wtorek, 14 lipca 2015

Warsztat odżył

   ...podobnie jak Minas Kolmar. Przynajmniej na jakiś czas.

   Wysadzenie w powietrze Starego Świata obudziło we mnie chęć dokończenia "Epitafium dla Bretonnii", gdyż wreszcie temat stał się aktualny; nie tylko dla rycerzy Pani zresztą. Czas mi sprzyjał, gdyż nieubłagany czas przyniósł mi wakacje, zanim jednak usiadłem do podręcznika trzeciej edycji WFB (RIP), powróciłem do mojego Parszywego Warsztatu. I na razie tak wsiąkłem, że Bretka będzie musiała poczekać.

   Jak już kiedyś wspomniałem, malarzem jestem kiepskim. Nigdy mi jednak to nie przeszkadzało w epatowaniu bliźnich efektami tego mojego braku talentu. Jeślibym chciał to epatowanie ubrać jednak w jakiś sens, to może taki: partacze, nie zrażajcie się. Znośne efekty można w tym hobby uzyskać nawet bez malarskiego mistrzostwa.

   Wbrew temu, co kiedyś radził Fireant, nie potrafię malować tylko 2-3 figur jednocześnie. Nudzi mnie to. Malowanie regimentów to najgorsza strona wargamingu jaką znam. Rozumiem, dlaczego jest to nieprofesjonalne (trudno uzyskać wtedy spójność estetyczną oddziałów no i malowanie pojedynczego modelu przedłuża się w nieskończoność), ale po prostu ciężko mi się skupić na jednym celu przez dłuższy czas (bo speedpainting nie jest dla mnie). W związku z tym, moja obecna gromadka wygląda tak:


   Dosłownie wczoraj dwie figurki zostały ukończone. Obie z nich prezentowałem w poprzednim odcinku PW: to imperialny mag i chaośnicki Space Marine.


   Model pochodzi oczywiście z zestawu Dark Vengeance, który kupiłem na spółkę z moim kolegą preferującym lojalistycznych gwiezdnych marynarzy. Jakość modeli z nowych (powiedzmy od Island of Blood) zestawów startowych GW jest oszałamiająca. Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia. CSM z mrocznej zemsty byli zwiastunem odświeżenia stylistyki tej armii: słabo już przypominają swoich imperialnych byłych kolegów, korupcja i mutacje przeobraziły ich w monstra. Wyróżniają się już nie tylko rogami i kolcami, wyróżniają się licznymi deformacjami, piętnami Chaosu na ich sponiewieranych duszach. Jedynie Hellbrute jest tu słabszym punktem. Jakość DV sprawia, że aż kusi mnie by kupić podstawkę Age of Sigmar, choć stylistyka nowych sigmarytów absolutnie mi nie pasuje...

   Jak już kiedyś zaznaczyłem, postanowiłem nie iść z malowaniem w stronę Crimson Slaughter. Czerwonych CSM i SM jest od groma, poza tym fluff tego warbandu jakoś mnie nie porwał. Przez chwilę zastanawiałem się nad jakimś legionem rodem z Horus Heresy, ale ostatecznie poszedłem w stronę Synów Złośliwości (tfu, po polsku brzmi to beznadziejnie, może lepiej: Synów Złej Woli), motywację już na Minas Kolmar przedstawiałem. W pewnym momencie jednak stanąłem wobec dylematu: fluff fluffem, ale czarno - biały schemat kolorystyczny jakoś do mnie nie przemawiał... Tym bardziej, że jak każdy hobbystyczny partacz, mam problemy z cieniowaniem jasnych przestrzeni. Na szczęście takim jak ja z pomocą przychodzą washe... Postanowiłem zrobić pustynną wersję Synów, traktując ich kolorkiem Gryphonne Sepia (wash Citadel jeszcze sprzed powstania tych wszystkich shadów) i podkolorowując Bleached Bone. Okucia pokryłem kolorem Tin Bitz (to już citadelowy antyk, ale trochę mi jeszcze tych antyków zostało :) ) podbity na brzegach bodajże Auric Goldem. Wyszło imho naprawdę dobrze, więc umieszczony wyżej marynarz będzie wzorcowy dla mojej powstającej powoli bandy (poza podstawką, która jest jeszcze do poprawy) :)


   Drugi dżentelmen to mag ognia z Imperium (RIP). Przez kilka ostatnich lat kupiłem sobie trochę imperialnych modeli, choć nie dane mi było jeszcze nimi zagrać :) Mag jest naprawdę uroczym modelem, szczególnie w powyższej wersji. Przy jego sklejaniu pierwszy raz w mojej partackiej karierze użyłem na dużą skalę green stuffu łącząc trzy części, z których składał się płaszcz czarodzieja. Mam nadzieję, że widać iż nie widać łączeń :)

   I już na koniec: tworzy mi się też załoga do Malifaux. Poziom szczegółowości modeli Wyrd jest po prostu niesamowity. Szalony. Niebywały. Poniższa ręka Samaela Hopkinsa niech przekona niedowiarków. Zwróćcie uwagę na pistolet: rozmazanie grafiki ulotki na której leży najlepiej chyba pokazuje, jak małe jest to cudo...


środa, 17 września 2014

Narzędzia gniewu, część V

Sail Venas stanęła, podnosząc dłoń do głowy. Uldor zatrzymał się również, zaniepokojony grymasem bólu, który przez moment pojawił się na jej twarzy.

- Coś złego zaczęło się dziać w katedrze, szefie - powiedziała po chwili z wysiłkiem. - Struktura rzeczywistości się rwie. W szybkim tempie. 

Inkwizytor zmarszczył brwi i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Heretycy już wiedzieli. Uldor odsunął od siebie myśli o ponurych implikacjach tego stwierdzenia, uklęknął, zamknął oczy i zaczął łączyć się z najbliższą serwoczaszką. Drgnął w momencie fuzji, nie potrafił wyplenić w sobie tego niepotrzebnego odruchu. Wrażenie zapachu rozkładającego się ciała było całkowicie fantomowe, czaszka Seregala Pokornego już prawie sto lat temu została dokładnie oczyszczona w betonowych bazylikach Mechanicum. A potem Ulvendor zniknął, wypełniając sobą lewitujące, kościane naczynie.

Czaszka orbitowała nad Drogą Katedralną, tuż przed miejscem gdzie kończyła się przechodząc we Wrota Słusznej Furii. Trzy minuty wcześniej Uldor lustrował już to miejsce i nie stwierdził żadnej aktywności wroga, teraz było podobnie. Resztki kolumn bramy odcinały się swoimi szarościami od ciemnego karmazynu kamiennych płyt pokrywających przedpole katedry, nie było tam żadnego heretyka. Inkwizytor stłumił rodzące się uczucie irytacji. Nie mógł niestety wydawać czaszce rozkazów na odległość, zerwał więc połączenie i odszukał następną. Wszedł w fuzję i na moment zamarł w niemej fascynacji.

Serwoczaszka Teslyna Od Włóczni otrzymała od niego wcześniej polecenie kołowania nad katedrą, obecnie znajdowała się powyżej dziedzińca portalowego. Teren przed fasadą świątyni był obecnie gigantycznym ossuarium, dziesiątki tysięcy ludzkich kości leżało tu w bezładzie niczym elementy jakiegoś skomplikowanego wzoru. Trzysta lat temu przerażeni mieszkańcy Tarsu zgromadzili się tu by błagać swych nowych panów o ratunek przed zbliżającym się gniewem Imperium. Jaźń Uldora zatrzepotała na chwilę w uniesieniu wywołanym mściwą satysfakcją. Przed gniewem Imperium nie ma ucieczki. Tysiące heretyków skonało tu w straszliwej agonii i choć nikt nie mógł usłyszeć ich krzyku, to wieści o zagładzie Palladiona dotarły do każdej planety sektora. A niemi jej świadkowie ciągle tu spoczywali.

Posępny chaos rozrzuconych ludzkich pozostałości w kilku miejscach został uprzątnięty, gdyż augurianie wytyczyli w nim prowadzące do katedry ścieżki. Kilkunastu heretyków biegło właśnie nimi z wyciągniętą bronią kierując się ku Wrotom. Stojąca na schodach świątyni kobieta wykrzykiwała coś do nich, serwoczaszka nie przekazywała jednak sygnałów dźwiękowych więc treści okrzyków inkwizytor mógł się jedynie domyślać. Zza jej pleców, ze środka Katedry Gniewu dobywała się pulsująca, krwistoczerwona łuna.

Uldor zerwał połączenie i uszy wypełnił mu jazgot karabinowych salw oraz krzyki otaczających go ludzi. Pochylił się instynktownie, dławiąc jednocześnie odruch wymiotny wywołany końcem fuzji. Już nas dopadli? Jak długo mnie nie było? Otworzył oczy.

Źródło kanonady było gdzie indziej. Żołnierze drużyny B zalegli co prawda za kawałkami gruzu i metalu, ale ogryn, Vexile i Sail nadal stali, najwyraźniej nie przejmując się ewentualnymi nadlatującymi pociskami. Psioniczka słuchała czegoś, co rosły porucznik wykrzykiwał jej do ucha, Hyde zaś patrzyła uważnie na inkwizytora, czekając najwyraźniej na jego wyjście z transu.

- Myślałem, że zdążę - mruknął z irytacją Uldor. - Jaka jest sytuacja?

- Drużyna A obłożona ciężkim ogniem, zaczęło się minutę temu, tuż po twoim odlocie. Nie możemy nawiązać z nimi łączności. Drużyna C chyba spanikowała i zajęła pozycje obronne. Bałagan.

- W dodatku znowu zaczęło padać - dodał inkwizytor wstając z kolan. - Czy to już wszystkie atrakcje?

- Kapitan Soldan zaczął bredzić coś o natychmiastowym odwrocie - odpowiedziała Vexile. - Ale Garnen mu to chyba już wybił z głowy. A ty, widziałeś coś ciekawego?

- Aż za bardzo, Vex. Poruczniku!

Ogryn oderwał się od rozmowy z Sail i podbiegł do inkwizytora, przytrzymując dłonią ciągle zsuwający mu się z głowy hełm.

- Awangarda zaległa pod ogniem wroga. Inkwizytorze, mogę poprowadzić kontratak.  Przeciwnik działa chaotycznie, jeżeli...

Uldor wzniósł dłoń, Garnen zamilkł.

- Poruczniku, zbierzesz drużyny B i D. Obejdziemy teren starcia łukiem od zachodu, heretycy nie mają żadnego pierścienia posterunków więc do katedry mamy szansę dotrzeć bez zbędnego kontaktu. Ruszamy za pół minuty.

Porucznik chciał coś powiedzieć... i zacisnął zęby. Odwrócił się i zaczął pokrzykiwać na swych żołnierzy. Ci, choć niechętnie, zaczęli wstawać, z niepokojem oglądając się w stronę, z której dochodziła kanonada. Samego miejsca starcia nie było stąd widać, garb szczytu wzgórza katedralnego skutecznie je zakrywał. Nadbiegający z tyłu żołnierze drużyny B pozdrawiali oczekujących niepewnymi okrzykami zagłuszanymi przez nieustającą karabinową palbę.

- W katedrze rozpoczął się jakiś rytuał, Vex - powiedział Uldor widząc jej pytający wzrok. - Los awangardy Roma Garnena przestał być ważny.

Gwardzistka kiwnęła głową i splunęła. Vexile Hyde nigdy nie kwestionowała decyzji inkwizytora. Nigdy przy postronnych. Uldor odwrócił się, by odnaleźć wzrokiem kapitana Soldana.

I spojrzał prosto w lufę wycelowanego w siebie pistoletu.

- Sprowadź tu swój prom - wycedził trzymający pistolet Ravas Soldan. W oczach kapitana grało szaleństwo. - Dość już. Dość! To ma być akcja policyjna!? Kurwa! Wzywaj ten prom!

Ruch wokół nagle zamarł. Żołnierze Sił Samoobrony jakby zapomnieli o wymianie ognia w której uwikłani byli ich koledzy kilkaset metrów dalej. Uldor uśmiechnął się krzywo.

- Rzuć to, Soldan - powiedziała zimno Vexile kładąc swą ciężką, pozornie niezgrabną dłoń na kaburze pistoletu.

- Posłuchaj jej, kapitanie - dodał Garnen. Stalowoszare oczy podoficera nie wyrażały żadnej emocji. - Takie jak ona nie rzucają słów na wiatr.

Soldan z każdą mijającą chwilą wyglądał coraz żałośniej. Jego długie, czarme włosy spływały mu pozlepianymi przez deszcz wężami prosto na przerażone oczy. Z zagryzanych ust zaczęła płynąć mu krew. Pistoletu jednak nie opuścił.

- Popełniłeś błąd, Ravasie Soldan - powiedział inkwizytor po chwili ciszy.

- Nie sądzę - odparł kapitan, plując czerwonymi kropelkami.

- Ależ tak. Gdy zaczynasz celować w inkwizytora, używaj spustu.

Uldor mrugnął do Sail. I skoczył.

Twarz Soldana wykrzywił grymas straszliwego bólu, oczy nabiegły krwią. Kapitan wystrzelił przed siebie, całkowicie oślepiony nagłym, niezrozumiałym cierpieniem. Chybił, kula przeszła nad rzucającym się w jego kierunku inkwizytorem. Uldor uderzył głową w jego brzuch, Soldan zgiął się w pół z głuchym jękiem i upadł tuż obok przetaczającego się na plecach Uldora. Chwilę później inkwizytor już wstawał, a nad kaszlącym, skulonym ciałem kapitana stała Vexile.

- Co mu zrobić - spytała cicho, bardzo cicho. W prawej dłoni trzymała pistolet, w lewej karbowany nóż.

Uldor nie odpowiedział. Miał zawroty głowy, w ustach czuł krew. Skłonił się lekko stojącej nieopodal Sail, psioniczka odpowiedziała paskudnym uśmiechem. Splunął czerwonozieloną flegmą.

- Pozwólcie, że Siły Samoobrony same zajmą się zdrajcą - wtrącił nagle Garnen podchodząc do leżącego. - W trybie natychmiastowym.

- Nie - odrzekł wreszcie inkwizytor. - Imperium znajdzie dla niego lepszy użytek.

niedziela, 14 września 2014

Genesis

Mała edyta: w międzyczasie zauważyłem tę akcję, więc się pod nią bezczelnie podczepiam tym wpisem :)

W związku ze wzmiankowanym wcześniej przemieszczeniem mojego lokum, światło dzienne po raz pierwszy od lat ujrzały rzeczy, o których niemal już zapomniałem. Niesłusznie.

Już kiedyś pisałem, jak kiedyś Nowa Fantastyka na spółkę z Gotrekiem Gurnissonem zaszczepiła we mnie zainteresowanie fantasy i grami z tym segmentem rynku związanymi. Przez dłuższy czas skutkowało to rzucaniem kostkami w Kryształach Czasu, WFRP i innych systemach RPG i namiętnym czytaniem świętych tekstów zawartych w "Magii i Mieczu"... O grach bitewnych słyszałem raz na rok, gdy MiM zdecydował się im poświęcić trochę wierszówki.

W okolicach 1995 roku (?) MiM zaczął poszerzać swoje kieszonkowe imperium o segmenty spoza fabularnej niszy.  Nawiązano wtedy kontakty ze Szwedami z Target Games, którzy już od dekady rozwijali swoje apokaliptyczne uniwersum spod znaku Mutant Chronicles. Rozpoznanie bojem przeprowadzono na gruncie bezpiecznym i gwarantującym szybki zwrot kosztów: zainwestowano w ccg o nazwie Doom Trooper. Dla rozpoczynającego właśnie studia autora tego tekstu grafiki Paula Bonnera były niczym brama do nieznanego, oszałamiającego ogrodu. S-F ożenione z mieczami, demonami i zombie?!? To tak można?

OMG. Zakochałem się. Gdy jakiś czas potem pojawiło się Warzone, gra bitewna osadzona w tym samym uniwersum, zacząłem wydawać swe pieniądze niczym narkoman na dużym głodzie.

Nie chcę tu dzielić się refleksjami na temat uniwersum czy mechaniki, przynajmniej na razie. Chcę oddać hołd figurkom, które wkręciły mnie w to hobbystyczne bagno. Były grubo ciosane, niezgrabne i czasem karykaturalne... ale i tak kochałem je całym swym czarnym sercem. Oto drobny wybór z mojej sentymentalnej podróży po szeregach Bractwa, świętego przedmurza ludzkości w ogarniętym ciemnością Układzie Słonecznym (malował kumpel, ja wtedy jeszcze bałem się farb):


Rdzeń sił Bractwa, żołnierz piechoty. Zwracam uwagę na przemyślnie wciśniętą kartkę między nogami


Nazwy tego modelu nawet nie pamiętam. Pamiętam, że w walce nigdy mi się nie sprawdzał, ale ponieważ zawsze miałem słabość do zakapturzonych typów, to zawsze go wystawiałem.

No, ten model zestarzał się szczególnie brzydko. Błogosławiona Westalka Laura. Ale przynajmniej jest dynamiczna.

Warzone w "Magii i Mieczu" promowany był razem z opowiadaniem o Mortyfikatorze... Idea takiego asasyna była jednym z decydujących elementów, które pchnęły mnie w kierunku Bractwa. I tej figurki, z obowiązkowo zalanym karmazynem mieczem.


Na koniec perła w koronie: Kardynał Dominik. W latach dziewięćdziesiątych wydawał mi się ósmym cudem świata (a i wroga potrafił dotkliwie skaleczyć). Dziś jest trochę bryłowaty, a płaszcz wygląda bardziej jak zbroja... ale styl zachował! Nadal ozdoba kolekcji.



piątek, 5 września 2014

Synowie Malala

W ostatniej notce zaprezentowałem wczesną wersję mojego chaosowego Wybrańca. Widoczna na nim czarno-biała szachownica to oczywiście barwy Sons of Malice, zakonu SM który dokonał specyficznej chaośnickiej konwersji w czterdziestym pierwszym tysiącleciu: miast oddać się pod opiekę jednej z czterech Niszczących Potęg, zadeklarowali wierność Złośliwości (Malice), bogu walczącemu z innymi siłami Chaosu równie często, jak z mieszkańcami materium.

A ten cały Malice, to Malal oczywiście.

Son of Malice w pełni swej wynaturzonej glorii

Przypadek Malala i jego koneksje z Sons of Malice są dobrze i wyczerpująco opisane w sieci, więc nie będę tu ich przeklejał. Chciałbym jednak na marginesie swojej figurkowej wycieczki w rejony Oka Terroru podzielić się w związku z tym z ogólniejszą refleksją dotyczącą krętych ścieżek, którymi kroczyło Games Workshop w swojej długiej historii.

Malal zniknął z tekstów GW w okolicach 1988 roku, w tych arcyważnych dla firmy latach, gdy ostatecznie już definiowała swoje flagowe produkty (o czym już nawiasem mówiąc pisałem). Bóg Anarchii i Terroru padł wtedy ofiarą niejasności co do tego, do kogo właściwie należy trade mark tej nazwy (przypomnę, że Malal wymyślony został przez podwykonawców GW, twórców komiksu o Kalebie Daarku). GW końca lat osiemdziesiątych ostatecznie przestawało być już radosnym, hobbystycznym projektem i przepoczwarzało się w Poważną Firmę (już wkrótce Potęga Chaosu o imieniu Tom Kirby wprowadzi GW na giełdę), a jako taka nie mogła pozwolić sobie na pompowanie znaczenia terminu, z którego o zgrozo mógłby za darmo korzystać ktoś inny. Malal zszedł więc do warhammerowego podziemia, dzieląc los squatów czy fimirów.

Umierał jednak z okrzykiem: Non omnis moriar!

Im dłużej istniało GW, tym młodszy stawał się jej rynkowy target, zdecydowanie najłatwiejszy do bezrefleksyjnego wyciągania od niego pieniędzy. To nie jest żaden zarzut, bo byłby to głupi zarzut w kierunku firmy, której głównym obowiązkiem jest dawanie dobrych wyników finansowych akcjonariuszom. Diaboliczny geniusz szeryfów z Nottingham polegał tak naprawdę jednak na tym, że przy tych wszystkich infantylizujących zabawę krokach, potrafili przy sobie zatrzymać sporą część starszych nerdów, tych wszystkich Synów Malala pamiętających Stare, Dobre Czasy, którzy pomimo ciągłego zrzędzenia w mniejszym lub większym stopniu wytrwali w hobby (stanowiąc, świadomie lub nie, najlepszych ambasadorów firmy w lokalnych środowiskach). Wiele jest przyczyn tego sukcesu, casus Malala jest dla mnie zgrabną rekapitulacją jednej z nich, kto wie, czy w moim przypadku nie najważniejszej. Otóż pomimo przeprowadzenia rytuałów Wielkiej Symplifikacji i Wzniosłej Infantylizacji, GW co jakiś czas puszcza fluffowe oko do weteranów, pozwala im poczuć przyjemny dreszcz nostalgii i utajoną dumę z tego, że rozumiemy kontekst współczesnego pomysłu osadzonego tak naprawdę w warhammerowej prahistorii. Co z tego, że squatów już nie ma, skoro kusimy Demiurgami? A może przestaniemy już kusić i zamieścimy szokującą notkę restytuującą squatów w podręczniku VI edycji? Malala już nie ma, ale szefem kompletnie marginalnej chaośnickiej bandy zrobimy chodzący anagram Kaleba Daarka z czarno-białą czaszką w charakterze loga. Z jedenastką czempionów, przypadkowo pokrywających się ze świętą liczbą Boga Odszczepieńca.
Tarcza Daarka pokazuje, że GW nie zawsze jest mistrzem subtelnej aluzji

I to działa, przynajmniej w moim przypadku, Syna Malala od 24 lat.


sobota, 30 sierpnia 2014

W parszywym warsztacie

Witajcie :)


Po półrocznej niemal przerwie załoga Minas Kolmar otworzyła wrota i nieufnie wyjrzała na zewnątrz. Ostatnie miesiące to najpierw gorący okres w pracy, a później dłuuuga przeprowadzka, która zresztą w zasadzie nadal trwa. Tym niemniej jednak, ponieważ nowe lokum zaoferowało mi dużo większe terytorium do zagospodarowania, jedną z prowincji mojego nowego królestwa (piwnicę konkretnie) zaanektowałem do celów hobbystycznych, przy wyraźnych zresztą westchnieniach ulgi ze strony mojej małżonki nie muszącej już patrzeć na moje żołnierzyki.

Parszywy warsztat w wersji beta, z boku skromnie ulokował się właściciel

Efekt: znowu zacząłem malować! Nie robiłem tego już naprawdę długo, prawie równie długo jak nie grałem... Cykl "parszywy warsztat" ma być zapisem moich zmagań na tym polu, zmagań, od razu to trzeba napisać, średniej jakości. Nigdy nie byłem dobry w modelarstwie, choć zawsze to lubiłem. Po co więc prezentować te swoje wątpliwej jakości prace, skoro w sieci jest multum miejsc, gdzie robią to lepiej? Po pierwsze: bo lubię pisać i potrzebuję jakichś ku temu pretekstów. Po drugie: właściwie, to nie zdołałem znaleźć drugiego powodu.

Nie potrafię malować jednocześnie tylko jednej figurki :) Obecnie maluję trzy (na różnych etapach ukończenia), a kilka innych przebiera nóżkami na ławce rezerwowych. Na początek: Empire Battle Wizard.

Mag w wersji "Wincenty Kadłubek"

Figurka rzecz jasna doskonale znana i przeze mnie bardzo lubiana. Zabrałem się za nią dopiero teraz z tego prostego powodu, że mimo iż Imperium kolekcjonować zacząłem chyba trzy lata temu, to do dziś jest to jedynie kolekcja, ani razu nie ograna. Armia zbierana tylko dlatego, że lubię klimat Imperium, przynajmniej ten z czasów The Enemy Within, gdy jeszcze Karl Franz był lubiany, acz nieudolnym cesarzem, a nie uberinkarnacją wszystkiego_co_fenomenalne. Bez dopingu w postaci zbliżającej się bitwy jakoś nie mogłem się dotąd przekonać do kładzenia barw na posiadanych już modelach. *** Tu ważne wyjaśnienie: w moim rodzimym Battlegroundzie przyjęliśmy sobie taką staroświecką zasadę: bez przynajmniej trzech barw model nie wchodzi na pole bitwy *** Ponieważ jednak od dłuższego czasu w ogóle w WFB nie gram, to jakoś łatwiej mi było się zająć niebretońskimi modelami...

Druga figurka to właściwie cała ich grupa: Grail Relique


Relikwiarz wśród bretońskich armii stanowi (przynajmniej w czasach mojego aktywnego grania) ekwiwalent yeti i pomimo mojego głośnego deklarowania, że jestem klimaciarzem i zwycięstwa mnie nie interesują, to jakoś nigdy dotąd nie zdobyłem się nawet na złożenie tego fantastycznego modelu. FANTASTYCZNEGO. To najpiękniejszy metalowy model w mojej kolekcji i czasem myślę, że aż szkoda go na moje malarskie partactwo (ale tylko czasem).

Koncept z pielgrzymami, którzy odtwarzają koński kształt jest obłędny!

To jest dla mnie esencja smaku, bez tych wszystkich fajerwerków, które czasem się dziś pojawiają w dziełach GW. Przedziwna mieszanka fanatyzmu, religijności i obłędu, cudownie pasująca do dawnej Bretonnii, choć należy już do nowej. Malowanie tego miniaturowego arcydzieła jest czystą przyjemnością.

W WH40k gram Eldarami i Wilkami, ale nie przeszkodziło mi to tak zachwycić się modelami z Dark Vengeance, że kupiłem chaośnicką część tego zestawu. Kilka dni temu do Parszywego Warsztatu wjechał więc Chosen.


Od razu uznałem, że nie będzie to kolega z Crimson Slaughter. Nie chciałem też żadnego z klasycznych legionów... wybrałem więc pewnych renegatów z M41, przez wzgląd na zawarty w ich fluffie słabo zamaskowany wkład z baaaardzo starych, zawsze przeze mnie lubianych gejmsłorkszopowych czasów. Co to za jedni? Da się to rozpoznać po tym wczesnym WIPie? :) Kim oni są i dlaczego właśnie oni: w następnym odcinku.



piątek, 28 marca 2014

Fallen Angels

W ostatnich dniach skończyłem dwie równolegle czytane książki spod znaku BL, uraczę Was więc moimi związanymi z nimi refleksjami. W dzisiejszym wpisie zajmę się słabszą z nich, by późniejszy deser był odpowiednio dobry.

Nie znaczy to, że Fallen Angels Mike`a Lee to książka słaba. Piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo przecież Mike Lee był dla mnie największym rozczarowaniem antologii Tales of Heresy, gdzie jego wynurzenia dotyczące Space Wolves naprawdę mocno odstawały in minus od średniej tomiku. Tutaj jest co najmniej poprawnie, a ocena końcowa byłaby może nawet lepsza, gdyby nie to, że równolegle z książką o upadłych aniołach czytałem też ten drugi wzmiankowany przeze mnie wcześniej tytuł, który jest prawdziwym dynamitem (a który pozwolę sobie na razie zatrzymać w tajemnicy aż do kolejnego wpisu).

Książka jest naturalną kontynuacją Descent of Angels Mitchella Scanlona, czyli tytułu numer 6 w cyklu dotyczącym horusowej herezji. Zmiana autora nie powinna być szczególnym zaskoczeniem, to już niejako znak firmowy HH, że wątki bohaterów trzydziestego tysiąclecia niczym w sztafecie przekazywane są w kolejne pisarskie ręce. Wydani w 2009 roku Fallen Angels wpisują się w tę tradycję. Lee przejął więc prowadzenie historii dwóch najważniejszych bohaterów Zstąpienia Aniołów, czyli kronikarza/bibliotekarza Zahariela oraz redemptora (nie wiem, choinka, jak to oficjalnie przetłumaczono) Nemiela. Dawni przyjaciele po wydarzeniach na Sarosh zostali rozdzieleni i nawet chyba nie za bardzo im siebie nawzajem brakuje (Nemiel przez całą książkę Zaharielowi poświęcił jeden akapit wypełniony wątpliwą nostalgią). Redemptor znalazł się w najbliższym otoczeniu Prymarchy Jonsona i wraz z nim reaguje na początek Herezji (bo podobnie jak w wielu poprzednich tomach HH i tutaj na początku dochodzi do cofnięcia fabularnego zegara w okolice rzezi na Istvaanie III); z kolei Zahariel u boku odtrąconego Luthera zajmuje się tłumieniem rebelii, która w tym samym czasie zadaje siłom imperialnym na Calibanie coraz większe straty.

Książka zaczyna się mocnym akcentem. Powrót odrzuconych przez Lwa Astartes na Caliban budzi naprawdę spore wrażenie i Lee bardzo sobie tym emocjonalnym wstępem u mnie zaplusował. Potem niestety jest gorzej. Autor prowadzi wątki Zahariela i Nemiela naprzemiennie, co przez jakiś czas budziło moje znużenie: na Diamat i na Calibanie trwa wymiana ołowianych argumentów, przez co obie kampanie zlewają się nieco w nieco niestrawną dla mnie papkę. Moje obawy związane z osobą autora rosły i rosły. Na szczęście, w książce nie przemawiają jedynie boltery. W połowie lektury wątek Calibanu zaczyna się rozbudowywać i zdecydowanie przytłaczać zmagania Nemiela z ludźmi Horusa. HH jest cyklem o upadkach... i nie zawsze robione jest to z głową (Galaxy in Flames!), ale w przypadku Upadłych Aniołów motyw zdrady rozegrany został inteligentnie i zajmująco. To sprawia, że Fallen Angels jest zdecydowanie porządną lekturą z kilkoma przejrzystymi, acz przyjemnymi zwrotami akcji (końcowy twist w wątku Nemiela jest filmowy że aż strach!).
Ocena szkolna: 4-


Cóż, to jednak jedynie przygrywka. Następnym razem zrecenzuję książkę, przy której wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły BL bledną i umierają. Boleśnie.

sobota, 15 marca 2014

Narzędzia gniewu, część IV

Blog zwolnił, gdyż praca mi przyspieszyła. Nie wiem czy to się może zmienić przed wakacjami. Tak czy inaczej, by zwrócić Waszą uwagę na to, że blog nadal żyje (wegetuje), czwarta część mojej grafomanii:




Drużyna A rozwinąć miała się w szeroką tyralierę, ale Rolaon Rynt nie zamierzał stosować się do tak absurdalnego rozkazu. Ma iść sam, gdy przed nimi znajdowali się jacyś religijni psychopaci, prawdopodobnie uzbrojeni? Niech Garnen sam robi z siebie bohatera, Rolaon miał rodzinę i resztki rozsądku w głowie. Podbiegł do Jareda Khala który właśnie klnąc cicho brnął przez rozległą, głęboką na chyba pół metra kałużę.
- Wreszcie przestało padać, zauważyłeś? - zagadnął, usilnie starając się ukryć napięcie w głosie. - Palladion chyba nas polubił. Fajne z nas chłopaki przecież.
- Nie powinno cię tu być - odpowiedział Jared nasuwając hełm głębiej na oczy. - Sierżant wpadnie w furię. I nie tylko on. Cholera Rol, nie wystarczy że musimy taplać się w tej brei?
Rynt parsknął lekceważąco.
- Zastanów się, Jared, bo najwyraźniej twoja wyobraźnia rozmiękła od tego deszczu. Kogo boisz się bardziej: naszego strasznego sierżanta Dagthorna czy tych pojebanych, psychopatycznych szaleńców z Vallandora którzy nagle postanowili bawić się w działalność religijną? Kogo boisz się bardziej?
- Inkwizytora.
Jared wyszedł wreszcie z kałuży i stanął obok Rolaona. Jego delikatna, chłopięca twarz wyrażała mieszaninę strachu i niepewności. W nieco zbyt dużym, przemoczonym, szarozielonym mundurze Sił Samoobrony Jared Rynt wyglądał żałośnie. Tyle, że w rękach trzymał karabin, a on wyglądał już bardzo poważnie. Rol nie za bardzo lubił broń, szczególnie odbezpieczoną. Do Sił wstąpił wyłącznie dla przywilejów munduru.
- Daj spokój Jared, nie wkurzaj się. Nieswojo mi tutaj. A ten cały Ulvendor jest daleko za nami.
Drużyna A zaczęła wychodzić z wypalonych resztek miejskiego parku i wkraczać na Drogę Katedralną. Sierżant Dagthorn pogroził im z daleka pięścią, lecz później stracił dla nich zainteresowanie zmagając się z łachą szczególnie grząskiego błota. Ośmiu pozostałych żołnierzy drużyny szło w otępieniu dalej, mijając strzaskane iglice biurowców miejscowego ramienia Ministorum. Droga była bardzo szeroka i osiniańska tyraliera z ledwością starczała na jej wypełnienie. Przed nimi zza szczytu wypiętrzenia widać już było dwie wyszczerbione wieże Katedry Gniewu.
- Ja w ogóle nie chciałem tu przylatywać - odpowiedział Jared mijając przerdzewiały wrak samochodu sprzed trzech wieków. - Wiesz, Khal to nazwisko stąd. Któryś z moich pieprzonych przodków otarł się o tego pieprzonego Palladiona i ja teraz czuję smród tego otarcia, Rol. A jeśli ten inkwizytor połączy mnie z tym pieprzonym bagnem?
- Idziemy wprost na uzbrojonych po zęby fanatyków, a ty zajmujesz się historią starożytną? Jeśli wszyscy Khalowie są takimi fascynatami antycznych ciekawostek, to Ulvendor faktycznie powinien się wami zainteresować. Posłuchaj starszego kolegi i akurat pradziadkiem się nie przejmuj.
Jared pochylił głowę i wymamrotał coś gniewnie. Głośnej reakcji jednak nie było, więc Rolaon to zignorował.
Przez chwilę szli w milczeniu. Droga Katedralna była szeroka i wybetonowana, zniszczone pojazdy i leżące wszędzie kawałki gruzów czyniły jednak marsz nią nużącym, tym bardziej, że zaczęli iść pod górę.
- Wszędzie święci - mruknął wreszcie Jared rozglądając się wokół.
Rolaon spojrzał na niego zdziwiony.
- Że co?
- Wszędzie tu leżą kawałki świętych. Kawałki ich strzaskanych posągów. I żaden z nich nie uratował planety przed herezją, żaden z nich nie zainterweniował. To cię nie przeraża? Interweniować potrafiła tylko inkwizycja.
- Ty pamiętasz jeszcze, że za plecami mamy wesołą inkwizycyjną gromadkę, prawda Jared? - odchrząknął Rolaon oglądając się za siebie.
- Gdyby inkwizytorzy zajmowali się oziębłością wobec Eklezjarchii, nie starczyłoby im kul na egzekucje. Kiedy ostatni raz byłeś w świątyni?
- Na świętego Efrema. Sam bym nie poszedł, ale Yori się uparła. Wiesz jak jest, baby w tym stanie stają się bardzo religijne. Ale nie w tym rzecz.
Jared uśmiechnął się delikatnie.
- Macie już imię dla syna?
- Kreon, po dziadku.
- Dobre, mocne. Dobre.
- Dzięki.
Jared przystanął.
- Wiesz, Rol, nie masz pojęcia jak bardzo zazdroszczę ci twojej rodziny.
Grzechot strzałów po dotychczasowej ciszy był tak zaskakujący, że w pierwszej chwili Rolaon nie zareagował. Dopiero strumienie krwi wypływające spod hełmu Jareda Khala sprawiły, że Rynt rzucił się za osłonę wypalonego samochodowego wraku. Jared bezwładnie zwalił się na ziemię metr dalej.
Powietrze wypełniło się pociskami, strachem i krzykiem.

Wiedzieli dopiero od kwadransa.
Augurianie nie mieli przygotowania wojskowego i przez ostatnie tygodnie popełnili wiele błędów. Mieli dużo, bardzo dużo broni która stworzyła im poczucie fałszywego bezpieczeństwa. Początkowo próbowali nawet organizować patrole wokół Katedry Gniewu a w budynkach u podnóża wyniesienia wystawili warty... ale już po tygodniu nikt się tym nie przejmował. Augurianie zbyt podnieceni byli zbliżaniem się rytuału, by przejmować się mniej istotnymi według nich obowiązkami, tym bardziej że źródła Wielkiego Augura w tajnych służbach Vallandoru nic nie wiedziały o zbliżających się siłach Inkwizycji.
O tym, że na Palladionie są żołnierze Imperium augurianie dowiedzieli się przypadkiem. Harlon Vlyn, hipochondryczny urzędnik vallandorskiego Ministorum (dział kwerend departamentu logistycznego), po przybyciu do Katedry Gniewu uznał, że przebywanie na jednej z jej wież działa uśmierzająco na jego chroniczne bóle głowy. Tego dnia również tam był, zabijając czas dzielący go od rytuału. Czas zabijał rozmyślaniem co zrobi magosowi Urlonowi po powrocie. Spotkani tu współwierzący byli tak bogatą kopalnią inspiracji... Byle obyło się bez krwi, zabijane codziennie ofiary dostatecznie już mu ją obrzydziły. Przecinającego niebo "Centaura" dostrzegł w momencie, gdy zamierzał już schodzić.
Wielki Augur wiedział o tym trzy minuty później. Od razu zrozumiał, co może znaczyć niezidentyfikowany prom kosmiczny.
Mając do dyspozycji osiemdziesięciu siedmiu zdeterminowanych konspiratorów, ogromną siłą ognia i świadomość zbliżania się Obecności, Augur nie poczuł jednak strachu. Poczuł... podniecenie.
Ostatecznie, Obregon Granh o takiej chwili marzył od dawna. Tego jednego nauczył się od znienawidzonego ojca, gubernatora Vallandoru: władza nad zabijaniem to jedyna władza, która się liczy.