poniedziałek, 20 lipca 2015

Kiosk

   - Panowie - powiedział - proponuję byście poszli i zmierzyli ten kiosk. Zobaczylibyście, że długość podestu wynosi 149 centymetrów, a więc jedną stumiliardową odległości Ziemia-Słońce. Wysokość od tyłu podzielona przez szerokość okienka daje 176 przez 56, czyli trzy i czternaście setnych. Wysokość z przodu wynosi 19 decymetrów, a więc tyle samo, ile liczba lat w greckim cyklu księżycowym. Suma wysokości dwóch narożników przednich i dwóch tylnych daje 190 razy 2 plus 76 razy 2 równe 732, czyli datę zwycięstwa pod Poitiers. 
U. Eco, Wahadło Foucaulta


   Zwykłe miejsca potrafią być niezwykłe. Na przykład kioski Ruchu.

   W ramach mojego hobbystycznego uaktywnienia w moje ręce trafiają przeróżne figurki, o niektórych z nich prawie zapomniałem. Jednym z moich znalezisk jest rzecz, która zewsząd opluwana i wyszydzana, dla mnie ma status relikwii: gazetki DeAgostini "Gry Strategiczne w Śródziemiu".

   Rzecz jasna to obciach. Słaba treść, zasady dla gimnazjalistów, zdjęcia z nienaturalnie szczerzącymi się statystami pochylonymi nad stołami* i co najgorsze: odbieranie mocy przerobowych tym słusznym systemom: WFB, WH40k czy innym Gorkamorkom. W dodatku figurki miały zupełnie inne (normalniejsze swoją drogą) proporcje niż warhammerowi herosi, więc LotR obłożony został niemal anatemą. Ale gdy tak patrzę na dwie pomalowane przeze mnie przed chwilą modele, to i tak odczuwam niemal wzruszenie. Nie są wcale szczególnie brzydkie (nie sugerujcie się malowaniem :) ). Mają zgrabne, całkiem dynamiczne sylwetki, przecież ostatecznie jednymi z designerów klimatu serii byli bracia Perry. Mają oczywiście swoje wady: poziom szczegółowości często zawodzi i detale się ze sobą zlewają, a już zupełnym horrorem są wielkie płaszczyzny zalane plastikiem, szczególnie przy okazji luźno zwisających elementów ubioru; tyle tylko że to standardowe wady bardzo wielu ówczesnych modeli GW (osławione figurki ze "Skull Pass" są imho o dwie klasy gorsze) wynikające z niedostatków technologicznych. Najważniejsze jednak jest coś innego: dla mnie kioski z tymi modelami stały się prawdziwymi portalami do rezurekcji mojego figurkowego hobby. Nie tylko mojego zresztą.


Twarz tego dżentelmena kompletnie mi nie wyszła. Względnie wyszła, zakładając że członka black metalowej kapeli malowałem. Co z uwagi na charakter malowanego nie musi mijać się z prawdą.


    Już tu pisałem, że po przygodzie z Warzone bitewniaki przestały dla mnie istnieć. W małej Chodzieży sukcesem było kupienie "Magii i Miecza", a kontaktów z Poznaniem już nie miałem. Pojawienie się serii DeAgostini było dla mnie niczym grom z jasnego nieba. Kupowałem jak najęty, czasem po kilka numerów naraz. Kupowałem i grałem, bo LotR wciągnął i kilku innych chodzieżaków, co stało się zaczynem powstania klubu bitewnego przy Chodzieskim Domu Kultury. I nie sądzę, by to był jedynie chodzieski fenomen. Szczególnie w małych miasteczkach jest pewnie cały legion ludzi, którzy grają lub do niedawna grali w bitewniaki właśnie dzięki DeAgostini. Bo to był ten jeden, jedyny raz gdy dzięki sile marki i reklamom telewizyjnym (bitewniak miał reklamy w polskiej telewizji!) to hobby zajrzało w okna mainstreamowi. I choćby nie wiem ilu ówczesnych nastolatków trzepnęło to później w kąt, to jednak sporo z nich pozostało. Pamiętajcie o tym, warhammerowcy, warmahordowcy et consortes. Elen sila lumenn omentielvo, LotR.





____________________________
* Nawiasem mówiąc, w XXI wieku GW mocno zmieniło swoje podejście do robienia zdjęć...

XXI wiek

XX...



sobota, 18 lipca 2015

Epitafium dla Bretonnii, część III

   Trochę już czasu minęło od drugiego odcinka, w międzyczasie Bretonnia naprawdę umarła (razem z całym światem), więc jest to chyba dobra okoliczność do kolejnych wspomnień o kraju znad Brienne i Grismarie. Dziś nadal będę myszkował w cieniu trzeciej edycji WFB, tym razem jednak w oparciu o suplement Warhammer Armies który na potrzeby "trójki" zastąpił drugoedycyjne Ravening Hordes.

   To moim zdaniem znamienne, że fluff Bretonnii zaczął ewoluować właśnie w tym zasadniczo niefluffowym podręczniku. Wydany jakiś czas po starcie trzeciej edycji (z chronologią mam tu mały problem, przed sobą mam podręcznik z 1991 roku, na Amazonie też znalazłem tylko taki, z kolei Mortimer na Cytadeli wskazuje na rok 1988; ta wcześniejsza data wydaje mi się prawdopodobna z tego względu, że nie sposób uwierzyć mi, iż GW czekało z WA aż cztery lata po wydaniu głównego podręcznika, tym bardziej, iż w samym rulebooku jest kilkanaście odniesień do WA właśnie; podejrzewam, iż edycja z 1991 jest drugim, poprawionym wydaniem), zaprezentował graczom kompletne listy armijne jedenastu frakcji wraz z kilkoma opcjami sojuszniczymi (wiele w tym nawiasem mówiąc egzotyki nieznanej lub słabo znanej dla młodszych bywalców Starego Świata, że wspomnę o regimentach fimirskich czy pigmejskich). Wśród nich jest i lista bretońska, pierwszy pełnoprawny armylist w historii tego królestwa. To on rozpoczął proces faceliftingu który bezpowrotnie zmieni Bretonnię.

   Facelifting był na razie delikatny, bo królestwo nadal mocno stało na swoich mrocznych, trzecioedycyjnych fundamentach. Była to armia, która wcale nie gardziła najemniczą pomocą, i to czasem mocno kontrowersyjną: stanowili ją na przykład Norsowie (usprawiedliwieni ewentualnie tym, że w owych czasach Norska nie stanowiła jeszcze punktu rekrutacyjnego dla Marauderów), Ogry (oni fabularnie zawsze byli najemnikami, więc też od biedy jeszcze by pasowali do nowszej Bretki) i... półorki! Półorki! Nawet Imperium z owego czasu nie najmowało półorków, lecz bretońska szlachta nie była aż tak wybredna. To państwo nie gardziło wtedy kuszą (posługujący się nią Arblastiers rekrutowani byli z bretońskich mieszczan) ani armatą (aczkolwiek była raczej rzadkością gdyż baterie L`Ordonnance wystawiane były tylko przez króla; z drugiej strony może być to odbicie ówczesnej absolutnej formy monarchii obowiązującej w Bretonnii). Nierycerskie regimenty Wielkiej Armii Bretonnii były tu liczne i brudne, a mroczny klimat settingu podkreślały ich malownicze nazwy: Villains, Rascals, Brigands... Tak, Bretonnia z pewnością nie wyszła jeszcze z cienia... ale jednak zaczęła już ten proces.


   Podłoże tych (na razie i tak delikatnych) zmian jest moim zdaniem oczywiste i wynika z prostego podporządkowania fluffu mechanice gry: Bretonnia musiała się czymś różnić od Imperium. Dotychczasowa podbudowa fabularna w ogóle nie sugerowała jakichkolwiek różnic które uzasadniałyby istnienie odrębnego armylista. Istniejące wcześniej wzmianki o bretońskim rycerstwie dały jednak designerom firmy szansę do pójścia w tym właśnie kierunku: stworzenia w renesansowym zasadniczo świecie trochę anachronicznej armii opartej na ciężkozbrojnym rycerstwie (co zresztą nie odbiegało jakoś zasadniczo od renesansowych wzorców, pod Pawią w 1525 rycerska w dużym stopniu armia Francji biła się przecież z lancknechtami Karola V). Do tego jednak trzeba było nagiąć trochę dotychczasowy fluff... i zrobiono to. W przedmowie do armylista czytamy, że bretońscy szlachetnie urodzeni są ucieleśnieniem rycerskich wartości i stanowią absolutną elitę ciężkozbrojnej kawalerii całego Starego Świata. Co więcej, są szarmanccy wobec pokonanych wrogów, honorowi i odważni, a jedyną ich wadą jest pogarda dla nisko urodzonych. Karol Złotogłowy z pewnością byłby zdziwiony tym opisem... W efekcie w zasadach mamy cztery różne jednostki rycerskie plus jedną kawalerię chłopską (czyli zupełnie tak samo jak dziś, choć nazwy były całkowicie inne).

   Jest też kilka innych drobiazgów, które zapowiadają przyszłe zmiany. Jeden z bretońskich zakonów rycerskich nazywa się Chevaliers de Notre Dame de Bataille. Notre Dame... aczkolwiek magowie są jeszcze mężczyznami :) W armyliście jest też wymóg posiadania co najmniej czterech bohaterów, takich bohaterskich warunków nie ma żadna inna ówczesna armia Starego Świata. No i jeszcze jedno: bretoński War Altar przechowywał kości otoczonych szacunkiem zmarłych. Nie, jeszcze nie Rycerzy Graala.

   Jeszcze nie.
Jeszcze nie damselka. Ale nazwa kultu urocza :)


CDN (?)

czwartek, 16 lipca 2015

Malifaux

   Jestem klimaciarzem.

   Nie, nie dlatego, że podczas moich rzadkich turniejowych przygód uprawiam warzywa na ostatnich stołach (chociaż faktycznie tak wyglądały te moje przygody). Jestem klimaciarzem, bo fabuła jest dla mnie istotniejsza niż reguły. Modele mają dla mnie wartość po pierwsze narracyjną, po drugie dopiero punktową. Są ambasadorami innych światów. Jestem na tym punkcie zafiksowany tak mocno, że nie potrafię grać czymś niepomalowanym i sproksowanym. Bo zaburza immersję. Niszczy kontinuum. Te doczepione do fantastycznych uniwersów fabuły są najczęściej płytkie i banalne, ale z jakichś względów przymykam na to oko. Wchodzę w te konwencje, byle były choć trochę pogłębione.

   W tym kontekście mój afekt do Malifaux jest niezrozumiały. Fabuła stworzona przez Wyrd znana jest przeze mnie powierzchownie, głównie z timeline`u zamieszczonego w podręczniku głównym. Nie dotarłem dotąd do żadnych innych źródeł fluffu, nie wiem nawet czy istnieją. Dlaczego więc Malifaux?

   Przez figurki.

   I nie chodzi mi jedynie o oszałamiającą precyzję ich wykonania, pomysłowość w eksploatowaniu motywów weird horroru czy niebywałe przywiązanie do szczegółu. W nich jest coś jeszcze: one same tworzą narrację, one same są fluffem. Nie potrafię ubrać do końca w słowa tego, co czuję gdy widzę te wszystkie małe cudeńka, ale ich choreografia, strój, mimika: to wszystko samo w sobie jest opowieścią. Maluję właśnie Witchling Stalkerów, którzy aż się proszą do wstawienia ich w jakąś statyczną dioramę. A przy okazji są tak cudownie skonstruowani, że pędzel sam wybiera odpowiednie ścieżki.

   Brawo, Wyrd. Brawo.



wtorek, 14 lipca 2015

Warsztat odżył

   ...podobnie jak Minas Kolmar. Przynajmniej na jakiś czas.

   Wysadzenie w powietrze Starego Świata obudziło we mnie chęć dokończenia "Epitafium dla Bretonnii", gdyż wreszcie temat stał się aktualny; nie tylko dla rycerzy Pani zresztą. Czas mi sprzyjał, gdyż nieubłagany czas przyniósł mi wakacje, zanim jednak usiadłem do podręcznika trzeciej edycji WFB (RIP), powróciłem do mojego Parszywego Warsztatu. I na razie tak wsiąkłem, że Bretka będzie musiała poczekać.

   Jak już kiedyś wspomniałem, malarzem jestem kiepskim. Nigdy mi jednak to nie przeszkadzało w epatowaniu bliźnich efektami tego mojego braku talentu. Jeślibym chciał to epatowanie ubrać jednak w jakiś sens, to może taki: partacze, nie zrażajcie się. Znośne efekty można w tym hobby uzyskać nawet bez malarskiego mistrzostwa.

   Wbrew temu, co kiedyś radził Fireant, nie potrafię malować tylko 2-3 figur jednocześnie. Nudzi mnie to. Malowanie regimentów to najgorsza strona wargamingu jaką znam. Rozumiem, dlaczego jest to nieprofesjonalne (trudno uzyskać wtedy spójność estetyczną oddziałów no i malowanie pojedynczego modelu przedłuża się w nieskończoność), ale po prostu ciężko mi się skupić na jednym celu przez dłuższy czas (bo speedpainting nie jest dla mnie). W związku z tym, moja obecna gromadka wygląda tak:


   Dosłownie wczoraj dwie figurki zostały ukończone. Obie z nich prezentowałem w poprzednim odcinku PW: to imperialny mag i chaośnicki Space Marine.


   Model pochodzi oczywiście z zestawu Dark Vengeance, który kupiłem na spółkę z moim kolegą preferującym lojalistycznych gwiezdnych marynarzy. Jakość modeli z nowych (powiedzmy od Island of Blood) zestawów startowych GW jest oszałamiająca. Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia. CSM z mrocznej zemsty byli zwiastunem odświeżenia stylistyki tej armii: słabo już przypominają swoich imperialnych byłych kolegów, korupcja i mutacje przeobraziły ich w monstra. Wyróżniają się już nie tylko rogami i kolcami, wyróżniają się licznymi deformacjami, piętnami Chaosu na ich sponiewieranych duszach. Jedynie Hellbrute jest tu słabszym punktem. Jakość DV sprawia, że aż kusi mnie by kupić podstawkę Age of Sigmar, choć stylistyka nowych sigmarytów absolutnie mi nie pasuje...

   Jak już kiedyś zaznaczyłem, postanowiłem nie iść z malowaniem w stronę Crimson Slaughter. Czerwonych CSM i SM jest od groma, poza tym fluff tego warbandu jakoś mnie nie porwał. Przez chwilę zastanawiałem się nad jakimś legionem rodem z Horus Heresy, ale ostatecznie poszedłem w stronę Synów Złośliwości (tfu, po polsku brzmi to beznadziejnie, może lepiej: Synów Złej Woli), motywację już na Minas Kolmar przedstawiałem. W pewnym momencie jednak stanąłem wobec dylematu: fluff fluffem, ale czarno - biały schemat kolorystyczny jakoś do mnie nie przemawiał... Tym bardziej, że jak każdy hobbystyczny partacz, mam problemy z cieniowaniem jasnych przestrzeni. Na szczęście takim jak ja z pomocą przychodzą washe... Postanowiłem zrobić pustynną wersję Synów, traktując ich kolorkiem Gryphonne Sepia (wash Citadel jeszcze sprzed powstania tych wszystkich shadów) i podkolorowując Bleached Bone. Okucia pokryłem kolorem Tin Bitz (to już citadelowy antyk, ale trochę mi jeszcze tych antyków zostało :) ) podbity na brzegach bodajże Auric Goldem. Wyszło imho naprawdę dobrze, więc umieszczony wyżej marynarz będzie wzorcowy dla mojej powstającej powoli bandy (poza podstawką, która jest jeszcze do poprawy) :)


   Drugi dżentelmen to mag ognia z Imperium (RIP). Przez kilka ostatnich lat kupiłem sobie trochę imperialnych modeli, choć nie dane mi było jeszcze nimi zagrać :) Mag jest naprawdę uroczym modelem, szczególnie w powyższej wersji. Przy jego sklejaniu pierwszy raz w mojej partackiej karierze użyłem na dużą skalę green stuffu łącząc trzy części, z których składał się płaszcz czarodzieja. Mam nadzieję, że widać iż nie widać łączeń :)

   I już na koniec: tworzy mi się też załoga do Malifaux. Poziom szczegółowości modeli Wyrd jest po prostu niesamowity. Szalony. Niebywały. Poniższa ręka Samaela Hopkinsa niech przekona niedowiarków. Zwróćcie uwagę na pistolet: rozmazanie grafiki ulotki na której leży najlepiej chyba pokazuje, jak małe jest to cudo...


środa, 17 września 2014

Narzędzia gniewu, część V

Sail Venas stanęła, podnosząc dłoń do głowy. Uldor zatrzymał się również, zaniepokojony grymasem bólu, który przez moment pojawił się na jej twarzy.

- Coś złego zaczęło się dziać w katedrze, szefie - powiedziała po chwili z wysiłkiem. - Struktura rzeczywistości się rwie. W szybkim tempie. 

Inkwizytor zmarszczył brwi i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Heretycy już wiedzieli. Uldor odsunął od siebie myśli o ponurych implikacjach tego stwierdzenia, uklęknął, zamknął oczy i zaczął łączyć się z najbliższą serwoczaszką. Drgnął w momencie fuzji, nie potrafił wyplenić w sobie tego niepotrzebnego odruchu. Wrażenie zapachu rozkładającego się ciała było całkowicie fantomowe, czaszka Seregala Pokornego już prawie sto lat temu została dokładnie oczyszczona w betonowych bazylikach Mechanicum. A potem Ulvendor zniknął, wypełniając sobą lewitujące, kościane naczynie.

Czaszka orbitowała nad Drogą Katedralną, tuż przed miejscem gdzie kończyła się przechodząc we Wrota Słusznej Furii. Trzy minuty wcześniej Uldor lustrował już to miejsce i nie stwierdził żadnej aktywności wroga, teraz było podobnie. Resztki kolumn bramy odcinały się swoimi szarościami od ciemnego karmazynu kamiennych płyt pokrywających przedpole katedry, nie było tam żadnego heretyka. Inkwizytor stłumił rodzące się uczucie irytacji. Nie mógł niestety wydawać czaszce rozkazów na odległość, zerwał więc połączenie i odszukał następną. Wszedł w fuzję i na moment zamarł w niemej fascynacji.

Serwoczaszka Teslyna Od Włóczni otrzymała od niego wcześniej polecenie kołowania nad katedrą, obecnie znajdowała się powyżej dziedzińca portalowego. Teren przed fasadą świątyni był obecnie gigantycznym ossuarium, dziesiątki tysięcy ludzkich kości leżało tu w bezładzie niczym elementy jakiegoś skomplikowanego wzoru. Trzysta lat temu przerażeni mieszkańcy Tarsu zgromadzili się tu by błagać swych nowych panów o ratunek przed zbliżającym się gniewem Imperium. Jaźń Uldora zatrzepotała na chwilę w uniesieniu wywołanym mściwą satysfakcją. Przed gniewem Imperium nie ma ucieczki. Tysiące heretyków skonało tu w straszliwej agonii i choć nikt nie mógł usłyszeć ich krzyku, to wieści o zagładzie Palladiona dotarły do każdej planety sektora. A niemi jej świadkowie ciągle tu spoczywali.

Posępny chaos rozrzuconych ludzkich pozostałości w kilku miejscach został uprzątnięty, gdyż augurianie wytyczyli w nim prowadzące do katedry ścieżki. Kilkunastu heretyków biegło właśnie nimi z wyciągniętą bronią kierując się ku Wrotom. Stojąca na schodach świątyni kobieta wykrzykiwała coś do nich, serwoczaszka nie przekazywała jednak sygnałów dźwiękowych więc treści okrzyków inkwizytor mógł się jedynie domyślać. Zza jej pleców, ze środka Katedry Gniewu dobywała się pulsująca, krwistoczerwona łuna.

Uldor zerwał połączenie i uszy wypełnił mu jazgot karabinowych salw oraz krzyki otaczających go ludzi. Pochylił się instynktownie, dławiąc jednocześnie odruch wymiotny wywołany końcem fuzji. Już nas dopadli? Jak długo mnie nie było? Otworzył oczy.

Źródło kanonady było gdzie indziej. Żołnierze drużyny B zalegli co prawda za kawałkami gruzu i metalu, ale ogryn, Vexile i Sail nadal stali, najwyraźniej nie przejmując się ewentualnymi nadlatującymi pociskami. Psioniczka słuchała czegoś, co rosły porucznik wykrzykiwał jej do ucha, Hyde zaś patrzyła uważnie na inkwizytora, czekając najwyraźniej na jego wyjście z transu.

- Myślałem, że zdążę - mruknął z irytacją Uldor. - Jaka jest sytuacja?

- Drużyna A obłożona ciężkim ogniem, zaczęło się minutę temu, tuż po twoim odlocie. Nie możemy nawiązać z nimi łączności. Drużyna C chyba spanikowała i zajęła pozycje obronne. Bałagan.

- W dodatku znowu zaczęło padać - dodał inkwizytor wstając z kolan. - Czy to już wszystkie atrakcje?

- Kapitan Soldan zaczął bredzić coś o natychmiastowym odwrocie - odpowiedziała Vexile. - Ale Garnen mu to chyba już wybił z głowy. A ty, widziałeś coś ciekawego?

- Aż za bardzo, Vex. Poruczniku!

Ogryn oderwał się od rozmowy z Sail i podbiegł do inkwizytora, przytrzymując dłonią ciągle zsuwający mu się z głowy hełm.

- Awangarda zaległa pod ogniem wroga. Inkwizytorze, mogę poprowadzić kontratak.  Przeciwnik działa chaotycznie, jeżeli...

Uldor wzniósł dłoń, Garnen zamilkł.

- Poruczniku, zbierzesz drużyny B i D. Obejdziemy teren starcia łukiem od zachodu, heretycy nie mają żadnego pierścienia posterunków więc do katedry mamy szansę dotrzeć bez zbędnego kontaktu. Ruszamy za pół minuty.

Porucznik chciał coś powiedzieć... i zacisnął zęby. Odwrócił się i zaczął pokrzykiwać na swych żołnierzy. Ci, choć niechętnie, zaczęli wstawać, z niepokojem oglądając się w stronę, z której dochodziła kanonada. Samego miejsca starcia nie było stąd widać, garb szczytu wzgórza katedralnego skutecznie je zakrywał. Nadbiegający z tyłu żołnierze drużyny B pozdrawiali oczekujących niepewnymi okrzykami zagłuszanymi przez nieustającą karabinową palbę.

- W katedrze rozpoczął się jakiś rytuał, Vex - powiedział Uldor widząc jej pytający wzrok. - Los awangardy Roma Garnena przestał być ważny.

Gwardzistka kiwnęła głową i splunęła. Vexile Hyde nigdy nie kwestionowała decyzji inkwizytora. Nigdy przy postronnych. Uldor odwrócił się, by odnaleźć wzrokiem kapitana Soldana.

I spojrzał prosto w lufę wycelowanego w siebie pistoletu.

- Sprowadź tu swój prom - wycedził trzymający pistolet Ravas Soldan. W oczach kapitana grało szaleństwo. - Dość już. Dość! To ma być akcja policyjna!? Kurwa! Wzywaj ten prom!

Ruch wokół nagle zamarł. Żołnierze Sił Samoobrony jakby zapomnieli o wymianie ognia w której uwikłani byli ich koledzy kilkaset metrów dalej. Uldor uśmiechnął się krzywo.

- Rzuć to, Soldan - powiedziała zimno Vexile kładąc swą ciężką, pozornie niezgrabną dłoń na kaburze pistoletu.

- Posłuchaj jej, kapitanie - dodał Garnen. Stalowoszare oczy podoficera nie wyrażały żadnej emocji. - Takie jak ona nie rzucają słów na wiatr.

Soldan z każdą mijającą chwilą wyglądał coraz żałośniej. Jego długie, czarme włosy spływały mu pozlepianymi przez deszcz wężami prosto na przerażone oczy. Z zagryzanych ust zaczęła płynąć mu krew. Pistoletu jednak nie opuścił.

- Popełniłeś błąd, Ravasie Soldan - powiedział inkwizytor po chwili ciszy.

- Nie sądzę - odparł kapitan, plując czerwonymi kropelkami.

- Ależ tak. Gdy zaczynasz celować w inkwizytora, używaj spustu.

Uldor mrugnął do Sail. I skoczył.

Twarz Soldana wykrzywił grymas straszliwego bólu, oczy nabiegły krwią. Kapitan wystrzelił przed siebie, całkowicie oślepiony nagłym, niezrozumiałym cierpieniem. Chybił, kula przeszła nad rzucającym się w jego kierunku inkwizytorem. Uldor uderzył głową w jego brzuch, Soldan zgiął się w pół z głuchym jękiem i upadł tuż obok przetaczającego się na plecach Uldora. Chwilę później inkwizytor już wstawał, a nad kaszlącym, skulonym ciałem kapitana stała Vexile.

- Co mu zrobić - spytała cicho, bardzo cicho. W prawej dłoni trzymała pistolet, w lewej karbowany nóż.

Uldor nie odpowiedział. Miał zawroty głowy, w ustach czuł krew. Skłonił się lekko stojącej nieopodal Sail, psioniczka odpowiedziała paskudnym uśmiechem. Splunął czerwonozieloną flegmą.

- Pozwólcie, że Siły Samoobrony same zajmą się zdrajcą - wtrącił nagle Garnen podchodząc do leżącego. - W trybie natychmiastowym.

- Nie - odrzekł wreszcie inkwizytor. - Imperium znajdzie dla niego lepszy użytek.

niedziela, 14 września 2014

Genesis

Mała edyta: w międzyczasie zauważyłem tę akcję, więc się pod nią bezczelnie podczepiam tym wpisem :)

W związku ze wzmiankowanym wcześniej przemieszczeniem mojego lokum, światło dzienne po raz pierwszy od lat ujrzały rzeczy, o których niemal już zapomniałem. Niesłusznie.

Już kiedyś pisałem, jak kiedyś Nowa Fantastyka na spółkę z Gotrekiem Gurnissonem zaszczepiła we mnie zainteresowanie fantasy i grami z tym segmentem rynku związanymi. Przez dłuższy czas skutkowało to rzucaniem kostkami w Kryształach Czasu, WFRP i innych systemach RPG i namiętnym czytaniem świętych tekstów zawartych w "Magii i Mieczu"... O grach bitewnych słyszałem raz na rok, gdy MiM zdecydował się im poświęcić trochę wierszówki.

W okolicach 1995 roku (?) MiM zaczął poszerzać swoje kieszonkowe imperium o segmenty spoza fabularnej niszy.  Nawiązano wtedy kontakty ze Szwedami z Target Games, którzy już od dekady rozwijali swoje apokaliptyczne uniwersum spod znaku Mutant Chronicles. Rozpoznanie bojem przeprowadzono na gruncie bezpiecznym i gwarantującym szybki zwrot kosztów: zainwestowano w ccg o nazwie Doom Trooper. Dla rozpoczynającego właśnie studia autora tego tekstu grafiki Paula Bonnera były niczym brama do nieznanego, oszałamiającego ogrodu. S-F ożenione z mieczami, demonami i zombie?!? To tak można?

OMG. Zakochałem się. Gdy jakiś czas potem pojawiło się Warzone, gra bitewna osadzona w tym samym uniwersum, zacząłem wydawać swe pieniądze niczym narkoman na dużym głodzie.

Nie chcę tu dzielić się refleksjami na temat uniwersum czy mechaniki, przynajmniej na razie. Chcę oddać hołd figurkom, które wkręciły mnie w to hobbystyczne bagno. Były grubo ciosane, niezgrabne i czasem karykaturalne... ale i tak kochałem je całym swym czarnym sercem. Oto drobny wybór z mojej sentymentalnej podróży po szeregach Bractwa, świętego przedmurza ludzkości w ogarniętym ciemnością Układzie Słonecznym (malował kumpel, ja wtedy jeszcze bałem się farb):


Rdzeń sił Bractwa, żołnierz piechoty. Zwracam uwagę na przemyślnie wciśniętą kartkę między nogami


Nazwy tego modelu nawet nie pamiętam. Pamiętam, że w walce nigdy mi się nie sprawdzał, ale ponieważ zawsze miałem słabość do zakapturzonych typów, to zawsze go wystawiałem.

No, ten model zestarzał się szczególnie brzydko. Błogosławiona Westalka Laura. Ale przynajmniej jest dynamiczna.

Warzone w "Magii i Mieczu" promowany był razem z opowiadaniem o Mortyfikatorze... Idea takiego asasyna była jednym z decydujących elementów, które pchnęły mnie w kierunku Bractwa. I tej figurki, z obowiązkowo zalanym karmazynem mieczem.


Na koniec perła w koronie: Kardynał Dominik. W latach dziewięćdziesiątych wydawał mi się ósmym cudem świata (a i wroga potrafił dotkliwie skaleczyć). Dziś jest trochę bryłowaty, a płaszcz wygląda bardziej jak zbroja... ale styl zachował! Nadal ozdoba kolekcji.



piątek, 5 września 2014

Synowie Malala

W ostatniej notce zaprezentowałem wczesną wersję mojego chaosowego Wybrańca. Widoczna na nim czarno-biała szachownica to oczywiście barwy Sons of Malice, zakonu SM który dokonał specyficznej chaośnickiej konwersji w czterdziestym pierwszym tysiącleciu: miast oddać się pod opiekę jednej z czterech Niszczących Potęg, zadeklarowali wierność Złośliwości (Malice), bogu walczącemu z innymi siłami Chaosu równie często, jak z mieszkańcami materium.

A ten cały Malice, to Malal oczywiście.

Son of Malice w pełni swej wynaturzonej glorii

Przypadek Malala i jego koneksje z Sons of Malice są dobrze i wyczerpująco opisane w sieci, więc nie będę tu ich przeklejał. Chciałbym jednak na marginesie swojej figurkowej wycieczki w rejony Oka Terroru podzielić się w związku z tym z ogólniejszą refleksją dotyczącą krętych ścieżek, którymi kroczyło Games Workshop w swojej długiej historii.

Malal zniknął z tekstów GW w okolicach 1988 roku, w tych arcyważnych dla firmy latach, gdy ostatecznie już definiowała swoje flagowe produkty (o czym już nawiasem mówiąc pisałem). Bóg Anarchii i Terroru padł wtedy ofiarą niejasności co do tego, do kogo właściwie należy trade mark tej nazwy (przypomnę, że Malal wymyślony został przez podwykonawców GW, twórców komiksu o Kalebie Daarku). GW końca lat osiemdziesiątych ostatecznie przestawało być już radosnym, hobbystycznym projektem i przepoczwarzało się w Poważną Firmę (już wkrótce Potęga Chaosu o imieniu Tom Kirby wprowadzi GW na giełdę), a jako taka nie mogła pozwolić sobie na pompowanie znaczenia terminu, z którego o zgrozo mógłby za darmo korzystać ktoś inny. Malal zszedł więc do warhammerowego podziemia, dzieląc los squatów czy fimirów.

Umierał jednak z okrzykiem: Non omnis moriar!

Im dłużej istniało GW, tym młodszy stawał się jej rynkowy target, zdecydowanie najłatwiejszy do bezrefleksyjnego wyciągania od niego pieniędzy. To nie jest żaden zarzut, bo byłby to głupi zarzut w kierunku firmy, której głównym obowiązkiem jest dawanie dobrych wyników finansowych akcjonariuszom. Diaboliczny geniusz szeryfów z Nottingham polegał tak naprawdę jednak na tym, że przy tych wszystkich infantylizujących zabawę krokach, potrafili przy sobie zatrzymać sporą część starszych nerdów, tych wszystkich Synów Malala pamiętających Stare, Dobre Czasy, którzy pomimo ciągłego zrzędzenia w mniejszym lub większym stopniu wytrwali w hobby (stanowiąc, świadomie lub nie, najlepszych ambasadorów firmy w lokalnych środowiskach). Wiele jest przyczyn tego sukcesu, casus Malala jest dla mnie zgrabną rekapitulacją jednej z nich, kto wie, czy w moim przypadku nie najważniejszej. Otóż pomimo przeprowadzenia rytuałów Wielkiej Symplifikacji i Wzniosłej Infantylizacji, GW co jakiś czas puszcza fluffowe oko do weteranów, pozwala im poczuć przyjemny dreszcz nostalgii i utajoną dumę z tego, że rozumiemy kontekst współczesnego pomysłu osadzonego tak naprawdę w warhammerowej prahistorii. Co z tego, że squatów już nie ma, skoro kusimy Demiurgami? A może przestaniemy już kusić i zamieścimy szokującą notkę restytuującą squatów w podręczniku VI edycji? Malala już nie ma, ale szefem kompletnie marginalnej chaośnickiej bandy zrobimy chodzący anagram Kaleba Daarka z czarno-białą czaszką w charakterze loga. Z jedenastką czempionów, przypadkowo pokrywających się ze świętą liczbą Boga Odszczepieńca.
Tarcza Daarka pokazuje, że GW nie zawsze jest mistrzem subtelnej aluzji

I to działa, przynajmniej w moim przypadku, Syna Malala od 24 lat.