, niestety nieistniejąca już strona domowa konkursu. Co więcej, fandom zdobył się na wydanie antologii sześciu wybranych opowiadań (znalazł się w nim i mój debiut, "Parcere Subiectis"). Jego okładkę widać obok, a recenzję można przeczytać u Inkuba. Jeden z pięciuset egzemplarzy spoczywa na mojej półce :)

     Tematem czternastej edycji SotM był "Uczeń i mistrz". Kontynuowałem tu eksplorację Sektora Artakserkses, po raz drugi przyglądając się postaci Uzurpatora, heretyka który wymyślił sobie, że zbuduje tam nowe, lepsze Imperium. Szybko się zorientujecie, że jest on tu jedynie tłem, choć jest tu jednym z tematycznych "uczniów". Niestety, fabułka nie zdobyła szczególnego uznania u jurorów i nie znalazła się nawet na podium (aczkolwiek jakieś tam punkty zebrała :) ). Mój pech polegał na tym, że była to naprawdę niebywale silna jakościowo edycja... (tutaj znajdziecie zwycięzcę, "Niesłyszalną pieśń" Razielusa).

Hasta Prima


Ziemia drżała, kwitnąc czerwonymi kwiatami przemocy. Pozycje rebeliantów w Hasta Prima dogorywały, mielone na pył trwającą już kwadrans straszliwą artyleryjską nawałą XI Kohorty Uderzeniowej XXXII Regimentu Lazzańskich Bersalierów. Umęczona ziemia podnoszona raz za razem potężnymi eksplozjami w powietrze niosła się szarym tumanem w kierunku czekających w gotowości sił imperialnych. Aelfryd Piano powstrzymał z trudem grymas uniesienia, szarpnął krótko za swą siwiejącą już brodę i odwrócił się do stojącej obok Vodosian. Wyrazu twarzy adiutantki nie sposób było odczytać, skrywał się w cieniach nocy. Szkoda.
Generał Piano stał na płaskim dachu betonowego, czteropiętrowego bloku, który na Vieux Beziers uchodził za drapacz chmur. Południowa Hasta była od miesiąca w rękach Lazzańczyków, szef sztabu Aelfryda miał sporo czasu by wybrać lokację, która by go zadowoliła. Piano uwielbiał oglądać z bliska początki swoich ofensyw, ten budynek był do tego celu idealny. Loża triumfatora dawno zaplanowanego triumfu. Po tym przełamaniu frontu kultyści Ramessu Casslehorna zostaną odepchnięci aż do Amaloth. Sic semper traditor.
- Zostały dwie minuty, generale - powiedziała Vodosian. Głos miała zupełnie wyprany z emocji. - Drużyny pionierów ruszyły.
Piano był na tym dachu tylko z nią. Cóż, był tam jeszcze Wulfhere, ale o istnieniu tego strażniczego psa generała łatwo było zapomnieć, stary bersalier siedział oparty plecami o komin wentylacyjny i półdrzemał. Tylko Aelfryd i jego adiutantka. Piano uwielbiał kumulować sukcesy.
I skowyt adrenaliny w głowie, to uwielbiał jeszcze bardziej.
Piętro niżej narastał brzęczący jazgot jego sztabu. Zgodnie ze swym starym zwyczajem, Piano przerzucił go tutaj dopiero kilka godzin temu, co przysporzyło mu wśród oficerów przydomek "Raptownego Fryca" (lub "Szybkiego Skurwysyna", gdy nie było go w pobliżu). Rozpędzający się wolno do ofensywy XXXII Regiment generował w sztabie hałas, który docierał na dach nawet pomimo artyleryjskiej nawały miażdżącej resztki heretyckich pozycji na popiół. Jaki piękny moment. Jaka wspaniała chwila.
- Nie zrozumiem ich. Nie potrafię.
Vodosian spojrzała na niego z błyskiem zaskoczenia w oczach.
- Sir?
- Heretyków, Vodosian. Szaleństwo jest jednostkowe, a oni zbiorowo ulegli tej halucynacji.
- Halucynacji, sir?
- Temu dziecinnemu absurdowi o kosmicznej miłości, Vodosian. O sile przebaczania. Ten ich Uzurpator zdołał im jakimś cudem wmówić, że litość i miłosierdzie jest istotą człowieczeństwa. Jego sensem. Cóż za stek bzdur! Jak obłęd tego rodzaju mógł zwieść całą planetę?!
- Nie wiem, sir. Ktoś im za słabo wytłumaczył, jak wygląda prawda.
Adiutantka już na niego nie patrzyła, w jej oczach płonęła pożoga znad stanowisk rebeliantów. Generał uśmiechnął się drapieżnie.
- Masz rację, Vodosian, ktoś zawiódł. To jednak żadne usprawiedliwienie. Nawet bez Administratum, bez Eklezjarchii i Gwardii powinni rozumieć, jakim najwspanialszym darem obdarzył nas Imperator.
Ogniowa nawała cichła. Bersalierscy pionierzy powinni już docierać do pozycji Uzurpatora.
- Co jest tym darem, sir? - spytała cicho adiutantka, ciągle patrząc na zmiażdżoną imperialną pięścią Hasta Prima.
- Ależ nienawiść, Vodosian, nienawiść - odparł Aelfryd, nadal się uśmiechając. - To nienawiść jest kręgosłupem ludzkości, jej tarczą i jej mieczem.
- Ale... Czy Imperator nie kocha swego ludu? Czy to nie miłość popchnęła go do ostatecznego poświęcenia?
Jej głos zadrżał delikatnie. W ciszy, która teraz zapadła generał usłyszał to aż nadto wyraźnie. Wszechświat wstrzymał oddech. Znowu.
- Vodosian, głębia błędu, w którym tkwią ci heretycy polega właśnie na tym, że do takiego czynu zdolna jest jedynie nadistota. Tylko Imperator. My, ludzie, zdolni jesteśmy jedynie do miłości małej, egocentrycznej, skupionej na naszych marnych życiach, na naszych ułomnych pragnieniach. Nasza miłość to pył w obliczu majestatu galaktyki. Taka miłość umiera wraz z nami, nasi wnukowie nie będą o niej już nawet pamiętać. Imperator wiedząc o tym dał nam dar nienawiści. Prawdziwa, czysta nienawiść nie ma nic z egoizmu, jej jasny płomień potrafi strawić cię do kości, a ty i tak będziesz go podtrzymywać. Trwamy tylko dzięki niej, ona napędza nasze dłonie podczas wojny, ona otacza nasze serca pancerzem chroniącym jej przed fałszywym miłosierdziem. Nawet miłość Imperatora wynikała z nienawiści do wrogów jego ludu.
Cisza była już niemal absolutna, nawet sztab zamilkł w oczekiwaniu na pierwsze meldunki.
- Szkoda, że nie potraficie tego zrozumieć, Vodosian.
Drgnęła.
Wyprowadził cios lewą pięścią w jej brzuch. Była zbyt zaskoczona, by reagować, zgięła się z cichym stęknięciem, przyczepione do mundury fetysze zagrzechotały. Uderzenie kolanem w twarz odrzuciło ją w drugą stronę, upadła bezwładnie niczym kukiełka po oberwaniu sznurków. Aelfrydowi przed oczami zamigotały czerwone plamy. Kopnął ją jeszcze cztery razy zanim furia pozwoliła mu znowu myśleć.
- Ty kurwo... - wystękał dysząc. - Byłaś dla mnie jak córka... Pierdolona suko...
Wulfhere podszedł do niej i beznamiętnie zaczął ją przeszukiwać. Ciągle była przytomna, patrzyła na niego... ze smutkiem?
Dowiedział się dziesięć dni temu. Jej zdrada była tak absurdalna, tak abstrakcyjna, że w pierwszej chwili chciał rozstrzelać oficera Bezpieczeństwa który przyszedł z dowodami. Przecież ona... przecież Vodosian...
- Wszystkie twoje meldunki... zostały przechwycone. I zmienione... Hasta Prima... to również twoje dzieło, kurwo. Wczorajszy atak... to wasze zwycięstwo pod Tarchesion... to tylko gra. Moja gra.
Verum Imperator zawsze cię podziwiał, Fryc.
W głowie Piano znowu zaczęła wrzeć furia, ale nadbiegający łącznik sztabu odwrócił jego uwagę.
- Pilnuj jej - warknął do Wulfhere i zerknął na płonące pozycje wroga. W powietrzu zaczął narastać ryk tysięcy bersalierów, którzy właśnie rozpoczynali swoją szarżę.
- Byłeś dla nas jak nauczyciel. Mistrz.
Zamknij się, kurwo.
- Wszystko w porządku, poruczniku? - zagadnął do łącznika, niedbale odpowiadając na salut. Młody chłopak, z pewnością z ostatniego zaciągu. Rzadki zarost nie zakrywał grymasu zmieszania na jego twarzy.
- Pionierzy przejmują szaniec po szańcu, generale. Bez oporu. Nie znajdują prawie żadnych ciał wroga.
Gardło Aelfryda nagle ściśnięte zostało przez strach.
- Imperator Ramessu Casslehorn każe nam uczyć się od najzdolniejszych wrogów.
Odwrócił się do niej. Ciągle na niego patrzyła. Ze smutkem, ale nie złamana.
- Fryc, pokazałeś nam już kilkukrotnie, jaką siłę daje zaskoczenie. Mistyfikacja. Unik. Gra pozorów.
- Biegnij na dół, poruczniku - warknął Piano. - Natychmiast zatrzymajcie tyle batalionów, ile zdołacie. JUŻ!
- Pozwoliłam się zdemaskować. W geście miłości. Byś mógł zagrać po raz kolejny.
Wyszarpnął pistolet. Wulfhere odsunął się od niej, patrząc na niego pytająco. Nie powinien jej jeszcze zabijać... nie powinien...
- Zagraliśmy w twoją grę, nauczycielu. Myślę, choć nie mogę być pewna, że Verum Imperator zrozumiał, jaką lekcją miał być dla nas Tarchesion.
Palec na spuście drżał.
- Czy jesteś z nas dumny?
Hasta Prima znowu zakwitła czerwonym, gorącym kwieciem.