niedziela, 14 września 2014

Genesis

Mała edyta: w międzyczasie zauważyłem tę akcję, więc się pod nią bezczelnie podczepiam tym wpisem :)

W związku ze wzmiankowanym wcześniej przemieszczeniem mojego lokum, światło dzienne po raz pierwszy od lat ujrzały rzeczy, o których niemal już zapomniałem. Niesłusznie.

Już kiedyś pisałem, jak kiedyś Nowa Fantastyka na spółkę z Gotrekiem Gurnissonem zaszczepiła we mnie zainteresowanie fantasy i grami z tym segmentem rynku związanymi. Przez dłuższy czas skutkowało to rzucaniem kostkami w Kryształach Czasu, WFRP i innych systemach RPG i namiętnym czytaniem świętych tekstów zawartych w "Magii i Mieczu"... O grach bitewnych słyszałem raz na rok, gdy MiM zdecydował się im poświęcić trochę wierszówki.

W okolicach 1995 roku (?) MiM zaczął poszerzać swoje kieszonkowe imperium o segmenty spoza fabularnej niszy.  Nawiązano wtedy kontakty ze Szwedami z Target Games, którzy już od dekady rozwijali swoje apokaliptyczne uniwersum spod znaku Mutant Chronicles. Rozpoznanie bojem przeprowadzono na gruncie bezpiecznym i gwarantującym szybki zwrot kosztów: zainwestowano w ccg o nazwie Doom Trooper. Dla rozpoczynającego właśnie studia autora tego tekstu grafiki Paula Bonnera były niczym brama do nieznanego, oszałamiającego ogrodu. S-F ożenione z mieczami, demonami i zombie?!? To tak można?

OMG. Zakochałem się. Gdy jakiś czas potem pojawiło się Warzone, gra bitewna osadzona w tym samym uniwersum, zacząłem wydawać swe pieniądze niczym narkoman na dużym głodzie.

Nie chcę tu dzielić się refleksjami na temat uniwersum czy mechaniki, przynajmniej na razie. Chcę oddać hołd figurkom, które wkręciły mnie w to hobbystyczne bagno. Były grubo ciosane, niezgrabne i czasem karykaturalne... ale i tak kochałem je całym swym czarnym sercem. Oto drobny wybór z mojej sentymentalnej podróży po szeregach Bractwa, świętego przedmurza ludzkości w ogarniętym ciemnością Układzie Słonecznym (malował kumpel, ja wtedy jeszcze bałem się farb):


Rdzeń sił Bractwa, żołnierz piechoty. Zwracam uwagę na przemyślnie wciśniętą kartkę między nogami


Nazwy tego modelu nawet nie pamiętam. Pamiętam, że w walce nigdy mi się nie sprawdzał, ale ponieważ zawsze miałem słabość do zakapturzonych typów, to zawsze go wystawiałem.

No, ten model zestarzał się szczególnie brzydko. Błogosławiona Westalka Laura. Ale przynajmniej jest dynamiczna.

Warzone w "Magii i Mieczu" promowany był razem z opowiadaniem o Mortyfikatorze... Idea takiego asasyna była jednym z decydujących elementów, które pchnęły mnie w kierunku Bractwa. I tej figurki, z obowiązkowo zalanym karmazynem mieczem.


Na koniec perła w koronie: Kardynał Dominik. W latach dziewięćdziesiątych wydawał mi się ósmym cudem świata (a i wroga potrafił dotkliwie skaleczyć). Dziś jest trochę bryłowaty, a płaszcz wygląda bardziej jak zbroja... ale styl zachował! Nadal ozdoba kolekcji.



piątek, 5 września 2014

Synowie Malala

W ostatniej notce zaprezentowałem wczesną wersję mojego chaosowego Wybrańca. Widoczna na nim czarno-biała szachownica to oczywiście barwy Sons of Malice, zakonu SM który dokonał specyficznej chaośnickiej konwersji w czterdziestym pierwszym tysiącleciu: miast oddać się pod opiekę jednej z czterech Niszczących Potęg, zadeklarowali wierność Złośliwości (Malice), bogu walczącemu z innymi siłami Chaosu równie często, jak z mieszkańcami materium.

A ten cały Malice, to Malal oczywiście.

Son of Malice w pełni swej wynaturzonej glorii

Przypadek Malala i jego koneksje z Sons of Malice są dobrze i wyczerpująco opisane w sieci, więc nie będę tu ich przeklejał. Chciałbym jednak na marginesie swojej figurkowej wycieczki w rejony Oka Terroru podzielić się w związku z tym z ogólniejszą refleksją dotyczącą krętych ścieżek, którymi kroczyło Games Workshop w swojej długiej historii.

Malal zniknął z tekstów GW w okolicach 1988 roku, w tych arcyważnych dla firmy latach, gdy ostatecznie już definiowała swoje flagowe produkty (o czym już nawiasem mówiąc pisałem). Bóg Anarchii i Terroru padł wtedy ofiarą niejasności co do tego, do kogo właściwie należy trade mark tej nazwy (przypomnę, że Malal wymyślony został przez podwykonawców GW, twórców komiksu o Kalebie Daarku). GW końca lat osiemdziesiątych ostatecznie przestawało być już radosnym, hobbystycznym projektem i przepoczwarzało się w Poważną Firmę (już wkrótce Potęga Chaosu o imieniu Tom Kirby wprowadzi GW na giełdę), a jako taka nie mogła pozwolić sobie na pompowanie znaczenia terminu, z którego o zgrozo mógłby za darmo korzystać ktoś inny. Malal zszedł więc do warhammerowego podziemia, dzieląc los squatów czy fimirów.

Umierał jednak z okrzykiem: Non omnis moriar!

Im dłużej istniało GW, tym młodszy stawał się jej rynkowy target, zdecydowanie najłatwiejszy do bezrefleksyjnego wyciągania od niego pieniędzy. To nie jest żaden zarzut, bo byłby to głupi zarzut w kierunku firmy, której głównym obowiązkiem jest dawanie dobrych wyników finansowych akcjonariuszom. Diaboliczny geniusz szeryfów z Nottingham polegał tak naprawdę jednak na tym, że przy tych wszystkich infantylizujących zabawę krokach, potrafili przy sobie zatrzymać sporą część starszych nerdów, tych wszystkich Synów Malala pamiętających Stare, Dobre Czasy, którzy pomimo ciągłego zrzędzenia w mniejszym lub większym stopniu wytrwali w hobby (stanowiąc, świadomie lub nie, najlepszych ambasadorów firmy w lokalnych środowiskach). Wiele jest przyczyn tego sukcesu, casus Malala jest dla mnie zgrabną rekapitulacją jednej z nich, kto wie, czy w moim przypadku nie najważniejszej. Otóż pomimo przeprowadzenia rytuałów Wielkiej Symplifikacji i Wzniosłej Infantylizacji, GW co jakiś czas puszcza fluffowe oko do weteranów, pozwala im poczuć przyjemny dreszcz nostalgii i utajoną dumę z tego, że rozumiemy kontekst współczesnego pomysłu osadzonego tak naprawdę w warhammerowej prahistorii. Co z tego, że squatów już nie ma, skoro kusimy Demiurgami? A może przestaniemy już kusić i zamieścimy szokującą notkę restytuującą squatów w podręczniku VI edycji? Malala już nie ma, ale szefem kompletnie marginalnej chaośnickiej bandy zrobimy chodzący anagram Kaleba Daarka z czarno-białą czaszką w charakterze loga. Z jedenastką czempionów, przypadkowo pokrywających się ze świętą liczbą Boga Odszczepieńca.
Tarcza Daarka pokazuje, że GW nie zawsze jest mistrzem subtelnej aluzji

I to działa, przynajmniej w moim przypadku, Syna Malala od 24 lat.


sobota, 30 sierpnia 2014

W parszywym warsztacie

Witajcie :)


Po półrocznej niemal przerwie załoga Minas Kolmar otworzyła wrota i nieufnie wyjrzała na zewnątrz. Ostatnie miesiące to najpierw gorący okres w pracy, a później dłuuuga przeprowadzka, która zresztą w zasadzie nadal trwa. Tym niemniej jednak, ponieważ nowe lokum zaoferowało mi dużo większe terytorium do zagospodarowania, jedną z prowincji mojego nowego królestwa (piwnicę konkretnie) zaanektowałem do celów hobbystycznych, przy wyraźnych zresztą westchnieniach ulgi ze strony mojej małżonki nie muszącej już patrzeć na moje żołnierzyki.

Parszywy warsztat w wersji beta, z boku skromnie ulokował się właściciel

Efekt: znowu zacząłem malować! Nie robiłem tego już naprawdę długo, prawie równie długo jak nie grałem... Cykl "parszywy warsztat" ma być zapisem moich zmagań na tym polu, zmagań, od razu to trzeba napisać, średniej jakości. Nigdy nie byłem dobry w modelarstwie, choć zawsze to lubiłem. Po co więc prezentować te swoje wątpliwej jakości prace, skoro w sieci jest multum miejsc, gdzie robią to lepiej? Po pierwsze: bo lubię pisać i potrzebuję jakichś ku temu pretekstów. Po drugie: właściwie, to nie zdołałem znaleźć drugiego powodu.

Nie potrafię malować jednocześnie tylko jednej figurki :) Obecnie maluję trzy (na różnych etapach ukończenia), a kilka innych przebiera nóżkami na ławce rezerwowych. Na początek: Empire Battle Wizard.

Mag w wersji "Wincenty Kadłubek"

Figurka rzecz jasna doskonale znana i przeze mnie bardzo lubiana. Zabrałem się za nią dopiero teraz z tego prostego powodu, że mimo iż Imperium kolekcjonować zacząłem chyba trzy lata temu, to do dziś jest to jedynie kolekcja, ani razu nie ograna. Armia zbierana tylko dlatego, że lubię klimat Imperium, przynajmniej ten z czasów The Enemy Within, gdy jeszcze Karl Franz był lubiany, acz nieudolnym cesarzem, a nie uberinkarnacją wszystkiego_co_fenomenalne. Bez dopingu w postaci zbliżającej się bitwy jakoś nie mogłem się dotąd przekonać do kładzenia barw na posiadanych już modelach. *** Tu ważne wyjaśnienie: w moim rodzimym Battlegroundzie przyjęliśmy sobie taką staroświecką zasadę: bez przynajmniej trzech barw model nie wchodzi na pole bitwy *** Ponieważ jednak od dłuższego czasu w ogóle w WFB nie gram, to jakoś łatwiej mi było się zająć niebretońskimi modelami...

Druga figurka to właściwie cała ich grupa: Grail Relique. 


Relikwiarz wśród bretońskich armii stanowi (przynajmniej w czasach mojego aktywnego grania) ekwiwalent yeti i pomimo mojego głośnego deklarowania, że jestem klimaciarzem i zwycięstwa mnie nie interesują, to jakoś nigdy dotąd nie zdobyłem się nawet na złożenie tego fantastycznego modelu. FANTASTYCZNEGO. To najpiękniejszy metalowy model w mojej kolekcji i czasem myślę, że aż szkoda go na moje malarskie partactwo (ale tylko czasem).

Koncept z pielgrzymami, którzy odtwarzają koński kształt jest obłędny!

To jest dla mnie esencja smaku, bez tych wszystkich fajerwerków, które czasem się dziś pojawiają w dziełach GW. Przedziwna mieszanka fanatyzmu, religijności i obłędu, cudownie pasująca do dawnej Bretonnii, choć należy już do nowej. Malowanie tego miniaturowego arcydzieła jest czystą przyjemnością.

W WH40k gram Eldarami i Wilkami, ale nie przeszkodziło mi to tak zachwycić się modelami z Dark Vengeance, że kupiłem chaośnicką część tego zestawu. Kilka dni temu do Parszywego Warsztatu wjechał więc Chosen.


Od razu uznałem, że nie będzie to kolega z Crimson Slaughter. Nie chciałem też żadnego z klasycznych legionów... wybrałem więc pewnych renegatów z M41, przez wzgląd na zawarty w ich fluffie słabo zamaskowany wkład z baaaardzo starych, zawsze przeze mnie lubianych gejmsłorkszopowych czasów. Co to za jedni? Da się to rozpoznać po tym wczesnym WIPie? :) Kim oni są i dlaczego właśnie oni: w następnym odcinku.



piątek, 28 marca 2014

Fallen Angels

W ostatnich dniach skończyłem dwie równolegle czytane książki spod znaku BL, uraczę Was więc moimi związanymi z nimi refleksjami. W dzisiejszym wpisie zajmę się słabszą z nich, by późniejszy deser był odpowiednio dobry.

Nie znaczy to, że Fallen Angels Mike`a Lee to książka słaba. Piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo przecież Mike Lee był dla mnie największym rozczarowaniem antologii Tales of Heresy, gdzie jego wynurzenia dotyczące Space Wolves naprawdę mocno odstawały in minus od średniej tomiku. Tutaj jest co najmniej poprawnie, a ocena końcowa byłaby może nawet lepsza, gdyby nie to, że równolegle z książką o upadłych aniołach czytałem też ten drugi wzmiankowany przeze mnie wcześniej tytuł, który jest prawdziwym dynamitem (a który pozwolę sobie na razie zatrzymać w tajemnicy aż do kolejnego wpisu).

Książka jest naturalną kontynuacją Descent of Angels Mitchella Scanlona, czyli tytułu numer 6 w cyklu dotyczącym horusowej herezji. Zmiana autora nie powinna być szczególnym zaskoczeniem, to już niejako znak firmowy HH, że wątki bohaterów trzydziestego tysiąclecia niczym w sztafecie przekazywane są w kolejne pisarskie ręce. Wydani w 2009 roku Fallen Angels wpisują się w tę tradycję. Lee przejął więc prowadzenie historii dwóch najważniejszych bohaterów Zstąpienia Aniołów, czyli kronikarza/bibliotekarza Zahariela oraz redemptora (nie wiem, choinka, jak to oficjalnie przetłumaczono) Nemiela. Dawni przyjaciele po wydarzeniach na Sarosh zostali rozdzieleni i nawet chyba nie za bardzo im siebie nawzajem brakuje (Nemiel przez całą książkę Zaharielowi poświęcił jeden akapit wypełniony wątpliwą nostalgią). Redemptor znalazł się w najbliższym otoczeniu Prymarchy Jonsona i wraz z nim reaguje na początek Herezji (bo podobnie jak w wielu poprzednich tomach HH i tutaj na początku dochodzi do cofnięcia fabularnego zegara w okolice rzezi na Istvaanie III); z kolei Zahariel u boku odtrąconego Luthera zajmuje się tłumieniem rebelii, która w tym samym czasie zadaje siłom imperialnym na Calibanie coraz większe straty.

Książka zaczyna się mocnym akcentem. Powrót odrzuconych przez Lwa Astartes na Caliban budzi naprawdę spore wrażenie i Lee bardzo sobie tym emocjonalnym wstępem u mnie zaplusował. Potem niestety jest gorzej. Autor prowadzi wątki Zahariela i Nemiela naprzemiennie, co przez jakiś czas budziło moje znużenie: na Diamat i na Calibanie trwa wymiana ołowianych argumentów, przez co obie kampanie zlewają się nieco w nieco niestrawną dla mnie papkę. Moje obawy związane z osobą autora rosły i rosły. Na szczęście, w książce nie przemawiają jedynie boltery. W połowie lektury wątek Calibanu zaczyna się rozbudowywać i zdecydowanie przytłaczać zmagania Nemiela z ludźmi Horusa. HH jest cyklem o upadkach... i nie zawsze robione jest to z głową (Galaxy in Flames!), ale w przypadku Upadłych Aniołów motyw zdrady rozegrany został inteligentnie i zajmująco. To sprawia, że Fallen Angels jest zdecydowanie porządną lekturą z kilkoma przejrzystymi, acz przyjemnymi zwrotami akcji (końcowy twist w wątku Nemiela jest filmowy że aż strach!).
Ocena szkolna: 4-


Cóż, to jednak jedynie przygrywka. Następnym razem zrecenzuję książkę, przy której wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły BL bledną i umierają. Boleśnie.

sobota, 15 marca 2014

Narzędzia gniewu, część IV

Blog zwolnił, gdyż praca mi przyspieszyła. Nie wiem czy to się może zmienić przed wakacjami. Tak czy inaczej, by zwrócić Waszą uwagę na to, że blog nadal żyje (wegetuje), czwarta część mojej grafomanii:




Drużyna A rozwinąć miała się w szeroką tyralierę, ale Rolaon Rynt nie zamierzał stosować się do tak absurdalnego rozkazu. Ma iść sam, gdy przed nimi znajdowali się jacyś religijni psychopaci, prawdopodobnie uzbrojeni? Niech Garnen sam robi z siebie bohatera, Rolaon miał rodzinę i resztki rozsądku w głowie. Podbiegł do Jareda Khala który właśnie klnąc cicho brnął przez rozległą, głęboką na chyba pół metra kałużę.
- Wreszcie przestało padać, zauważyłeś? - zagadnął, usilnie starając się ukryć napięcie w głosie. - Palladion chyba nas polubił. Fajne z nas chłopaki przecież.
- Nie powinno cię tu być - odpowiedział Jared nasuwając hełm głębiej na oczy. - Sierżant wpadnie w furię. I nie tylko on. Cholera Rol, nie wystarczy że musimy taplać się w tej brei?
Rynt parsknął lekceważąco.
- Zastanów się, Jared, bo najwyraźniej twoja wyobraźnia rozmiękła od tego deszczu. Kogo boisz się bardziej: naszego strasznego sierżanta Dagthorna czy tych pojebanych, psychopatycznych szaleńców z Vallandora którzy nagle postanowili bawić się w działalność religijną? Kogo boisz się bardziej?
- Inkwizytora.
Jared wyszedł wreszcie z kałuży i stanął obok Rolaona. Jego delikatna, chłopięca twarz wyrażała mieszaninę strachu i niepewności. W nieco zbyt dużym, przemoczonym, szarozielonym mundurze Sił Samoobrony Jared Rynt wyglądał żałośnie. Tyle, że w rękach trzymał karabin, a on wyglądał już bardzo poważnie. Rol nie za bardzo lubił broń, szczególnie odbezpieczoną. Do Sił wstąpił wyłącznie dla przywilejów munduru.
- Daj spokój Jared, nie wkurzaj się. Nieswojo mi tutaj. A ten cały Ulvendor jest daleko za nami.
Drużyna A zaczęła wychodzić z wypalonych resztek miejskiego parku i wkraczać na Drogę Katedralną. Sierżant Dagthorn pogroził im z daleka pięścią, lecz później stracił dla nich zainteresowanie zmagając się z łachą szczególnie grząskiego błota. Ośmiu pozostałych żołnierzy drużyny szło w otępieniu dalej, mijając strzaskane iglice biurowców miejscowego ramienia Ministorum. Droga była bardzo szeroka i osiniańska tyraliera z ledwością starczała na jej wypełnienie. Przed nimi zza szczytu wypiętrzenia widać już było dwie wyszczerbione wieże Katedry Gniewu.
- Ja w ogóle nie chciałem tu przylatywać - odpowiedział Jared mijając przerdzewiały wrak samochodu sprzed trzech wieków. - Wiesz, Khal to nazwisko stąd. Któryś z moich pieprzonych przodków otarł się o tego pieprzonego Palladiona i ja teraz czuję smród tego otarcia, Rol. A jeśli ten inkwizytor połączy mnie z tym pieprzonym bagnem?
- Idziemy wprost na uzbrojonych po zęby fanatyków, a ty zajmujesz się historią starożytną? Jeśli wszyscy Khalowie są takimi fascynatami antycznych ciekawostek, to Ulvendor faktycznie powinien się wami zainteresować. Posłuchaj starszego kolegi i akurat pradziadkiem się nie przejmuj.
Jared pochylił głowę i wymamrotał coś gniewnie. Głośnej reakcji jednak nie było, więc Rolaon to zignorował.
Przez chwilę szli w milczeniu. Droga Katedralna była szeroka i wybetonowana, zniszczone pojazdy i leżące wszędzie kawałki gruzów czyniły jednak marsz nią nużącym, tym bardziej, że zaczęli iść pod górę.
- Wszędzie święci - mruknął wreszcie Jared rozglądając się wokół.
Rolaon spojrzał na niego zdziwiony.
- Że co?
- Wszędzie tu leżą kawałki świętych. Kawałki ich strzaskanych posągów. I żaden z nich nie uratował planety przed herezją, żaden z nich nie zainterweniował. To cię nie przeraża? Interweniować potrafiła tylko inkwizycja.
- Ty pamiętasz jeszcze, że za plecami mamy wesołą inkwizycyjną gromadkę, prawda Jared? - odchrząknął Rolaon oglądając się za siebie.
- Gdyby inkwizytorzy zajmowali się oziębłością wobec Eklezjarchii, nie starczyłoby im kul na egzekucje. Kiedy ostatni raz byłeś w świątyni?
- Na świętego Efrema. Sam bym nie poszedł, ale Yori się uparła. Wiesz jak jest, baby w tym stanie stają się bardzo religijne. Ale nie w tym rzecz.
Jared uśmiechnął się delikatnie.
- Macie już imię dla syna?
- Kreon, po dziadku.
- Dobre, mocne. Dobre.
- Dzięki.
Jared przystanął.
- Wiesz, Rol, nie masz pojęcia jak bardzo zazdroszczę ci twojej rodziny.
Grzechot strzałów po dotychczasowej ciszy był tak zaskakujący, że w pierwszej chwili Rolaon nie zareagował. Dopiero strumienie krwi wypływające spod hełmu Jareda Khala sprawiły, że Rynt rzucił się za osłonę wypalonego samochodowego wraku. Jared bezwładnie zwalił się na ziemię metr dalej.
Powietrze wypełniło się pociskami, strachem i krzykiem.

Wiedzieli dopiero od kwadransa.
Augurianie nie mieli przygotowania wojskowego i przez ostatnie tygodnie popełnili wiele błędów. Mieli dużo, bardzo dużo broni która stworzyła im poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Początkowo próbowali nawet organizować patrole wokół Katedry Gniewu a w budynkach u podnóża wyniesienia wystawili warty... ale już po tygodniu nikt się tym nie przejmował. Augurianie zbyt podnieceni byli zbliżaniem się rytuału, by przejmować się mniej istotnymi według nich obowiązkami, tym bardziej że źródła Wielkiego Augura w tajnych służbach Vallandoru nic nie wiedziały o zbliżających się siłach Inkwizycji.
O tym, że na Palladionie są żołnierze Imperium augurianie dowiedzieli się przypadkiem. Harlon Vlyn, hipochondryczny urzędnik vallandorskiego Ministorum (dział kwerend departamentu logistycznego), po przybyciu do Katedry Gniewu uznał, że przebywanie na jednej z jej wież działa uśmierzająco na jego chroniczne bóle głowy. Tego dnia również tam był, zabijając czas dzielący go od rytuału. Czas zabijał rozmyślaniem co zrobi magosowi Urlonowi po powrocie. Spotkani tu współwierzący byli tak bogatą kopalnią inspiracji... Byle obyło się bez krwi, zabijane codziennie ofiary dostatecznie już mu ją obrzydziły. Przecinającego niebo "Centaura" dostrzegł w momencie, gdy zamierzał już schodzić.
Wielki Augur wiedział o tym trzy minuty później. Od razu zrozumiał, co może znaczyć niezidentyfikowany prom kosmiczny.
Mając do dyspozycji osiemdziesięciu siedmiu zdeterminowanych konspiratorów, ogromną siłą ognia i świadomość zbliżania się Obecności, Augur nie poczuł jednak strachu. Poczuł... podniecenie.
Ostatecznie, Obregon Granh o takiej chwili marzył od dawna. Tego jednego nauczył się od znienawidzonego ojca, gubernatora Vallandoru: władza nad zabijaniem to jedyna władza, która się liczy.

środa, 5 lutego 2014

Narzędzia gniewu, część III

Palladion przywitał ich skąpym deszczem.

Czterysta lat temu powierzchnia planety zbombardowana została torpedami termicznymi i dopiero od niedawna jej atmosfera zaczęła dochodzić do względnej równowagi. Deszcz padał tu obecnie właściwie niemal ciągle, zmieniając jedynie swą intensywność. Woda spływała na potępioną planetę, powoli wypełniając wyschłe niecki dawnych jezior i mórz. Jedynie zielone plamy porostów sugerowały, że istniało tu kiedyś rozwinięte życie. Rany zadane przez holokaust sprzed czterech stuleci dopiero zaczynały się zabliźniać.

Już dwa dni wcześniej serwoczaszki określiły miejsce niewidzianej tu od tak dawna ludzkiej aktywności, miejsce które zresztą w ogóle Uldora nie zaskoczyło: kompleks Katedry Gniewu. W ostatnich dziesięcioleciach przed nadejściem Inkwizycji i jej ognistej pomsty, Katedra była najważniejszym ośrodkiem tutejszego heretyckiego kultu. W cieniu jej strzelistych iglic narodził się i dojrzał bluźnierczy ruch którego akolici obalili i zamordowali miejscowego gubernatora, przejęli władzę nad planetą i ośmielili się rzucić wyzwanie Imperium. Pod archiwoltami jej portali Czerwoni Apostołowie wyrywali serca ofiarom, by następnie w obscenicznie sprofanowanej procesji zanieść je na ołtarz Świętego Niszczyciela. Taka przeszłość musiała tu zwabić heretyków z Vallandoru.

"Centaur" wyrzucił siły Inkwizytora u podnóża płaskiego, kamienistego płaskowyżu na którym znajdowały się zabudowania katedralne. Od celu dzieliły ich tu dwa kilometry usiane zerodowanymi ruinami miasta Tars, starej stolicy tej nieszczęsnej planety. Stali w cieniu powykręcanych resztek dużej, metalowej konstrukcji będącej niegdyś halą widowiskową lub sportową. Tars był oazą zwodniczej konsumpcji, upostaciowionym snem o spełniania pragnień. Wszędzie tu otaczały ich zgruchotane owoce tej przerażającej wizji: wypalone stadiony, skorodowane znaki reklamowe, puste skorupy sal tanecznych i hal targowych. Uldor poczuł cień mściwej satysfakcji na myśl o tym, jaki koniec spotkał tych niewolników własnej słabości.

- ...Drużyna C przeczesze tereny parkowe, idąc w drugim kwadrancie drużyny A. Odległość między wami nie może przekroczyć stu metrów. Co trzysta metrów cała awangarda zalega na pozycjach obronnych do momentu nawiązania kontaktu wzrokowego z drużyną dowodzenia...

Rom Garnen wydawał te polecenia trzem dowódcom pozostałych drużyn. Jego głęboki, basowy tembr głosu w naturalny sposób wymuszał posłuszeństwo. Ravas Soldan, nominalny dowódca plutonu kucał na uboczu czyszcząc machinalnie swój pistolet, osłaniany przed deszczem przez adiutanta z parasolem. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

- Zauważyłeś? - spytała Vexile podchodząc do inkwizytora. Deszcz przykleił jej rzadkie włosy do czoła, co w jakiś sposób dodawało jej twarzy przerażającego wyglądu. - Zjem twój paskudny kapelusz, jeśli ten ogryn nie był kiedyś gwardzistą. Za łatwo wchodzi w procedury bojowe jak na łajzę z Sił Samoobrony.

- Zauważyłem. Podobnie jak to, że jest za młody jak na weterana.

Hyde zagryzła wargę kręcąc delikatnie głową.

- Mamy więc nowego klienta?

- Czas pokaże - odpowiedział Uldor. - Czas pokaże. I okaż wreszcie szacunek mojemu nakryciu głowy.

- Okazałabym, gdybyś dał mi choć najmniejszą szansę. Myjąc go na przykład.

Narada sierżantów skończyła się i Garnen odwrócił się w stronę Soldana. Kapitan skrzywił się nieznacznie, podniósł się i schował pistolet do kabury.

- Możecie ruszać, akceptuję te ustalenia - powiedział znudzonym tonem. - Zróbmy co trzeba i wynieśmy się stąd.

- Tym fircykiem też chętnie bym się zajęła, szefie - szepnęła Vexile wywołując uśmiech inkwizytora. Drapieżny uśmiech.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Tales of Heresy

Czas na pierwszą czarnobiblioteczną recenzję.

W moim powolnym marszu przez opowieści o micie założycielskim settingu Warhammer 40000 dotarłem niedawno do pierwszej kompilacji opowiadań: Tales of Heresy, antologii redagowanej przez Nicka Kyme i Lindsey Priestley. Książka wydana została w kwietniu 2009 roku, mam więc w reprezentowanej przez nią serii Horus Heresy spore tyły, które nadrabiam ostatnio dzięki negocjowalnej uprzejmości internetowych księgarni.

Tales of Heresy wydana została w szczególnym dla serii czasie. Herezja Horusa od początku była silnym brandem w warhammerowej niszy i sprzedawała się bardzo dobrze, chyba najlepiej z tytułów Black Library. Od debiutu Horus Rising książki regularnie trafiały na listy bestsellerów Locusa, a to jest już poważny wyznacznik popularności „w środowisku”. Omawiany przeze mnie tytuł też tam trafił, przez dwa miesiące utrzymywał się w top 5 książek z sekcji gaming – related, w lipcu 2009 roku osiągając tam pierwsze miejsce. Z drugiej jednak strony, seria nadal nie potrafiła przebić szklanego sufitu wiszącego nad gettem „książek gamingowych”. Ten przełom już się zbliżał, ale ciągle był jeszcze pieśnią przyszłości. Black Library chyba początkowo nie doceniła potencjału HH. Pomimo głośnych zapowiedzi, że seria stanie się swego rodzaju Ligą Mistrzów dla pisarzy tego wydawnictwa, po pierwszych mocnych strzałach Abnetta i McNeilla pojawili się wśród twórców Herezji pisarze średni i słabi. Tales of Heresy jest niezłą ilustracją tego mezaliansu dobrego i słabego pisarskiego rzemiosła.

Zanim mogłem ocenić jakość słów, wydałem wyrok na obraz. Autorem okładki jest Neil Roberts, artysta który zdominował całą serię (tylko False Gods z poprzednich tomów nie zaczynali się grafiką przez niego sygnowaną), nie bez powodu zresztą. Roberts jest artystą co najmniej poprawnym, właściwie nawet bardzo dobrym... ale nie stwierdziłbym tego na podstawie ToH. Na okładce Tales of Heresy właściwie prawie wszystko jest dobre. Niezłe są masy Pożeraczy Światów masakrujące Salamandry (chyba), formę trzyma umierające w tle miasto, fenomenalna jest przedzierająca się do naszego wymiaru Osnowa z tym nieludzkim okiem widocznym w ledwie zarysowanym zarysie pośrodku mrocznego wiru... Wszystko niemal psuje jednak postać pierwszego planu, czyli Angron. Artysta chciał uchwycić gorejącą w prymarsze wściekłość, wyszła mu jednak karykatura. Ta maleńka główka, te pięści zaciśnięte w komicznym geście (pięści dwa razy większe od głowy btw), ta blaszka pod zębami sprawiająca wrażenie nienaturalnie wysuniętego podbródka, ta prawa noga, która nasuwa niepokojące sugestie co do anatomicznych proporcji dolnych partii ciała tego arcycholeryka... Doceniam jedynie fakt, że Angron wybrał sobie za cokół Aquilę. I jeszcze jedno: Pożeracze są oblani klasyczną dla nich czerwoną farbą, tyle że w opowiadaniu After Desh`ea którego są głównymi bohaterami pokrywać ich powinien przedherezyjny schemat kolorystyczny...

A to jest Angron z mojej bajki

A treść? Antologia zaczyna się mocnym nazwiskiem: Dan Abnett prezentuje nam Blood Games, dzięki której w trzydziestym tysiącleciu debiutują zakuci w złoto Adeptus Custodes. Akcja umieszczona została na Ziemi, jakiś czas po tym, jak do serca rodzącego się imperium dotarły budzące grozę wieści o wydarzeniach z systemu Isstvan. Główny protagonista, Amon Tauromachian  penetruje pałac Imperatora, dzięki czemu możemy być trochę poepatowani jego monumentalnością (kopuła Hegemon pod którą tworzą się chmury rywalizuje tu z opowieścią o jednym z himalajskich szczytów, który został zrównany z ziemią by zdobyć materiał skalny na budowę). Przy okazji, Abnett udatnie rysuje nam atmosferę narastającego zagrożenia, gdyż wszechobecne Imperialne Pięści powoli zmieniają właśnie ten oszałamiający pomnik imperialnej pychy w twierdzę. Opowiadanie napisane jest sprawnie, dwa zwroty akcji wprowadzone udatnie (choć jakiegoś szczególnego szoku w czytelniku nie powodują, szczególnie pierwszy), ale... ono dla mnie cierpi nie niespójność fabuły. Blood Games to tak naprawdę dwie minifabuły sklejone w jedną całość. Sklejone w moim odczuciu dosyć sztucznie. Opowiadanie jest warte przeczytania choćby dlatego, że daje zgrabny ogląd na Terrę po Wojnach Unifikacyjnych, Terrę na której bynajmniej nie wszystko zostało tak do końca zunifikowane. W ocenach szkolnych: 3+.

Wolf at the Door, drugie opowiadanie zbioru, jest niestety gorsze. Dużo gorsze. Mike Lee, jego autor, wyrobił sobie markę pisząc o Malusie Darkblade, niestety jego pierwszy poważny tekst w realiach przyszłościowego Warhammera nie jest dobry (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czy jego mrocznoelfickie pisanie jest lepsze, gdyż do niego nie dotarłem – wiem jednak, że cieszą się pewną estymą wśród fanów WFB). Bohaterami są Kosmiczne Wilki których 13 Wielka Kompania (tak, tak, TA Wielka Kompania) przed planowanym atakiem na Prospero zrobiła sobie wycieczkę na planetę Antimon, regularnie pustoszoną przez Mrocznych Eldarów. Doceniam fakt, że Bulveye, główny bohater noweli wyłamuje się trochę z wilczego schematu, ale... Akcja jest nudna, przewidywalna i często przyłapywałem się na tym, że właściwie zmuszałem się do przeczytania kolejnej strony. Trochę ratuje sytuację końcowy zwrot akcji, ale nawet on nie jest szczególnie oszałamiający. 2+.

Scions of the Storm to z kolei herezyjny debiut Anthonego Reynoldsa. Reynolds był już znany z pierwszych dwóch tomów trylogii poświęconej Głosicielom Słowa, nic dziwnego więc, że pierwszy raz na świat ich oczami w herezyjnych realiach spojrzeliśmy poprzez opowiadanie tego właśnie autora. Debiut udany, choć nie porywający. Głosiciele Słowa kończą w tej noweli podbój planety 47-16, krwawy podbój ze względu na praktykowaną lokalnie idolatrię oraz tolerowanie sztucznej inteligencji. Przed Sorem Talgronem, kapitanem 34 kompanii stoi w tej fabule sporo zaskoczeń, łącznie z ujawnieniem, kto jest prawdziwym autorem Lectitio Divinitatus, książki znanej nam doskonale z poprzednich tomów Herezji. 4.

The Voice Jamesa Swallowa jest chyba jeszcze lepsze. Jestem tym mile zaskoczony, gdyż Flight of the Eisenstein tego samego autora mnie rozczarował. Siostry Milczenia i Czarny Statek rodem z filmów typu „Ukryty wymiar” – uwielbiam takie odskoki od głównej linii fabularnej. Pojawienie się starej znajomej z Eisensteina, Amendery Kendel, to też miła niespodzianka. Ponure zakończenie, bardziej już w tonacji czterdziestego, nie trzydziestego tysiąclecia i kilka informacji o działaniu genu pariasa też ważne są nadmienienia. 4+.

Call of the Lion to trochę powtórka z nowelki o Wilkach. Znowu przyłączamy planetę, znowu są kłopoty, tym razem bohaterami są Mroczne Anioły. Fabułę ma dynamizować narastający konflikt między dwoma oficerami legionu, Astelanem i Belathem... ale ten konflikt w ogóle mnie nie porywa. Mam bardzo silne wrażenie, że Gav Thorpe, czyli autor opowiadania mruga okiem do ludzi, którzy o Astelanie i Belathu wiedzą coś z ogólniejszego fluffu... ale ja tej wiedzy nie mam i tekst kompletnie do mnie nie przemówił. 3-.

W Horus Heresy jak dotąd liczą się dla mnie przede wszystkim dwa nazwiska: Abnett i Graham McNeill (ale już wiem dzięki Helsreach i Soul Hunterowi, że Dembski-Bowden z pewnością do nich dołączy po lekturze First Heretica). McNeill tym razem był lepszy: jego The Last Church to w ogóle moim zdaniem najlepsze opowiadanie zbioru. Całe opowiadanie to właściwie dialog, nie ujrzymy tu batalistyki ani łopoczących na wietrze sztandarów Astartes. Tym bardziej, że w chronologicznej niszy, w której umieszczono „Ostatni kościół”... nie ma jeszcze Astartes! Akcja rozgrywa się na Ziemi, krótko po Wojnach Unifikacyjnych, w ostatnim kościele który jeszcze się ostał przed antyreligijnymi czystkami urządzonymi przez Imperatora. Dialog tworzący oś fabuły prowadzą kapłan Uriah (właściwie powinienem napisać „ksiądz”, bo choć ta nazwa tu nie pada, to jest wysoce prawdopodobne, że uriaszowa religia jest wyewoluowanym chrześcijaństwem) i tajemniczy przybysz każący nazywać się imieniem Objawienie (taki tajemniczy to on nie jest, jego tożsamość nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia). Wybór tego imienia jest zabawny i chyba znaczący, gdyż przybysz jest zajadłym przeciwnikiem religii. Najlepszą cechą opowiadania jest to, że jest niejednoznaczne i budzi sprzeczne interpretacje: od antyreligijnej po apologię wiary. Ja jestem nieco bliżej tej drugiej tezy, głównie ze względu na ostatnie akapity, ale doprawdy ta mistrzowska nowela daje nam tu sporą swobodę na refleksje. W każdym bądź razie McNeill chyba po raz pierwszy w Horus Heresy ośmielił się na nieskazitelnym posągu Imperatora wyryć pierwsze wyraźne rysy. 5!

Antologia nie traci formy już do końca, ostatnie opowiadanie bowiem jest właściwie tej samej klasy. After Desh`ea to podobnie jak poprzednik opowiadanie oparte na dialogu, aczkolwiek tu słowa przeplecione są surową przemocą. Pożeracze Światów którzy nie są jeszcze Pożeraczami Światów po raz pierwszy spotykają się ze swoim prymarchą i nie jest to spotkanie miłe. Matthew Farrer dał nam na zakończenie książki opowiadanie wypełnione krwią, bólem, szaleństwem i zgorzknieniem. Bardzo polecam! 5-.

Poza dwoma wpadkami, Tales of Heresy uważam za pozycję udaną. Nie pcha ona fabuły do przodu, ale w kilku miejscach zdecydowanie pogłębia ona nasz ogląd trzydziestego tysiąclecia. W dodatku, poza jednym wyjątkiem wszystkie te nowele raczej bronią się jako pozycje samodzielne, które można czytać bez zwracania uwagi na herezyjną chronologię. Na półkę z kolejnymi tomami Horus Heresy patrzę z optymizmem. Ogólna ocena: 4.